Zrobię małą retrospekcję, póki pamiętam jakieś treści. Dnia pierwszego, po drodze do Pragi, zatrzymaliśmy się w mieście Kutná Hora. Ignorując przypływy i odpływy paniki pt. 'co ja tutaj robię' ruszyłam przed siebie. A raczej za innymi. Wspomniałam już, że nie lubię grup zorganizowanych? Dobrym pytaniem wydaje się być coś w deseń 'to po co jeździsz na wycieczki zorganizowanie?' - bo sama się za cholerę nie zorganizuję. Tak więc ruszyłam ja, i oni, i on. On Marcin, autokarowy sąsiad, taki w deseń informatyka męczydupy. Przed nim też uciekałam kiedy tylko mogłam. W sumie, to sporo się nabiegałam.
Na pierwszy ogień
A tymczasem, vanitas vanitatum, et omnia vanitas.
Nikt już chyba nie przejmuje się znaczeniem tego miejsca. Zostało tak przetransponowane na atrakcję turystyczną, że stało się zupełnie bezwartościowe, a przynajmniej bardzo zdewaluowane. Mnie się to wszystko za bardzo kojarzy, za bardzo pociąga za sobą inne obrazy. Czaszka, symbolicznie występująca w naszej kulturze (a z tego co się orientuję w sprawach modowych, ostatnio jest na nie spory boom w postaci wzorów na koszulkach, pierścionkach etc) odczepiona została od swojego pierwotnego znaczenia. Nie mogłam zrozumieć uradowanych turystów, cykających sobie fotki ze stosami czaszek i kości, jakby to była wieża Eiffela. Gwoli przypomnienia, to prawdziwe, ludzkie kości... Sterty ludzkich kości. Setki tysięcy czaszek z pustymi oczodołami, kręgosłupy i łopatki przerobione na żyrandole.
Nie mówię o tym, że powinien tam stać człowiek szepczący do ucha każdemu kto tam wchodzi, że i tak umrze, że marność nad marności, że robale i rozkład, że bezsens życia, wojen, poświęceń; ale cholera jasna, jakiś szacunek się należy. A jeśli ten aspekt człowieczeństwa jest niektórym obcy, to chociaż jakaś chwila refleksji. Tak? Nie? Niepotrzebne skreślić.
Nie mogłam się zbytnio skupić na pozostałych dzielnicach tego miasta. Pamiętam, że było jednym z tych mało-mieszczańskich - z ryneczkiem, uliczkami, sklepikami, pamiąteczkami. Tam po raz pierwszy usłyszałam urocze Ahoj!, które później towarzyszyło mi przez większość spacerowego czasu.
Nikt już chyba nie przejmuje się znaczeniem tego miejsca. Zostało tak przetransponowane na atrakcję turystyczną, że stało się zupełnie bezwartościowe, a przynajmniej bardzo zdewaluowane. Mnie się to wszystko za bardzo kojarzy, za bardzo pociąga za sobą inne obrazy. Czaszka, symbolicznie występująca w naszej kulturze (a z tego co się orientuję w sprawach modowych, ostatnio jest na nie spory boom w postaci wzorów na koszulkach, pierścionkach etc) odczepiona została od swojego pierwotnego znaczenia. Nie mogłam zrozumieć uradowanych turystów, cykających sobie fotki ze stosami czaszek i kości, jakby to była wieża Eiffela. Gwoli przypomnienia, to prawdziwe, ludzkie kości... Sterty ludzkich kości. Setki tysięcy czaszek z pustymi oczodołami, kręgosłupy i łopatki przerobione na żyrandole.
Nie mówię o tym, że powinien tam stać człowiek szepczący do ucha każdemu kto tam wchodzi, że i tak umrze, że marność nad marności, że robale i rozkład, że bezsens życia, wojen, poświęceń; ale cholera jasna, jakiś szacunek się należy. A jeśli ten aspekt człowieczeństwa jest niektórym obcy, to chociaż jakaś chwila refleksji. Tak? Nie? Niepotrzebne skreślić.
Nie mogłam się zbytnio skupić na pozostałych dzielnicach tego miasta. Pamiętam, że było jednym z tych mało-mieszczańskich - z ryneczkiem, uliczkami, sklepikami, pamiąteczkami. Tam po raz pierwszy usłyszałam urocze Ahoj!, które później towarzyszyło mi przez większość spacerowego czasu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz