niedziela, 18 października 2015

mam dziwne wrażenie, że ostatnio nie byłam sobą. znaczy, nie byłam dla siebie.

w sumie, to przez ostatnie kilka lat nie byłam sobą. bywałam sobą tylko kameralnie, restrykcyjnie i okazjonalnie. niby pierwszego dnia studiów trochę się przełamałam, jednak udało mi się zawiązać kilka znajomości. to wciąż wąskie grono. tym bardziej chyba cieszy.
od tego roku (akademickiego) chyba już nie muszę się przełamywać i zmuszać. czasami wciąż słyszę jak coś we mnie trzeszczy, coś dzieje się niby "wbrew naturze", właśnie paradoksalnie uwalniając we mnie pokłady tego, co najbardziej odpowiednie. trzy lata studiów, żeby zaufać otoczeniu, żeby poznać/wybrać ludzi, z którymi chcę dzielić się sobą. tak właśnie, egoistycznie, sama sobie to ustalam. w moich granicach.
zaskakuję samą siebie. przepływ impulsów między moimi neuronami nabiera fajnego tempa. tak samo, jak oddech. szczęki wciąż czasami za bardzo mnie bolą. ale właśnie, słowo klucz, to czasami.

wciąż nie jestem pewna co do miejsc, w których powinnam stawiać przecinki.
kończę 2. sezon Wikingów.
zbieram materiały do magisterki. tak, wczoraj chyba nawet wpadłam na temat, którym się zajmę.
po kocie nie miałam żałoby, raczej wyparcie. chyba przeczuwałam, że jego brawurowość tak się kiedyś skończy. nie oswoiłam się z nim.

czwartek, 15 października 2015

uczę O. partyzantki kulturowej - wiedziałam, że moje umiejętności w znajdowaniu fajnych gifów i obrazków reakcyjnych kiedyś się przydadzą.

zrobiłam dzisiaj też jeszcze jeden dobry uczynek, który skończył się lawiną szczęścia wyładowaną na mnie przez telefon. miło jest być miłym.

czasami byłoby fajnie ubrać się w coś szykownego i pójść na bankiet.
czasami takie okazje się trafiają.
czasami jednak...

no nic to. przyzwyczaiłam się do nie-świętowania-własnych-urodzin.


coraz więcej plików w folderach, sporo do czytania i rozważania. chodzenie do teatru też się opłaca. kupowanie książek, z którymi pracuję naukowo również jest dość sensowne, dobrze, że się tego nauczyłam. dobrze też, że moje pole badawcze wydaje się być coraz bardziej sprecyzowane.

a, doczekałam się pierwszej publikacji - rzecz tyczy się motywów roślinnych u Wyspiańskiego - do podglądu, o tu [klik].

piątek, 2 października 2015

to chyba całkiem nowy etap. nie chodzi tylko o nowy stopień studiów, ale o nową mnie.
może nie powinnam robić tego nadprogramowego spaceru ze Starowiślnej pod Wawel, ale wciąż nie lubię się spóźniać. zresztą, nie ma tego złego.
pod salą powiedziałam reszcie grupy, że pan profesor jeszcze wczoraj meldował się na fb z Paryża, więc chyba jeszcze z niego nie wrócił. żartem rzuciłam, że powinniśmy zrobić listę albo chociaż selfie. chwilę potem dołączyliśmy pozdrowienia i bam, pocztówka poleciała do Paryża. zaproponowałam kawę. całej grupie. w 9 składaliśmy się na kawy i dwie herbaty. przy okazji zrobiłam nieoficjalną i nieplanowaną rekrutację do koła naukowego.
na późniejszych zajęciach zabrałam głos, nawet wtedy, gdy nie powinnam - to znaczy, nie powinnam, bo brzmię jak rozrusznik w traktorze. ale i tak wytłumaczyłam co trzeba; a potem jeszcze zadałam dwa dość kluczowe pytania.
całkiem dobry wynik.
bez zawałów, bez ucieczek i teorii spiskowych. brawo ja.

w nagrodę herbata i sałatka owocowa. nos jeszcze mi nie odpadł.

czwartek, 1 października 2015

czytam sobie  teksty o teorii obrazu. to na te zajęcia, którymi nie powinnam się stresować. znam mój brak-pamięci-do-nazwisk-i-pojęć-in-genere, więc wolę nie ryzykować nieprzespanej nocy. poza tym, to statystycznie zwiększa szanse na zabranie przeze mnie głosu. aj waj.
pióro i inne przydatne rzeczy zostały w Hucie. poza tym, stosuję się do nowego systemu robienia notatek. klawiatura świeci na biało, może tak szybko się nie znudzę. poza tym, mam fioletową bezprzewodową myszkę.

kolejną porcję leków popijam kawą. stan przeziębienia i mój stan skupienia nie różnią się bardzo od tego, gdy nie jestem chora. poza smarkaniem i przywilejem wpuszczania kota do łóżka.

skończyłam trzecią z całej serii, pierwszą z sagi, książkę o wiedźminie. tak, to zdanie brzmi jakoś koślawo.

mam ochotę wsiąść w polskiegobusa i nakopać komuś do rzyci. ale ten ktoś pewnie miałby ochotę i mnie dokopać. i tak byśmy się kopali. nie mylić z kochali. tymi łydkami.
uch, nic na siłę, prawda? trochę sobie pomarudzę, trochę będę się przejmowała. a co mi tam.

jutro zajęcia zaczynam o 9.45 - sporo w tym semestrze o wizualności. zrobię chyba notatki z własnego licencjatu [patrz początek postu].

kawa i herbata zaczynają smakować, mam nadzieję, że jutro będę czuła się  na tyle dobrze, żeby zjawić się na uczelni. i że nos mi nie odpadnie. i że nie będę musiała smarkać podczas zajęć.

powinnam znaleźć termos i zrobić dużo herbatki. na zapas/na zaś.

