sobota, 28 lutego 2015

zapowiada się pierwsza [od trzech lat] rebelia. że niby mam nie iść na seminarium? że do K. nie iść? z własnej, nieprzymuszonej woli?
zawzięcie i uparcie nie pójdę. nie zniesę. moje granice wytrzymałości kantorologicznej zostały i tak zbyt mocno naciągnięte.
jednakże, w poniedziałek widzę się z panią promotor, do tego czasu jeszcze podłubię, w tym co już popełniłam. M. nawet trochę pochwalił zatwierdził, więc jestem dobrej myśli.
dzisiaj spało mi się dobrze. nawet bardzo dobrze.
właśnie takiego wieczoru potrzebowało całe moje jestestwo.
obezwładnienia, przywłaszczenia, uścisku, nawet siniaków.

(prze)moc jako przypadek.

czwartek, 26 lutego 2015




The dawn is breaking

A light shining through
You're barely waking
And I'm tangled up in you
Yeah
But I'm open, you're closed
Where I follow, you'll go
I worry I won't see your face
Light up again
Even the best fall down sometimes
Even the wrong words seem to rhyme
Out of the doubt that fills my mind
 Out of the doubt that fills your mind
I somehow find
You and I collide

I'm quiet you know
You make a first impression
Well, I've found I'm scared to know
I'm always on your mind
Even the best fall down sometimes
Even the stars refuse to shine
Out of the back you fall in time
I somehow find
You and I collide
Don't stop here
I lost my place
I'm close behind
Even the best fall down sometimes
Even the wrong words seem to rhyme
Out of the doubt that fills your mind
You finally find
You and I collide
You finally find
You and I collide
You finally find
You and I collide

x

środa, 25 lutego 2015

"Wolność wobec świata zapewniam Sobie w takim stopniu, w jakim Sobie ten świat przywłaszczam."
M. Stirner 

kiedy ostatnio tak mocno szorowała zęby, że polała się krew?
kiedy złamała szczotkę do włosów?

od nierozwagi do autodestrukcji w kilka sekund. dzień dobry.

poniedziałek, 23 lutego 2015

to był dobry dzień. nie wiem, kiedy ostatnio mogłam tak pomyśleć/powiedzieć. wieczorem, z herbatką i pełną świadomością tak właśnie twierdzę. sesja naukowa w Grotesce przeszła wszelkie oczekiwania. na sakramentalne czy są jakieś pytania? podniosłam rękę, dostałam mikrofon i zadałam pytanie. sala była pełna, na szczęście siedziałam w drugim rzędzie, więc nie widziałam zbyt wielu ludzi. skomponowałam pytanie wielopoziomowe, z nawiązaniem do konkretnej metodologii i nazwiska, co więcej, podzieliłam je na dwa segmenty, do Grotowskiego i Kantora. odpowiedzi były satysfakcjonujące, co więcej, kolejne osoby nawiązywały do mojej wypowiedzi. nie sądziłam, że tak potrafię.
na schodach przytuptała do mnie K. bardzo się cieszę, że pani przyszła! zakrzyknęła ściskając mnie za ramię. czy to było nachylenie do branżowego ucałowania w policzek? dziwne za-wahanie, fotograf. odezwę się do pani, musimy sobie porozmawiać.
w porządku, rozmawiajmy.
na początku trafiłam jeszcze na A.W. szaloną doktorantkę z teatrologii Pani Klaudio! Można tu z panią usiąść? pani to zawsze w najlepszym miejscu, zawsze na posterunku. widzę, że jest pani wciąż wierna? nie wiem, czy miała na myśli teatr czy K. a, notesik, no tak, ta dokładność, pisze pani artykuł? a seminarium u kogo? no tak, oczywiście. 
jestem tak oczywista i tak profesjonalna. trochę dumna? z siebie? trochę wygodna? w sobie? w tej sukience?
to był dobry dzień.

