wtorek, 17 września 2013

dziennik (pod)różny //Czechy I

Na bilecie, małym czarnym druczkiem stoi: 5:06. Dawno już nie jechałam pierwszym tramwajem, nie widziałam i nie czułam pierwszego porannego ciepła dnia, nie słyszałam klekotania kółek walizki na kocich łbach.

Zrobię małą retrospekcję, póki pamiętam jakieś treści. Dnia pierwszego, po drodze do Pragi, zatrzymaliśmy się w mieście Kutná Hora. Ignorując przypływy i odpływy paniki pt. 'co ja tutaj robię' ruszyłam przed siebie. A raczej za innymi. Wspomniałam już, że nie lubię grup zorganizowanych? Dobrym pytaniem wydaje się być coś w deseń 'to po co jeździsz na wycieczki zorganizowanie?' - bo sama się za cholerę nie zorganizuję. Tak więc ruszyłam ja, i oni, i on. On Marcin, autokarowy sąsiad, taki w deseń informatyka męczydupy. Przed nim też uciekałam kiedy tylko mogłam. W sumie, to sporo się nabiegałam.
Na pierwszy ogień piekielny Kaplica Czaszek. Powiało chłodem, grozą i stęchlizną. Tak naprawdę, jeżeli człowiek zlekceważył wycieczki wszelkiej maści (a rozpiętość była fantastyczna - od klasycznych japońskich fotoreporterów, po dzikich zabrodzionych harleyowców) - dało się wynieść z tego jakieś treści. Tak więc, jedni kupowali kubki w kształcie czaszek, a inni... Inni zastanawiali się nad sensem życia. Szkolno-akademickie pojęcia, którymi bez pardonu posługiwałam się do tej pory w wypracowaniach walnęły we mnie swoją oczywistością, prawdziwością i naocznością. Posłużę się obrazami, jak to zwykle bywa, kiedy słów mi brakuje. Jedyne o co mogę prosić moich czytaczy, to żeby wklepali w wyszukiwarkę hasło i zapoznali się z historią świątyni.
A tymczasem, vanitas vanitatum, et omnia vanitas.






Nikt już chyba nie przejmuje się znaczeniem tego miejsca. Zostało tak przetransponowane na atrakcję turystyczną, że stało się zupełnie bezwartościowe, a przynajmniej bardzo zdewaluowane. Mnie się to wszystko za bardzo kojarzy, za bardzo pociąga za sobą inne obrazy. Czaszka, symbolicznie występująca w naszej kulturze (a z tego co się orientuję w sprawach modowych, ostatnio jest na nie spory boom w postaci wzorów na koszulkach, pierścionkach etc) odczepiona została od swojego pierwotnego znaczenia. Nie mogłam zrozumieć uradowanych turystów, cykających sobie fotki ze stosami czaszek i kości, jakby to była wieża Eiffela. Gwoli przypomnienia, to prawdziwe, ludzkie kości... Sterty ludzkich kości. Setki tysięcy czaszek z pustymi oczodołami, kręgosłupy i łopatki przerobione na żyrandole.
Nie mówię o tym, że powinien tam stać człowiek szepczący do ucha każdemu kto tam wchodzi, że i tak umrze, że marność nad marności, że robale i rozkład, że bezsens życia, wojen, poświęceń; ale cholera jasna, jakiś szacunek się należy. A jeśli ten aspekt człowieczeństwa jest niektórym obcy, to chociaż jakaś chwila refleksji. Tak? Nie? Niepotrzebne skreślić.




Nie mogłam się zbytnio skupić na pozostałych dzielnicach tego miasta. Pamiętam, że było jednym z tych mało-mieszczańskich - z ryneczkiem, uliczkami, sklepikami, pamiąteczkami. Tam po raz pierwszy usłyszałam urocze Ahoj!, które później towarzyszyło mi przez większość spacerowego czasu.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz