niedziela, 29 września 2013

" Ten, kto się poświęci sztuce, już nigdy nie poczuje się bezmyślny czy samotny.
― Giorgio Vasari

piątek, 27 września 2013

dom augusty




Cisza, która pozostaje w Tobie po przeczytaniu tej książki, paradoksalnie do Ciebie mówi. Mówi o Tobie, mówi Tobą, mówi dla Ciebie. Historia, imiona i postaci przepływają przez Ciebie, pozostawiając po sobie prawie niezauważalne i niewyczuwalne ślady. Jeszcze nigdy nie przeżyłam czegoś takiego pod wpływem książki. Może dlatego, że to coś więcej, niż tylko książka?
Pełna jest czasu, ciszy, myśli i przeżyć, delikatności, jesieni i ciepła.
Wreszcie poznałam odpowiedź na pytanie jaka jest Twoja ulubiona książka? 

czwartek, 26 września 2013

"Vladimir zapisywał te swoje dzienne komunikaty nie dlatego, że tak mu się podobało, ale dlatego, że musiał, ponieważ pisanie było częścią jego psychoterapii, ponieważ kiedy pisał, wentylował za pomocą dłoni rozgrzany kocioł swego mózgu.

Jej arystokratyczny profil peszył mnie jeszcze bardziej niż cała jej facjata en face.
To znaczy, jak można być aż tak pięknie szlachetnym z samych tylko rysów twarzy.
Fakt, że tam siedziała, niczego nie mówiąc, dodawał jej powabnego uroku, ponieważ wszyscy na sali, a przynajmniej ja, zastanawiałam się czym to zajęte są jej myśli. Co, lub nie daj boże kto, wprawia ją w taki stan skupienia. Brwi, z natury uniesione dość wysoko, tworzyły dwa klasycystyczne łuki; usta, których kąciki zazwyczaj też układały się ku górze, były teraz delikatnie napięte, świadcząc o galopadzie myśli. Najważniejsze jednak jest to, co działo się naokoło, jej twarzy oczywiście. Źle ustawiony rzutnik, wyświetlał obrazy nieco wychodząc poza wyznaczone ku temu pole, naruszając doskonałą nieruchomość znanego nam już profilu. Światła i cienie łagodnie muskały jej twarz, oblekały ją w kolory Van Gogha i kontrasty Gauguina, tworzyły linie i horyzonty Friedricha.
Wykładała historię sztuki, nie wiedząc, że sama jest jej częścią.

środa, 25 września 2013

inspiracja //art project

Właśnie dopuściłam się najwspanialszego i najowocniejszego marnotrawstwa czasu. Całkiem przypadkowo dowiedziałam się o magicznej platformie zwanej Art Project - gdzie moje jestestwo poddane zostało próbie czasu, tak jak mój tył, który od dawna domaga się już rozprostowania tego i owego.
W każdym razie, to co tam odkryłam, przechodzi moje bardzo ludzkie pojęcie.
Jeżeli kiedykolwiek w życiu mówiłam, że jestem zachwycona, kłamałam.
Dopiero teraz jestem w pełni w-niebo-wzięta.

                                               
   
                      //all rights: Google Art Project   


poniedziałek, 23 września 2013

- Macie chore nerwy. 
- O, tak. Ale ja mam także inną jeszcze chorobę. Ja mam zanadto wyedukowaną świadomość. To jest ścierwo obolałe! Nieszczęściem, katuszą jest posiadanie prawdy.

― Żeromski

niedziela, 22 września 2013

dziennik (pod)różny //Czechy II

Równie mądre jak i stare powiedzenie mówi, że podróże kształcą - w innych wersjach - wzbogacają. Co do tego bogactwa, to w moim przypadku dość krucho - wróciłam z puściutkim portfelem... ale za to z pełną głową. Tak, wiem, że to metaforycznie o to chodziło, ale ten mój pusty portfel to ważna część mojej przygody. Ostatniego dnia zabrakło mi pieniędzy (biorąc pod uwagę fakt, że nie zabrałam ze sobą karty kredytowej, to dość niepokojąca sytuacja). Bynajmniej nie chodzi o moją rozrzutność czy chęć kupowania miliona pamiątek (moje zdjęcia w zupełności mi wystarczają). Po prostu nie umiem liczyć, a czeskich koron to już w ogóle. Do tragicznego momentu kulminacyjnego doszło pod Galerią u Bílého Jednorožce. Żółta kamienica z dwoma napisami na fasadzie: Salvador Dali & Alfons Mucha - postawiła mnie pod swoją ścianą na parę dobrych chwil - zjeść obiad (mając w świadomości 5 godzin do zbiórki i stare wafelki w autokarze) czy pójść na wystawę. Tutaj ważne, żeby pokreślić, że jeść to ja lubię. A sztukę też lubię.
Kiedy już wchodziłam na pierwsze piętro wystawy, zapomniałam o burczeniu w brzuchu. Mi(s)tyczne przeżycia nakarmiły mnie całą. Kiedy tak spacerowałam po pokojach starej kamienicy, powstrzymując wytrzesz oczu (może to też jeden z objawów głodu?) - mimo wszystko (tj. mimo dolegliwości zwykłego śmiertelnika) - czułam się fantastycznie.
Kiedy wychodziłam, na rogu kamienicy spotkałam Pana Żaha - siedział wcześniej na Moście Karola, trzymając kapelusz do góry dnem, w celach złapania małych koron. Oddałam mu paręnaście swoich, miał ciepło w oczach. Teraz jadł ciepły posiłek. Nie był żebrakiem, a wędrowcem. Po drodze (sam nie wie dokąd) trafił do Pragi, zakochał się (nie dociekłam czy w mieście czy w kobiecie) i żył z dnia na dzień, ciesząc się sławetną chwilą. Mówił po angielsku. Kiedy znów go mijałam jadł knedliki, ukłonił mi się i wskazał drogę na skróty do Pięknego Miejsca. Przechodząc ponownie przez Most, karmiłam ucho cudownym jazzowym rytmem tworzonym przez grupkę emerytów. Wcześniej też dostali moje korony, na struny do gitary.
Praga oddała mi się w całości - nie mówię, że kupiłam ją za parę koron - ale dzięki temu, że je oddałam, jeszcze bardziej była dla mnie. A przez to, że przez to byłam głodna - wyostrzyły mi się wszystkie inne zmysły.






Ryzykując spóźnienie na zbiórkę, a tym samym opóźnienie całej wycieczki z wyjazdem autokaru do Krakowa, zostałam nad Wełtawą do zachodu słońca.





Do Krakowa wróciłam o 4.45, akurat, żeby zdążyć na pierwszy autobus. Poczucie nierealności rzeczywistości dookoła, jeszcze bardziej mnie usypiało. Rozłożyłam się na siedzeniu, kiedy 'Jezu Chryste, co pani tu robi?!' przywitał mnie kierowca oblewając się kawą. Rozumiem, że nie był gotowy na pasażera o tej godzinie, ale chyba powinien przywyknąć, że z autobusu czasami korzystają ludzie. 'Dobrze, że Pani jest, ja to jestem z Huty, ale wie Pani, pierwszy raz tą trasą jadę, orientuje się Pani na których przystankach mam stawać?' 
Na szczęście się orientowałam. Nawigowałam autobus o wschodzie słońca, kiedy kierowca opowiadał mi o swojej córce, która też podróżuje 'jak pani'.Podróżuję. Faktycznie.
Robię to, o czym zawsze marzyłam.







Chcę tam wrócić, chcę być na Moście Karola o wschodzie słońca, chcę, żeby znad rzeki unosiła się mgła, chcę, żeby mnie otuliła, chcę wrócić, żeby pobyć z Judytą Klimta jeszcze parę minut, chcę przyjrzeć się muzom Muchy i literom Kafki.
Chcę rozmawiać z ludźmi, bo inaczej niż w Krakowie, patrzą człowiekowi prosto w oczy, uśmiechają się pytająco - chcą wskazać drogę i porozmawiać. W Krakowie tylko Cię mijają, jesteś częścią Sukiennic, Wawelu, czasami zapytają o drogę, ale najczęściej łączą to z frustracją i zmęczeniem, a nie chęcią zobaczenia.

wtorek, 17 września 2013

dziennik (pod)różny //Czechy I

Na bilecie, małym czarnym druczkiem stoi: 5:06. Dawno już nie jechałam pierwszym tramwajem, nie widziałam i nie czułam pierwszego porannego ciepła dnia, nie słyszałam klekotania kółek walizki na kocich łbach.