niedziela, 22 lutego 2015

gdybym miała własną kuchnię, taką z białymi ścianami i ziołami na parapecie, nieustannie leciałaby tam muzyka Benny'ego Goodmana, na zmianę z Glennem Gouldem.
we własnym pokoju i tak już czuję się jak w jednym z filmów Woody'ego Allena. Bardzo za nim tęskniłam. jak zwykle, złożyło się na to kilka czynników, ale najbardziej emblematyczny był chyba film Paryż - Manhattan, jest całkiem niezły jak na komedię romantyczną. ale faktycznie, jest coś w tym, w myśleniu Allenem.

słońce, trochę pracy. jutro konferencja teatralna, oczywiście, polezę, nie trzeba mi dwa razy powtarzać, żem mile widziana.
domek, słodki domek, na dole siekierkę można zawiesić. pasowałoby się ewakuować przed wybuchem. na razie posiedzę w słońcu, posłucham muzyki, przemycę koty.

piątek, 20 lutego 2015

30.1.80: ŚNIEG IV

Należy go oglądać z autobusu “Jelcz”
starego typu, w którym okna całkiem czyste
nie są nigdy, z zasady; i należy mieć
miejsce siedzące z dermy pociętej żyletką
przez chuligana, z nudów; i należy lekko
mrużyc oczy, by twarze stłoczone, bezkrwiste
(mgliście znane, z widzenia) pokrywały wszystek
szarawy obszar szyby jak lustrzana śniedź;

i trzeba jechac w tłoku; i trzeba daleko,
na drugi koniec mózgu, ten, ktory ma przystęp
bezwiedny i swobodny do świata, danego
raz na zawsze, i z łaski; i przy sobie mieć
w tym autobusie to, co najbardziej dolega,
ludzką woń, asymetrię, odroczoną śmierć
(wsuwany - z góry, z wolna - do kieszonek serc
paszport z trwałą ważnością, ale w czasie przyszłym)
także kaszel, gderanie, łokieć, nikły śmiech -

dopiero wtedy można znieść ten ból puszysty,
tę biel przeszywającą, ten zbyt czysty śnieg.



Stanisław Barańczak
wieczór poezji Stanisława Barańczaka był wieczorem pięknym. wybrane i przeczytane wiersze przez przyjaciół-poetów, aranżacje Grzegorza Turnau(a), listy Wajda-Barańczak przeczytane przez Marka Kondrata, oraz sonety, również w jego interpretacji. i ta urocza sprawa z listem od samego Wajdy, który nie mógł przyjechać na spotkanie, a i tak przemówił swoim głosem, przez Konrata. nie mam pojęcia jak panu Markowi się to udało, ale udało się świetnie. pan siedzący obok mnie popłakał się ze śmiechu. ja płakałam [wewnętrznie] nad trochę innymi sprawami. jeszcze wczoraj wieczorem i trochę dzisiaj rano ponownie czytam mój ulubiony zbiór 159 wierszy. odnajduję głosy, które je czytały. to zaszczyt być częścią takiego dnia.


wtorek, 17 lutego 2015

[już cieszę się na lekturę - znając Pani pasję]
rytm dnia ustabilizowany. orchidea rozwinęła właśnie czwarty kwiat, jest piękna. koty i pies, co rano wylegują się pod moim oknem, łapiąc pierwsze promienie słońca. o 8.15 zupełnie nieoczekiwany telefon. nie wiem, jak można być tak uroczą, małą bestyjką. widocznie można. ja też wyczuwam pewne pokrewieństwo. to pewnie sprawka kotów. jak wszystko, co wydarza się we wszechświecie.

doceniam również tego szczura, przytarganego na wycieraczkę, dziękuję koty, nie wiem, co bym bez was zrobiła. nie przynoście tylko takich danin dziękczynnych na przedpokój i dalej do domu, ok?

skończyłam opowiadanie Hrabala, które dostałam od W. - Zbyt głośna samotność. bardzo dobrze jest tak odpocząć od akademickiego żargonu. ledwie ta burza po Hrabalu uspokoiła się we mnie, zaczynam już nową książkę - ja, Tituba, czarownica z Salem, z ukochanej Serii z miotłą.

