piątek, 17 lutego 2017

jestem najprostszą wersją siebie
od lat.

ciemne dżinsy, czarne i białe podkoszulki; ciemnobrązowe włosy; proste dodatki.

nie chodzę na zakupy dla siebie, dzisiaj nie mogłam sobie przypomnieć kiedy ostatnio byłam na zakupach sama, kiedy kupiłam coś, bo po prostu mi się podobało. teraz szacuję, czy się opłaca, zostawiam na później, porównuję jakość materiału i wykonania.

tak jest lepiej.
trzy miejsca zamieszkania rozłożyły wszystkie moje rzeczy: na te używane na co dzień, te wiejskie i wygodniejsze i te, o których już w ogóle nie pamiętam.

redukcja szumu i koloru wokół siebie pozwala mi się wyciszyć. pewnie wciąż chciałabym całe ściany zaklejone plakatami, teraz jednak wybrałabym inne, bardziej minimalistyczne.

nie potrzebuję manifestować się w rzeczach, które posiadam. nie muszę mieć czerwonych okularów lenonek, bo wolę zwykłe czarne z faktycznym filtrem uv.

redukuje mi się też psychika. nie, że się nie rozwijam, nie oglądam, nie czytam i nie myślę. nie tracę wielkich połaci energii na stres, panikę i nerwicę.

czasami wychodzi, czasami zupełnie nie. czasami biegnę kilka kroków od przodu, a czasami cofam się o kilkanaście w tył. ale rozumiem procesy, które we mnie zachodzą. eliminuję te, które tylko przeszkadzają i niszczą.

depersonalizacja paradoksalnie przypomina mi o personie, od której uciekam i odchodzę. dwa kroki od siebie, to później trzy kroki w głąb. i może kołyszę się po ścieżce i zataczam jak pijana, bo niby po co tak idę do przodu i do tyłu i w bok. ale przynajmniej wykonuję jakiś ruch.

winię zimę, winię pośpiech i ciemności, winię słabe zajęcia na uniwersytecie, zmieniam zdanie, chcę należeć, buntuje się, zmieniam wydział, nie wiem.