Zrobię małą retrospekcję, póki pamiętam jakieś treści. Dnia pierwszego, po drodze do Pragi, zatrzymaliśmy się w mieście Kutná Hora. Ignorując przypływy i odpływy paniki pt. 'co ja tutaj robię' ruszyłam przed siebie. A raczej za innymi. Wspomniałam już, że nie lubię grup zorganizowanych? Dobrym pytaniem wydaje się być coś w deseń 'to po co jeździsz na wycieczki zorganizowanie?' - bo sama się za cholerę nie zorganizuję. Tak więc ruszyłam ja, i oni, i on. On Marcin, autokarowy sąsiad, taki w deseń informatyka męczydupy. Przed nim też uciekałam kiedy tylko mogłam. W sumie, to sporo się nabiegałam.
Na pierwszy ogień piekielny Kaplica Czaszek. Powiało chłodem, grozą i stęchlizną. Tak naprawdę, jeżeli człowiek zlekceważył wycieczki wszelkiej maści (a rozpiętość była fantastyczna - od klasycznych japońskich fotoreporterów, po dzikich zabrodzionych harleyowców) - dało się wynieść z tego jakieś treści. Tak więc, jedni kupowali kubki w kształcie czaszek, a inni... Inni zastanawiali się nad sensem życia. Szkolno-akademickie pojęcia, którymi bez pardonu posługiwałam się do tej pory w wypracowaniach walnęły we mnie swoją oczywistością, prawdziwością i naocznością. Posłużę się obrazami, jak to zwykle bywa, kiedy słów mi brakuje. Jedyne o co mogę prosić moich czytaczy, to żeby wklepali w wyszukiwarkę hasło i zapoznali się z historią świątyni.
A tymczasem, vanitas vanitatum, et omnia vanitas.






Nikt już chyba nie przejmuje się znaczeniem tego miejsca. Zostało tak przetransponowane na atrakcję turystyczną, że stało się zupełnie bezwartościowe, a przynajmniej bardzo zdewaluowane. Mnie się to wszystko za bardzo kojarzy, za bardzo pociąga za sobą inne obrazy. Czaszka, symbolicznie występująca w naszej kulturze (a z tego co się orientuję w sprawach modowych, ostatnio jest na nie spory boom w postaci wzorów na koszulkach, pierścionkach etc) odczepiona została od swojego pierwotnego znaczenia. Nie mogłam zrozumieć uradowanych turystów, cykających sobie fotki ze stosami czaszek i kości, jakby to była wieża Eiffela. Gwoli przypomnienia, to prawdziwe, ludzkie kości... Sterty ludzkich kości. Setki tysięcy czaszek z pustymi oczodołami, kręgosłupy i łopatki przerobione na żyrandole.
Nie mówię o tym, że powinien tam stać człowiek szepczący do ucha każdemu kto tam wchodzi, że i tak umrze, że marność nad marności, że robale i rozkład, że bezsens życia, wojen, poświęceń; ale cholera jasna, jakiś szacunek się należy. A jeśli ten aspekt człowieczeństwa jest niektórym obcy, to chociaż jakaś chwila refleksji. Tak? Nie? Niepotrzebne skreślić.




Nie mogłam się zbytnio skupić na pozostałych dzielnicach tego miasta. Pamiętam, że było jednym z tych mało-mieszczańskich - z ryneczkiem, uliczkami, sklepikami, pamiąteczkami. Tam po raz pierwszy usłyszałam urocze Ahoj!, które później towarzyszyło mi przez większość spacerowego czasu.