wczoraj Mr. Turner [o tym Turnerze, malarzu]. nie wiem, dlaczego 2,5 godziny musiało to trwać, ale gdyby to ładnie pociąć i podciągnąć, byłoby zacnie. Sceny odbywające się w Galerii w Londynie [czy to był Salon?] bardzo do mnie trafiły, taka anegdotka.

sobota, 14 lutego 2015

kawa z brązowym cukrem nie jest taka zła.
wysłałam K. pierwsze próbki licencjatowe, nie chcę się nad tym produkować dalej, dopóki z nią nie porozmawiam. kończę zatem pracę na queer, to dziwne do jakich wniosków człowiek dochodzi między wpisaniem poszczególnych zdań. chyba ma sens. następne w kolejce czekają: recenzja poezji, raport na projektowanie nowych mediów i intermedia.

Oleś ma ferie, pewnie dzisiaj jakieś kino, może łyżwy. dzisiaj przecież specjalny dzień miłości, na mieście będzie tak czerwono i uroczo, nie mogę się doczekać.

śnił mi się Paryż w deszczu.


bezdech emocjonalny
przeszył mnie wczoraj
na pół
ale już
jest dobrze
prawda

czwartek, 12 lutego 2015

praca trwa, ale widmo braku intelektualnej odwagi w sprawie własnych tez nadal nade mną wisi. na nowo przyzwyczajam się do własnego pokoju, trochę mnie tu nie było. zaanektowałam lampkę biurową, przeniosłam nad kanapę i ładnie wykorzystałam do pracy. mój kot też ją wykorzystał, wciągając sobą jej ciepełko. praca z kotem jest dobrą pracą.
kolejne filmy, trochę muzyki. książki poukładane, cytaty pozaznaczane. trochę spokojniej wewnątrz.
bardzo miłym zaskoczeniem był dzisiaj sms od babci. niby to wszystko wiadomo, niby zrozumiałe i się wie samo przez się, ale czasami w ogóle miło dostać taką przypominajkę.

środa, 11 lutego 2015

jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o ciało. nie tylko o najnowszy film Szumowskiej mi tu chodzi, chociaż przyznać muszę, [trailer] mnie bardzo zaintrygował.
nie chciałabym skończyć z akademickim pojęciem cielesności - raz, umieszczonym tylko w dyskursie wypowiedzi; dwa, służącym jedynie jako statyw do przenoszenia mózgu. tak się z sobą ostatnio czuję i bardzo mi to nie odpowiada.
chyba wpadłam na to wczoraj. wiedziałam, że cupcake red velvet [chryste, jakie to dobre] jest czymś więcej. tak więc, ciacho jako postanowienie, niechaj mi przyświeca na te dwa tygodnie. nie mam zamiaru się katować, a ogarnąć jedynie ten uroczy metabolizm, zrozumieć jak działa(m), tadam.

wracam dzisiaj na wieś. zabieram Beksińskiego, szykują się dwa dość intensywne dni. dobrze, że człowiek taki strachliwy i panikujący, przynajmniej zawczasu nagromadził materiałów, teraz tylko to ulepić.

Boyhood  był nader zacnym pomysłem, pięknie zagrane na empatii. efekt końcowy, jednakże, troszkę się wymyka, rozłazi, wypływa. a może to tylko moje zmęczenie. soundtrack mi trochę znowu namieszał w neuronach, ale to chyba dobrze.

let me go
i don't wanna be your hero

wtorek, 10 lutego 2015

w filmowej biografii o Joni Mitchell zagrać ma Taylor Swift. Mitchell, na wieść o kandydatce konstatuje: "jeżeli zamierza śpiewać, życzę jej powodzenia".
również dołączam się do życzeń.

sesja egzaminacyjna załatwiona, jutro przechodzę do dużo przyjemniejszej części, do pisania. jeszcze żadna sesja do tej pory tak mną nie sponiewierała. chciałabym wyjechać. spakować plecak i wyjechać. oczywiście, zabierając ze sobą całą papierologię i laptopa, bo terminy ruszą za mną w pościg; ale zmienić środowisko, chociaż na parę dni.