poniedziałek, 21 września 2015

spacer, pomyślałam, to może dobra opcja, dodałam ubierając przeciwdeszczową kurtkę.
idąc w stronę jeziora, na prawym poboczu drogi zobaczyłam martwego kota. o pięknym szaro-białym umaszczeniu. w drodze powrotnej, na przeciwległym poboczu spoczywał martwy jeż, trochę bardziej nadszarpnięty niż kot.
wchodząc przez bramkę na podwórko, przywitana zostałam przez psa, trzymającego w pysku połowę polnej myszy.


jak frytka się zetnę w oleju
i spalę się skrętem do szczętu 
i z duszy swej, mój dobrodzieju, 
nie zrobię nikomu prezentu 

niedziela, 13 września 2015

pewien Rosjanin poddany zostanie transplantacji głowy, to pierwszy zabieg przeprowadzany na taką skalę.
okazało się, że wszyscy wymawiali imię Sami-Wiecie-Kogo źle.
Johnny Depp wystąpił w pustynnej reklamie Diora.
kilka dni temu ojciec położył rękę na ramieniu Oli, wczoraj powtórzył ten gest na mnie.
lepiej mieć jeden rodzaj herbaty niż trzy.
podświetlana klawiatura jest dobrym wynalazkiem.

sobota, 29 sierpnia 2015

dziwną radość - taką w deseń ukojenia - daje mi założenie dresowych spodni i rozciągniętego swetra. lubię jesień.

cieszy mnie też to, że wkrótce będę miała biało-szare ściany w pokoju i turkusowy stołek, po który pojadę do ikei.

cieszy mnie mały czarny notatnik, w którym zapisuję esencje przeczytanych książek - chociaż nie wiem, dlaczego wpadłam na to dopiero teraz. może to kwestia fioletowych naboi/nabojów do pióra.

skończyłam Łzy Erosa [żałując, oczywiście, że tak późno się za to zabrałam] oraz 2. tom Dziennika Sontag.

wysłałam dwa artykuły do redakcji, niedługo pójdą do druku.

o właśnie, cieszą mnie też maile, które wymieniam z panem profesorem, który, zupełnie nie wiem dlaczego, kojarzy mi się z Szalonym Kapelusznikiem połączonym z Zającem [z wersji T. Burtona].
cieszą mnie te linijki:
Powodzenia (nie zarzucam Pani już tytułami, bo trzeba wiedzieć, kiedy artykuł sie kończy i wiedzieć też, ża zawzsze będzie coś, czego Pani nie doczyta. Tak jest. Jakby była tylko jedna ksiażka na świecie - byłoby w porządku. A tak - maltretacja (Witkacy).W
Cieszę się na nadchodzącą w październiku maltretację akademicką.

niedziela, 23 sierpnia 2015

w powietrzu czuć zbliżającą się jesień.
matka kuleje tylko wtedy, gdy wie, że jest obserwowana.

prowadziłam dzisiaj jeepa - wałami przy Wiśle i w samym korycie rzeki. muszę przyznać, że w takiej perspektywie przemieszczanie się samochodem po Krakowie nie jest aż tak straszne. wiecie państwo, ja nie mam problemu z prowadzeniem, ja mam problem z innymi uczestnikami ruchu drogowego.
tatko nawet mnie pochwalił. to jednak zacna oznaka zaufania - kiedy ja wspinałam się tym pancernikiem po wałach - on siedział na tylnym siedzeniu.
wjechałam tym paskustwem po piachu i glinie pod stromą górę, jednocześnie ostro skręcając - że niby na egzaminie nie ruszę osobówką pod małe wzniesienie?

sobota, 22 sierpnia 2015

mały gest małego człowieka znaczy chyba najwięcej.
wczoraj, przy Kościele Mariackim, starsza pani usiłowała sprzedawać bukiety kwiatów. my również - jak wszyscy na około - przeszłyśmy obok niej, grzecznie odmawiając. po kilku krokach O. zatrzymała się i stwierdziła, że chce kupić te kwiaty. speszenie i lęki zupełnie nie miały do niej wtedy dostępu. oddała jej swoje pieniądze, później stwierdziła też, że da te kwiaty naszej babci. byłam jestem z niej cholernie dumna.

wcześniej wpadłyśmy do kina, w wirze śmiechów i nieogarnięć dostała plakat z Małego Księcia. później nadałyśmy nowe znaczenie "rzucaniu jajkami w okna" i odwiedziłyśmy wystawę Szuflady Szymborskiej i galerię francuskiego plakatu.

"to był najlepszy dzień", a przecież, wychodząc z nią z mieszkania, nie miałam pojęcia, co robić.

wtorek, 18 sierpnia 2015

w rozważaniach na temat nudy u Sontag pojawia się coś jak "bycie we właściwym trybie postrzegania" - tak świetnie to znam, przynajmniej ktoś to nazwał. 

tęskniłam za kawą z kawiarki. ta nowa płyta Rojka jakoś zbyt zaszumiona. to nie takie retro szumy, które bardzo lubię - to nowoczesne szumy, które niepotrzebnie zagłuszają fajne teksty. 

"lubię czuć się tępa. wtedy dociera do mnie, że istnieje na świecie coś poza mną"

przy-/o-tępienie. 


hej, ej, właśnie przeczytałam listę "miejsc do zobaczenia" - pomiędzy obrazami Klimta a paryskim Musee Grevin - znajduje się Kopalnia Soli pod Krakowem. 



pewnie, że w końcu przedawkuję. coś trzeba. 

niedziela, 16 sierpnia 2015

czasami w rozmowach w mojej rodzinie słyszę własne słowa, intonację głosu, charakterystyczne przerywniki czy łączniki, próbujące a to wybrnąć, a to rozładować sytuację.
dałam im narzędzia do wybudowania własnego języka. kleją to. składają, jak tylko potrafią. starają się budować to codziennie.
a ja? ja jestem u siebie. czy jestem zazdrosna? czasami pewnie tak. zdaję sobie jednak sprawę z tego, że wyrosłam. mogło być inaczej, pewnie. ale mój żal niczego teraz nie wniesie. lepiej jest cieszyć się, chociażby z tego, że O. ma to, czego mnie nie było dane zaznać.