21.02 planuję Wrocław, to rocznica śmierci Zdzisława Beksińskiego i zorganizowana z tego powodu wystawa. bardzo chciałabym się tam pojawić.

obejrzałam Teorię wszystkiego - zbyt hoolywoodzkie, a przez to zbyt płytkie (w znaczeniu płaskie), bym mogła dać się zaafektować.


cicho.
zbyt cicho.

poniedziałek, 9 lutego 2015

mój aparat psychiczny wymaga naoliwienia, a przynajmniej kawy.
jutro wielki dzień, egzamin w sensie. jak przystało na zakres teorii literatury XX wieku, jest tego za dużo (przynajmniej do opanowania naraz). mój móżdżek wytwarza od wczoraj mechanizmy samoobronne zasypiając mną gdzie popadnie. tak, tak, marudzę od rana.
śniły mi się duże zbiorniki wodne, coś jak camping nadmorski, taki kiczowaty i paskudny. poza tym, to chyba było w Rosji. graliśmy w siatkówkę w wodzie, ale to bardziej była rzeka. ktoś cały czas krzyczał "Wołga!" - nie wiem, czy to do tej wody, czy było to moje imię.
wystarczyło jedno słowo po rosyjsku i już się poprzestawiało w główce.

staram się uczyć metodą hashtagową. do każdego tekstu słowa klucze i nazwiska, jakieś linki łączące je z główną metodologią. nie jest to zbyt wiele, ale mój jest ten kawałek podłogi (w kserówkach) i mogę sobie tu odkrywać tyle Ameryk, ile chcę.
tylko, że nie chce
mi
się.

sobota, 7 lutego 2015

rośliny, które więdną na twoim parapecie
powiadomienia, które zasłaniają ekran
włosy, zazwyczaj rozpuszczone, wgryzają się w kark
zapach kawy, który koił, drażni
sensoryczność, sensualność, sens
mijają się znów z tobą
jak nieznajomi na ulicy
pomarańczowa farba na ścianie irytuje jeszcze bardziej
książki rozłożone na podłodze
nie układają się już
w zaplanowane konstelacje


piątek, 6 lutego 2015


All around me are familiar faces
Worn out places, worn out faces
Bright and early for the daily races
Going nowhere, going nowhere

Their tears are filling up their glasses
No expression, no expression
Hide my head I wanna drown my sorrow
No tomorrow, no tomorrow

And I find it kind of funny
I find it kind of sad
The dreams in which I'm dying are the best I've ever had
I find it hard to tell you,
I find it hard to take
When people run in circles it's a very, very
Mad world, mad world

Children waiting for the day they feel good
Happy birthday, happy birthday
And to feel the way that every child should
Sit and listen, sit and listen

Went to school and I was very nervous
No one knew me, no one knew me
Hello teacher tell me, what's my lesson?
Look right through me, look right through me

And I find it kind of funny
I find it kind of sad
The dreams in which I'm dying are the best I've ever had
I find it hard to tell you,
I find it hard to take
When people run in circles it's a very, very
Mad world, mad world, enlarging your world, mad world