(po)czucie (wy)obcowania w (niedo)czasie.


na fb dostałam wiadomość od małej M. - taką zakończoną dwoma wykrzyknikami i serduszkiem.
może jednak trochę spełniłam się w tamtej roli.
a może właśnie to nie była rola, tylko część mnie. część, do której nie miałam dotąd dostępu.
ustanowienie ja.
chaotyczne, rozbiegane, ale próbujące się sprawdzić ja.

ja, które chce własnej kuchni, salonu, małego ogródka. ja chcące sprawdzać nowe przepisy, zaskakiwać gości. ja, które chce mieć gości, to nowość, prawda?

za te nowości uniosłabym teraz lampkę wina, niestety na szczęście, całe zapasy się skończyły.

wciąż słyszę śmiech za moim oknem. ja czasami też się uśmiecham do siebie.

część mnie jednak chyba zdaje sobie sprawę, jak jest ciężko, ta część mnie, która bardzo chce teraz uciec, schować się, zaszyć w ciszy.

zostanę w miejscu, dopóki ktoś mnie nie zawoła.
"Wyswobodzenie się z przeszłości - wygnanie - aborcja jaźni."
S. S.  

środa, 12 sierpnia 2015

Perseidy, czyli noc spadających gwiazd.
siedzieliśmy na pomoście. było zabawnie.
czytam 2. tom Dziennika Susan Sontag. co-po-nie-którzy twierdzą, że należy ona do kręgu pisarek pretensjonalnych*.

*pretensjonalny
1. «zachowujący się sztucznie, krygujący się»
2. «zbyt wyszukany, świadczący o złym guście»

myślę, że to działanie dywersyjnie, a może nawet partyzantka kulturowa - w każdym razie, ś-w-i-a-d-o-m-e działanie i pisanie. czego innego spodziewać się po autorce rozważań o campie.

"We wszelkim pisarstwie kryje się potencjalne - co najmniej potencjalne - oszustwo".


tararara. M. jest irytujący. intelektualnie irytujący i wyzywający. myślałam, że mam od tego wakacje, artykuł jednak sam się nie napisze. obłożę się wiatrakami i kostkami lodu i kotami i to napiszę, cholera jasna.

czwartek, 6 sierpnia 2015

odkąd wiem, że Wenecja trzyma się na drewnianych palach umieszczonych w mule kilkaset lat temu; a pewna aplikacja tłumaczy zeskanowany tekst w czasie rzeczywistym - jest mi jakoś nieswojo.

przywiozłam wyszczerbioną gitarę do Huty, może M. jakoś na to zaradzi. nie wiem, dlaczego akurat dzisiaj postanowiłam wyjąć ją spod łóżka i dać jej szansę*. zapomniałam jak bardzo jest piękna.
dzisiaj zrobię makaron z kurczakiem i suszonymi pomidorami i zobaczę dinozaury w 3d.


*całkiem możliwe, że to sprawka Meryl.

środa, 5 sierpnia 2015

przerwa w dostawie prądu otworzyła przede mną lukę czasową, w której upchnęłam kilka szkiców i dwie książki. zastanowiło mnie to czytanie. ostatnio czytałam na Mazurach, ale w niezbyt sprzyjających warunkach. a w ciągu roku akademickiego? od zajęć z literatury światowej czy warsztatów krytycznych nie miałam w sumie zbyt wiele do czynienia ze słowem pisanym w innym niż uniwersyteckim dialekcie. skończyłam Młodość Coetzeego (z której to spisałam listę poetów do przeczytania), zabieram się za 27, czyli śmierć tworzy artystę z ulubionej serii. lista nazwisk i tytułów do poznania przypomniała mi o 2. tomie Dziennika Sontag, zdjęłam go już z półki.
zaczynam upinać włosy po staremu, rosną. od jakiegoś czasu babram się też w farbkach, szczególnie cieszą mnie te, które nie wybuchają mi na biurku. czasami wychodzi mi coś fajnego. nie ma co jednak się oszukiwać, mam dość prymitywną kreskę, jestem bardziej kopistą niż twórcą. jakoś mi to nie przeszkadza, nigdy nie łączyłam swego jestestwa z rysowaniem, to dość ciekawa odskocznia.
chyba powoli dochodzę do siebie po rodzinnym wyjeździe nad Wielkie Jeziora. doszłam do pewnych wniosków u M., reszta pewnie w odpowiednim czasie, miejscu i za odpowiednią stawkę. czasami czuję się jak woody allen, nic na to nie poradzę. skoro o starym wilku mowa, ponoć nakręcił nowy film, widziałam emmę stone na plakatach; rzuciłam też okiem na artykuł, w którym twierdził, że nie chce mu się już robić arcydzieł. no spoko. mnie czasami też się nie chce.
na dniach powinnam zabrać się za pisanie po-konferencyjnego artykułu o Beksińskim. fajnie byłoby pamiętać o czym mówiłam. niepotrzebnie oddałam S. książki; na szczęście mam gdzieś notatki. pasuje pomyśleć, co zrobić z tekstem licencjatu.
oli wyrwano ząb i bolą ją dziąsła.
koty wciąż lubią mnie podgryzać, pies afektuje za każdym razem, gdy mnie widzi.
popsuły mi się parametry bloga - podziały akapitów musiałam zrobić w html-u, nie lubię.

niedziela, 19 lipca 2015

A zresztą, czy to w obłędzie, czy w melancholii - jak tu pisać, kiedy zmęczenie niczym dłoń w rękawicy chwyta za mózg i mocno ściska?
j. m. coetzee, młodość

poniedziałek, 13 lipca 2015

żółte pomidory, świeża bazylia i chrupiący chlebek zrobiły mi poranek.
deszczowo i chłodno, będzie można dzisiaj popracować. wracam do rozważań nad Stasiem. 


sobota, 11 lipca 2015

gubię się nawet na wirtualnej wycieczce po muzeum. na własnym laptopie.

słucham Rickmana. terapeutycznie. piję dużo herbaty. czytam książki i nową ulotkę.

w pokoju mam nowy ład. dobrze i wygodnie. ściany, koniecznie muszę przemalować te ściany. dokupić herbaty z owoców leśnych. dokończyć artykuł.

środa, 1 lipca 2015

ponoć katedrę [komparatystyki - przyp. k. w.] należy spalić. dołączam do tego JCJ.
ponoć (wedle orzeczenia specjalisty) najbardziej irytuje mnie brak kontroli oraz zawodzenie czynnika ludzkiego (nie, że wycie - ale nie spełnianie powinności/obietnic).

dzisiaj możemy zaobserwować klaudję w jej naturalnym środowisku (piżama i łóżko), kiedy to odlicza minuty do godziny 9.00, czekając na magiczne pojawienie się jednej brakującej oceny w usosie. poczucie niesprawiedliwości świata irytuje ją w nader znaczący sposób, wpływając na motorykę i retorykę. bardziej nerwowo odgarnia włosy do tyłu. dopija chłodną kawę. wciska klawisze. odświeża stronę. zastanawia się, w jaki sposób skomponować wiadomość tekstową do promotorki. zastanawia się, czy najpotrzebniejsze rzeczy zmieszczą się do podręcznego plecaka. czyści szkła w aparacie. szuka numeru telefonu do góralskiej rodziny, tej, która daje jej zniżkę na noclegi. zamyka zakładkę z pocztą akademicką. to już nudne. w imię czego się tak starać. po co poświęcać na coś pół roku życia, po co się angażować, po co przeżywać. o 9.00 zamknie też zakładkę z usosem. pójdzie pod prysznic. wróci do czytania książki, którą zaczęła wczoraj w tramwaju. zacznie sprzątać w pokoju. podejmie decyzję o kupnie materaca. pójdzie do sklepu z farbami i wybierze kolor nowych ścian. pewnie zadzwoni też do fryzjera.
a może znowu się położy. zamknie oczy. 

wtorek, 23 czerwca 2015

ciężki dzień, ciężka głowa, ciężka noc.
popijam piwem i chowam się za dymem.

w imię ojca, brzmię jak kiepska rapowa piosenka.

dzisiejsza nieoczekiwana przygoda kocmyrzowska trochę ścięła mnie z nóg. telefony, zapewnienia, prośby. pani w-g pewnie tego nie pochwali. taką mam bohaterską potrzebę czynu, a co mi tam.

to leki, czy ja. reagować, czy odreagować. płakać. na bieganie trochę za późno. umówić się na herbatę na Ugorku i potem na kolejną za płotem. pocieszyć. wysłuchać.


a teraz pomilczeć.
posłuchać floydów.

babcia poklepała mnie po ramieniu i wysłała do łóżka. siedzę w łóżku. nie czuję już dotyku.
niczego w zasadzie nie czuję.

może tak lepiej.
może tak.
może.

piątek, 12 czerwca 2015

przeniosłam się z całym tym bardachem do kuchni. większy stół, więcej światła, lodówka w zasięgu ręki, nie słychać pikniku organizowanego w moim starym gimnazjum. 

wieczorem wysyłam całość licencjatu do Pani promotor. teraz ślęczę nad pracą roczną do F. - korzystając z opracowanych materiałów o Beksińskim, doklejam teorię spiskową związaną z Witkacym i wychodzi mi z tego nawet całkiem fajna rzecz. może nawet uda mi się skończyć to dzisiaj. dużo pracy jeszcze na mnie czeka - kolejny esej + cały ten syf związany z zaliczeniem angielskiego. termin obrony mam już ustalony, teraz wszystko zależy od zaliczeń.

trzymać kciuki, parzyć więcej kawy, donosić jedzenie. cześć i czołem. 

piątek, 5 czerwca 2015

przypomniałam sobie, że kalendarz w Hucie wciąż jest w maju i Słonecznikach van Gogha.
koty wydają się dziksze niż zazwyczaj, a Emma jest chyba coraz bardziej przepełniona miłością. dzisiaj piłyśmy razem kawę na tarasie, położyła mi swój wielki kudłaty łeb na kolanach, to urocze. wierzcie państwo lub nie, zawsze rano uśmiecha się na mój widok. retrievery to potrafią. koty ponoć też, tak głosi legenda.

napisałam jedną pracę zaliczeniową, zostały jeszcze dwie. dzisiaj planowałam zacząć tę na kulturę XX wieku, ale czeka na mnie trawa i kosiarka; no i Zdzisia biegająca po największym upale. Zdzisi należy pilnować. licho nie śpi. Zdzisia też.

Andrzej dzwonił lekko spanikowany, że Stasia od wczorajszego wieczora nie wysłała mu smsa, a on nie może się do niej dodzwonić. lewe płuco, prawe płuco. kazałam mu przyjechać na obiad.

Ola chodzi za mną po całym domu i podwórku. jest przy mnie w drodze do sklepu, do łazienki. głaszcze ze mną koty, opowiada różne historie, często się śmieje, coraz lepiej oszukuje w planszówkach, łapie zasady szantażowania - mnie, oczywiście.

to chyba pierwsza tarta, która mamie nie wyszła. tata opowiadał o fugowaniu w dużym upale. dostałam list polecony upraszający o przedłużenie ubezpieczenia skutera. popełniam ostatnie odczytania licencjatu, chcę to już spakować i przekazać dalej.

właśnie dostałam wiadomość od Stasi, zapomniała rano włączyć telefon, jadą właśnie do La Salette. idę zaparzyć herbatę. 

niedziela, 24 maja 2015


Remember those walls I built
Well baby they're tumbling down
And they didn't even put up a fight
They didn't even make a sound
I found a way to let you in
But I never really had a doubt
Standing in the light of your halo
I got my angel now

It's like I've been awakened
Every rule I had you breakin'
It's the risk that I'm takin'
I ain't never gonna shut you out

Everywhere I'm looking now
I'm surrounded by your embrace
Baby I can see your halo
You know you're my saving grace
You're everything I need and more
It's written all over your face
Baby I can feel your halo
Pray it won't fade away

Hit me like a ray of sun
Burning through my darkest night
You're the only one that I want
Think I'm addicted to your light
I swore I'd never fall again
But this don't even feel like falling
Gravity can't forget
To pull me back to the ground again

It's like I've been awakened
Every rule I had you breakin'
It's the risk that I'm takin'
I ain't never gonna shut you out

Everywhere I'm looking now
I'm surrounded by your embrace
Baby I can see your halo
You know you're my saving grace
You're everything I need and more
It's written all over your face
Baby I can feel your halo
Pray it won't fade away

I can feel your halo

piątek, 22 maja 2015

rozpisać się, wejść w odpowiedni stan skupienia - jakoś od rana bez powodzenia. kawa, śniadanie, leki, wieś, kot, książki, notatki, nowe-stare motto do pracy, notes, pióro. to już naprawdę finisz, wystarczy to jeszcze zlepić, pozszywać do końca. wbrew przekonaniom R., nie pisać tego na 200 stron, dokończyć drugi rozdział. potem wydać, w Karakterze, bo to bufoneria. 
dać sobie spokój z Sontag, bo mnie zaraża i piszę jak ona. a może to właśnie dobrze, może zadufanie intelektualne mi służy. nie ograniczać się, najlepiej już nie studiować, nie cytować, bo moje własne lepsze. aj waj.

kupiłyśmy sandały na platformie, to wciąż nie jest etap mojego dorosłego życia, w którym samodzielnie podejmuję takie decyzje. pewnie bym i jakieś buty kupiła, po kilku dniach zastanawiania się i tracenia energii - po co to tak. zawsze mogę to podpiąć pod pracę nad więzami rodzinnymi.

chcę święcącą klawiaturę. albo białego laptopa. jestem pewna, że na białym laptopie już dawno skończyłabym licencjat. co dopiero, gdyby miał podświetlaną klawiaturę!

czwartek, 14 maja 2015

Zakrwawiona sutanna Jana Pawła II po raz pierwszy w Krakowie; a ja mam receptę z dwoma pozycjami.
czytam fragmenty pracy koleżanki z seminarium na dzisiejsze zajęcia - pochwalam - chętnie (i bez ironii) wybiorę się na dzisiejsze zajęcia i porozmawiam o Białoszewskim. spałam do 8.30. kawa w niebieskim opakowaniu smakuje lepiej, niż ta w żółtym.

poniedziałek, 11 maja 2015

promotor ironizował i dogryzał, gdy czytał. dobrze, że nie płakał, prawda? kilka rzeczy do poprawy i dookreślenia. zastanawiałam się, jak zdefiniować zło na potrzeby mojej pracy - dzisiaj, zupełnie przez przypadek, trafiłam na odpowiedź. stary, dobry Bataille. przypis do filmu na yt? chyba da się zrobić.



dostałam od M. czarną książkę zbierającą opowiadania Beksińskiego. egzemplarz przeklęty. wysokie dziś ciśnienie. od wczoraj boli mnie głowa.

sobota, 9 maja 2015

państwo zapewne kojarzą ten prawie-rzeczywisty stan po przebudzeniu, kiedy przeżywana narracja okazuje się jedynie snem, lecz jej realność trwa w zawieszeniu gdzieś w nas i daje nam - czy to do myślenia, czy do odczucia - coś fajnego?
śnił mi się M. P. M. spierający się z M. o stopień wypieczenia mięsa - na moim własnym grillu, oczywiście. przeglądał też później moją biblioteczkę, znajdując na miejscu honorowym swoją własną książkę z dedykacją Ach, to dla Pani. A no, dla mnie. Ale za kotami to ja nie bardzo przepadam. Szanuje je, oczywiście. To bestie na wskroś literackie. Może miałem do czynienia z którymś w innym wcieleniu, czy to moim, czy tego kota. Mogę pogłaskać?

wczoraj dostałam maila kwalifikującego mnie na konferencję. odbędzie się za trzy tygodnie, a ja popełniłam już trzy slajdy prezentacji i wpadłam na ogólny tok wywodu. swoją drogą, nader ciekawa sprawa. na książkę prof. Z. nakierowała mnie A. - czytając myślałam i o konferencji i o licencjacie - okazało się wtedy, że przytoczyła się chyba do mnie ostatnia zębatka - idealnie korygująca cały licencjat, jak i łącząca koncept konferencyjny. ave.
do tego to dzisiejsze ukontentowanie postacią M. P. M. (musiałam oczywiście z samego rana obejrzeć półgodzinny wywiad). to wszystko sprawiło, że poczułam się nader dobrze. wiedzą państwo, to jedno z tych uczuć - takiego komfortu i bezpieczeństwa, kiedy myśli się - to jest to - tak, właśnie w ten deseń.

rano słyszałam śmiech na dole. rodzice siedzieli w kuchni i przekomarzali się. wiedzą państwo, co znaczy, kiedy dogryza się drugiej osobie? jest chyba całkiem dobrze, w tym świetle.
 

wtorek, 5 maja 2015

"niezgodność z własną realnością"
dzień dobry, Panie Lacan. mało śpię, dużo pracuję, co to za tryb warunkowy. 
M. jest moją ce peu la réalité [odrobiną realności]. 
zmieniłam kolor włosów i oddałam szufladę ciuchów siostrze, tak jest dobrze. 
znalazłam ładowarkę do tablet-a/-u, to też dobrze. 
na drugie śniadanie mam suszone jabłka, są dobre.

sobota, 2 maja 2015

od trzech herbat nie dopisałam niczego nowego. zredagowałam kropki w przypisach. i zamówiłam książkę. jest najciszej i najspokojniej - wszyscy pojechali na basen. ależ po co wykorzystać te idealne do pisania warunki, lepiej zacząć ściągać nowy serial. majówka.