czwartek, 5 lutego 2015

gdzie ulokowane jest poczucie bezpieczeństwa? nie wiem, ale po-czucie to chyba właśnie słowo kluczowe.
na przykład, mam poczucie tego, że S. znajduje się 3 przystanki stąd. i to chyba lokuje mnie w świecie. do mojego własnego bloku dochodzę automatycznie, zazwyczaj tą samą trasą. nie mam ulubionego sklepu. dzisiaj minęłam 4 piekarnie, nie wiem, którą powinnam lubić najbardziej. ostatnio na mapie pojawił się antykwariat, dzisiaj przeszłam obok niego bez zatrzymania. nie czuję się tutaj jak u siebie. może byłoby inaczej, gdybym studiowała/pracowała w Hucie. mimo wszystko, nie pamiętam poczucia przynależności, a 12 lat spędziłam przecież w tutejszych szkołach. w tramwaju widziałam "koleżankę" z podstawówki, należącą do grupki, która mnie prześladowała - nie to zbyt duże słowo - która niebezpiecznie naruszała moje granice. widziałam panią od biologii, również z podstawówki, tę z gimnazjum lubiłam dużo bardziej. ona pierwsza potraktowała mnie jak człowieka. zapytała mnie kiedyś gdzie kupiłam kamizelkę, to było nie do uwierzenia. i od tamtego czasu rozmawiałam tylko z dorosłymi, którzy zwrócili na mnie uwagę/zwrócili się do mnie. bez ich pierwszego kroku, nie było mojego. nic dziwnego, że przez resztę gimnazjum z nikim raczej nie rozmawiałam. w liceum zwieńczeniem charakterologicznym był dyrektor-nauczyciel-historii. docenił moje starania w nauce, tym bardziej docenił wygranie w castingu. to on nazwał mnie kolorowym ptakiem. nie chodziło o poczucie wartości, chodziło o poczucie, tak zwyczajnie. poczucie czegokolwiek - względem siebie i świata, który mnie otaczał. czasami, przejeżdżając obok budynku szkoły sprawdzam, czy jego samochód stoi na podwórku.
czasami łabędzie, które mieszkają na wyspie nad Zalewem przelatują gdzieś w okolicy, nie mam pojęcia dokąd zmierzają.

wtorek, 3 lutego 2015



setting fire to our insides for fun 
„Bourdieu nazywa to l’oeuvre du temps, co należałoby tłumaczyć jako »niedoczas«. Wieczny niedoczas jest cechą charakterystyczną istoty działającej, której logika nigdy nie może być pełna, skończona: zawsze oparta tylko na fragmentarycznych danych, zmuszona do efektywności tu i teraz, natychmiast, polega na zasadach, w których wpisane jest i ryzyko niepowodzenia i ogromna doza ufności wobec świata. Wiara w skuteczność prowizorki i improwizacji."

jestem w takim niedoczasie permanentnie. może ja sama jestem niedoczasem. i nie-miejscem. może w ogóle mnie nie ma? no pewnie, są tylko symulakry.





wróciłam z jednego egzaminu, zasiadam do nauki na następny, przychodzi babcia, psuje nie tylko plany, ale całą mnie.

znowu.
od nowa.

niedziela, 1 lutego 2015

no i się porobiło, proszę państwa. dwa przełomy - jeden w deseń ikonograficzny - bo już do końca świata Markiza de Sade będę widziała jako Geoffrey'a Rush'a. Zatrute pióro okazało się filmem fenomenalnym. z dziką satysfakcją zaznaczyłam 9/10; a tak między nami, to myślałam nawet o 10. tak dobrze poprowadzonych narracji, postaci i kadrów nie widziałam dawno!

drugi przełom, również można nazwać ikonograficznym, ale tu bardziej o światopogląd chodzi. przy kawie i porannym sprawdzaniu kondycji świata na wall'u, trafiłam na TEDowskie wystąpienie - Where are the baby dinosaurs? - zatem, jako przyszły-nie-doszły archeolog-paleontolog bez zastanowienia odpaliłam film i... po drugiej minucie zatęskniłam do mojej starej, dawno zakopanej pasji; po siódmej minucie podjęłam decyzję o nadrobieniu zaległości; po dziesiątej zaczęłam kwestionować moją aktualną karierę zawodową; a przy siedemnastej zastanowiłam się, czym jest polonistyka wobec dinozaurów.
mamy godzinę 11.00, naprawdę powinnam zająć się notatkami z lingwistyki, ale tak dziwnego Dasein nie czułam od dawna. kawa, może kawa sprowadzi mnie na ziemię.


[EDIT]: właśnie zorientowałam się, że nie mam ani jednego ulubionego obrazka z dinozaurami, haniebne, haniebne.