niedziela, 26 kwietnia 2015

brak uczuć można chyba wyjaśnić nadmiarem myśli.
a może niczego już nie muszę tłumaczyć.
myślałam, że wczorajszy brak jakiejkolwiek reakcji na kocham cię spowodowany jest zmęczeniem/irytacją. dzisiaj poparzyła się czymś w kuchni. również niczego nie poczułam. nawet standardowej empatii, od czasu do czasu uruchamiającej się nawet u najgorszych bydlaków.
nic.
zwyczajnie nic.

autopojetyczna pętla feedbacku.
kawa. miłego dnia.

sobota, 25 kwietnia 2015

Hipokryzja (od gr. ὑπόκρισις hypokrisis, udawanie) – fałszywość, dwulicowość, obłuda. Zachowanie lub sposób myślenia i działania charakteryzujący się niespójnością stosowanych zasad moralnych. Udawanie serdeczności, szlachetności, religijności, zazwyczaj po to, by wprowadzić kogoś w błąd co do swych rzeczywistych intencji (...).

nie jestem w stanie złamać serca O. - pochwaliłam laurkę na rocznicę ślubu. pochwaliłam jej starania, nie sam (f)akt. nie dostanę za to rozgrzeszenia. ojciec przyjechał z bukietem kwiatów i zaszył się w garażu. dzisiaj skupiam się na nie wybuchaniu śmiechem w twarz, powstrzymywaniu sarkazmu, koszeniu trawy i kończeniu rozdziału.
pisze mi się całkiem dobrze, K. polecił mi książkę, która idealnie połatała ewentualne niespójności lub dodała naukowości moim własnym założeniom. 
w tygodniu konsultuję się trzykrotnie. w sprawie konceptu pracy - z ekspertką od wizualności; w sprawie rozdziału autobiograficznego - z najcudniejszym stworzeniem z Gołębiej; oraz w sprawie magisterki - z oksfordzkim słodziakiem.
dobrze się dzieje. ze mną i we mnie. skoro reszta mojego rodu ma zamiar tkwić w tym uroczym gnoju* i z każdą rocznicą zapadać się w nim coraz bardziej, proszę bardzo. Rzuciłam w nich wystarczającą ilość lin i kół ratunkowych. Pewnie za jakiś czas chwycą się brzytwy, ale jak wiemy, będzie już za późno.
odpisuję na kolejną wiadomość, zapisuję plik, drukuję i zaczynam budować własną przyszłość. bez przeszłości.



________
*nawiązanie do Gnoju W. Kuczoka nieprzypadkowe

środa, 22 kwietnia 2015

wysłałam roszczeniowego maila. z wieloma kropkami nienawiści. zależy mi na sprawie. naszyjnik z tyranozaurem nie jest jakąś tam błahostką, rozumieją państwo!

doszczętnie zdarłam gardło. to było dobre karaoke i dobry lokal - Elvisy i inne takie na ścianach!
Beatlesi już dożywotnio kojarzyły mi się będą z Małą M. - tak samo jak większość memów zawierających w sobie koty. odprowadziłam ją na autobus - dobra ze mnie ciocia.

no, bo chyba miałam co świętować. bo wiecie, kiedy T. Z. M. trochę nie wie jak i czym skomentować, to coś się dzieje. poza tym, komunikaty w deseń "rób to dalej. tak dobrze" albo "co ty masz w głowie" czy "nigdy nie myślałam o fotografii w ten sposób, wow, dzięki" - a przede wszystkim -  "kupuję to!" - chyba dobrze wróżą.

sobota, 18 kwietnia 2015

nie sądziłam, że siedzi we mnie tyle niewypowiedzianych kadrów. 
szósta nad ranem wcale nie musi być końcem świata. ciastka czekoladowe, z kolei, najlepiej smakują w okolicach trzeciej.
naprawdę jesteś moim ulubionym człowiekiem.
będę miała paskudne kurze łapki. 

czwartek, 16 kwietnia 2015

decyzje, inwestycje, c i e r p l i w o ś ć. już kiedyś mówiłam M., że mu Bóg w gitarach wynagrodzi.
znowu mało spałam, tym razem słuchałam muzyki na nowym sprzęcie. życie nigdy nie brzmiało tak dobrze. a okulary przeciwsłoneczne faktycznie mogą być przeciwsłoneczne. no i zdecydowanie nie potrzebuję tylu ozdobników. może w końcu zacznę leczyć się z tego barokowego eklektyzmu dodatków i deseni wszelakich. M. znowu ma rację.

dzisiaj rzeczy dopiero od 16. kawa, którą sama zaproponowałam towarzysko. nowość. wiosna. wczoraj prawie porozmawiałam z byłą polonistką, ale już bardziej pogawędziłam z trzema dżentelmenami z Pierwszego. wieczorem seminarium. zabieram się za pracowanie. rozdział o cielesności. zainteresowanych zapraszam na hipsterski spam z mojego życia na instagramie.


https://instagram.com/klaudjawe
 

niedziela, 12 kwietnia 2015

wprowadzam poprawki do tekstu, M. bardzo dobrze wykonuje swoją pracę, a ja się uczę. dumę popijam kawą i stosuję się do uwag. wieczorem wysyłam rozdział do pani promotor, całkiem możliwe, że rzutem na taśmę pójdzie też zgłoszenie na konferencję. dobrze, że to tak w sobie przetrawiam, w czwartek prezentuję temat i wszystkie materiały licencjatu na forum [innego seminarium, przygoda].

wczorajszy koncert był mi bardzo potrzebny. coś z moim układem krwionośnym było ostatnio nie tak. rumieńce, endorfiny i inne. M. został do końca. bardzo mnie to cieszyło. z wniosków na gorąco: nie, żebym była overly attached groupie, ale chciałabym posłuchać M. grającego na żywo. bardzo.
zrobiłam z O. zadanie z angielskiego, przemyciłam koty do pokoju, piszę i czekam na ojca.

Skorpion
Życie: Nie krytykuj cudzych decyzji, popsujesz domownikom humor. W końcu i tak wszyscy przyznają ci rację.
Praca: Wstąpi w ciebie wojowniczy duch. Śmiało stawiaj na swoim. 


czwartek, 9 kwietnia 2015



You talk like Marlene Dietrich
And you dance like Zizi Jeanmaire
Your clothes are all made by Balmain
And there's diamonds and pearls in your hair, yes there are.

You live in a fancy apartment
Off the Boulevard of St. Michel
Where you keep your Rolling Stones records
And a friend of Sacha Distel, yes you do.

You go to the embassy parties
Where you talk in Russian and Greek
And the young men who move in your circles
They hang on every word you speak, yes they do.

But where do you go to my lovely
When you're alone in your bed
Tell me the thoughts that surround you
I want to look inside your head, yes i do.

I've seen all your qualifications
You got from the Sorbonne
And the painting you stole from Picasso
Your loveliness goes on and on, yes it does.

When you go on your summer vacation
You go to Juan-les-Pines
With your carefully designed topless swimsuit
You get an even suntan, on your back and on your legs.

And when the snow falls you're found in St. Moritz
With the others of the jet-set
And you sip your Napoleon Brandy
But you never get your lips wet, no you don't.

But where do you go to my lovely
When you're alone in your bed
would you Tell me the thoughts that surround you
I want to look inside your head, yes I do
.

You're in between 20 and 30
A very desirable age
Your body is firm and inviting
But you live on a glittering stage, yes you do, yes you do.

Your name is heard in high places
You know the Aga Khan
He sent you a racehorse for Christmas
And you keep it just for fun, for a laugh ha-ha-ha

They say that when you get married
It'll be to a millionaire
But they don't realize where you came from
And I wonder if they really care, or give a damn

But where do you go to my lovely
When you're alone in your bed
Tell me the thoughts that surround you
I want to look inside your head, yes i do.

I remember the back streets of Naples
Two children begging in rags
Both touched with a burning ambition
To shake off their lowly-borne tags, they try

So look into my face Marie-Claire
And remember just who you are
Then go and forget me forever
But I know you still bear
the scar, deep inside, yes you do

I know where you go to my lovely
When you're alone in your bed
I know the thoughts that surround you
'Cause I can look inside your head.

wtorek, 7 kwietnia 2015

spędziłam trzy dni w Downton Abbey. nie obserwuję żadnych innych objawów oprócz myślenia w języku angielskim oraz śnienia różnych scenariuszy fabularnych. względnie jest coś jeszcze, chyba jednak za wcześnie, żeby to anonsować.
miałam jednak rację, mówiąc kiedyś M., że jestem dumna i uprzedzona.

kilka spraw do rozstrzygnięcia i przemyślenia. jestem dobrej myśli, jak sądzę. wystarczy mieć porządny plan.

 przewinęłam kartkę w kalendarzu, teraz towarzyszy mi Kobieta z wachlarzem Picassa. To dobra odmiana, Święta Panienka Rafaela dawała babci wielkie złudzenia.

wieczór spędzam w Krakowie, czas wyjść z jaskini, jak mawiają, odchamić się.

piątek, 3 kwietnia 2015

cześć w kwietniu.
M. zaklasyfikował piosenkę z ostatniego albumu Tymańskiego [i trochę Przybysz] jako rzecz dobrą. ja tam od dawna wiedziałam, że Przybysz robi dobrze głosem. no, a że Tymon postawił kiedyś piwo, to no, po znajomości też przyznam, że dał radę.
pokój posprzątany dla Jezuska. zrobiło się z tego całkiem sensowne przemeblowanie, trochę zaczynam się tu odnajdywać. najbardziej cieszy, że zrobiłam kącik biblioteczny do pracowania. fetyszystyczne ilości książek działają na mnie dobrze, może i do biurka przywyknę. 
O. dzielnie pomaga mi od rana, znów pokazałam jej, że sprzątanie nie musi być przykrym obowiązkiem, a zdolności taneczne są rzeczą względną. zaplanowałyśmy nawet grilla na otwarcie sezonu, czujcie się zaproszeni. jeszcze tylko poukładać resztę książek i oblec pościel, a no i jajka. jajka najważniejsze. w tym roku forsuję wzory tradycyjne. taka jestem tradycjonalistka. ciekawe, czy babcia zadzwoni, żeby sprawdzić, czy byłyśmy do święcenia.





wtorek, 31 marca 2015

istnieje kilkanaście piosenek sezonowo czepiających się mózgu. limboski  i jezus był słaby to numer jeden ostatnich notowań. a kilka miesięcy temu przecież już się w tym zasłuchiwałam. nie wiem, nie wiem.

na wczorajszym zebraniu sekcji K. poprosił, żebym dołączyła bliżej do grupy. przecież jestem. przecież byłam za blisko. ugh.
ostatnio często przypalam kawę.
dziadek przewiesił zegar w kuchni. teraz co chwilę łapię się na tym, że wgapiam się w pustą półkę.
dzisiaj do teatru, dzień dobry.

piątek, 27 marca 2015

koty zaległy na łóżku w deseń yin-i-yang, bardzo to kochane [i wcale nie przypadkowe].
piszę mało przyjemny fragment pracy. ciemno, zimno, mokro i paskudnie. potrzebuję więcej kawy.

wczorajszy podbój PWSTu był uroczą przygodą. sztuka zadziałała afektywnie. tak samo spotkanie po, oraz obiad i kolacja przed. lubię takie randki z E.

na spotify pojawiła się opcja wyświetlania tekstów piosenek, wybornie! na tym, jak i na oglądaniu seriali skończą się chyba moje przygotowania do egzaminu językowego pod koniec roku. 

obejrzałam cudowny film L'Appolonide - souvenirs de la maison close. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że postaci kobiece dopiero co opuściły atelier (albo nawet same płótna) Toulouse Lautreca czy Klimta, genialne! do tego ta nieszablonowa narracja oraz praca scenariusza czy kamery. mniam. 


czwartek, 26 marca 2015

zaszło mi się na nowohucki plac targowy. od czasu do czasu mam jakieś dziwne powroty z tym związane. meta-symboliczne, bo to właśnie to miejsce głównie kojarzy mi się z dzieciństwem. szmuglowanie chrupek/chrupków kukurydzianych, wielkich balonów, których dziadek nie mógł nadmuchać, baterii, radyjek, kolorowych sprężyn, gum do skakania!
wybrałam się po spinki do włosów. pani, którą doskonale pamiętam zapytała "co dla ciebie? / ile ich potrzebujesz?". ja. rozumiecie? dawno nie byłam mną. akademicko zawsze jestem panią. dzisiaj poczułam się Klaudią. miałam moją mojość na wyłączność. po uroczej rozmowie, przymiarkach i komplementach kupiłam jeszcze piękną kokardkę do włosów.
poza tym, jeśli już trzeba i należy, to jestem panną.
dlatego zawszę łapię ten cholerny dystans do ludzi (głównie wykładowców), który później bardzo ciężko pokonać. ja do nich zawsze na pan/pani, oni do mnie nie muszą.
no i chyba dzień dobry na cześć to jeszcze długo nie zamienię, nawet w sytuacjach bardzo-prywatno-towarzyskich.
taka jestem zakałapućkana. ja chyba też, droga A.

planowałam wyspanie się, a  wstałam o 7.00. pierwsza noc przy otwartym oknie. śnił mi się Franczak. muszę załatwić papiery z praktykami.
dzisiaj seminarium. może to mnie tak... rozstraja? M. kazał przestać czytać, a zacząć pisać. ale ja czytam i piszę jednocześnie. i znam granice. i czytam jeszcze jedną rzecz, nieustannie zastanawiając się jak K. zamierza przerobić tekst literacki z teatrologami. Sebald a Sontag to trochę dwie inne bajki. obiecałam G., że na następne seminarium przyniosę popcorn, będzie zabawa!

idę po kawę. do sklepu w sensie, bo się skończyła. kupię też plasterki, trampki tymczasowo pozbawiły mnie pięt.

środa, 25 marca 2015

no i chyba nic tak nie robi dnia, jak wieść o odkryciu nowych gatunków skakunów. to jedyna kilkumilimetrowa, kolorowa i tak uroczo wielooczna forma pająka, jaką mogę zaakceptować. poza tym, nazywają się Sparklemuffin i Skeletorus - bajecznie!

wczoraj wieczorem padłam do łóżka cholernie zmęczona - tak jest fajnie - tak jest sensownie - tak powinno być. więcej się męczyć, ale nie zamęczać. rolki/jogging - pozytywne gromadzenie energii. kiedy byłam na zakupach zadzwoniono do mnie państwowo. coś jest nie tak z ubezpieczeniem, muszę znaleźć papiery, wybrać się do ZUSu. w porządku, zajmę się tym. tak powiedziałam i tak zrobię.

dzień dobry.

poniedziałek, 23 marca 2015

pamięć fotograficzna ma sens. to znaczy, dla mnie wiele spraw rozumie się samo-przez-się, jakoś to widzę, jakoś to będzie. ale chyba nie każdy ma takie wyobrażenie. i nie każdy chce czekać na efekt końcowy w postaci pełnej ściany tekstu licencjatu. nie przekonuje mnie wysyłanie skrawków, bo to nic nie wnosi, no może poza spojlerami. szkieletem kilku doc'ów na pulpicie są cytaty, oraz większe partie tekstu interpretacyjnego. nie wiem i nie rozumiem, dlaczego niektóre rzeczy rozpisuję dzisiaj, do niektórych nie mogę usiąść od kilkunastu dni, nawet jeśli mam sporo materiału. samo się.
dopóki widzę, że ma to sens, nie mam zamiaru panikować. spokojnie pani promotor, wiem co robię.

dziwnie rozmemłany ten tydzień się zapowiada - kilka zajęć odwołanych. wciąż nie mogę przyzwyczaić się do wolnego piątku i względnie wolnego czwartku (bo co to takie jedne zajęcia).
a, siedzę sobie w takim niedoczasie, tu pojadę do Centrum, a tu Centrum przyjedzie do mnie. tu uspokoję jakąś emocję, tu wzbudzę inną. ale generalnie, jakoś spokojnie, szczęka o dziwo nie boli, zakwasy i owszem, ale przecież to nie koniec świata. trochę ogarniam, trochę oswajam. trochę mi zależy, a trochę potrafię mieć dystans. trochę się nie spodziewałam. ale to dobrze.

lista zakupów, telefon od mamy. w sobotę graliśmy w eurobusiness, tata był całkiem zabawny, O. bardzo roześmiana. jeszcze 3 książki do licencjatu, jedna na seminarium. pamiętam, że kiedyś zaczęłam czytać Austerlitz, dlaczego przestałam? nie wiem, ale debata na temat tekstu literackiego z teatrologami zapowiada się wybornie!

jem pomarańczę od M., wracam do notatek.

niedziela, 22 marca 2015

jaki jest stan skupienia
mnie

forma wciąż zachowana
są łydki, jest gęba

włosy odgarnięte na bok
sweter rozciągnięty
kot miauczący 

kawa stygnie
on wciąż pewnie smakuje kawą
smakujesz?

czwartek, 19 marca 2015

zadziwiające, że owocem wspólnego życia (względnie i ogólnie) kulturoznawców może być kulturysta.

zagadek w świecie jest wiele. jedną z nich jest również kategoria wystąpień publicznych. te, jak się okazuje, opanowałam w stopniu do czterech osób. powyżej zaczynają się same problemy. subiektywna interpretacja doświadczeń swoją drogą, urocze komentarze dziewczyn swoją drogą, ale cholera jasna, coś trzeba z tym zrobić. niby warunki trochę wykraczające poza zwykłość, bo to bardzo specyficzna sprawa i historia były, ale no, ostatnio trochę sobie odpuszczam. trzeba się wziąć za zabieranie głosu na forum, bo się znowu gdzieś zapętliłam i wyautowałam.
praca, praca, praca.
dwa maile pod rząd od pani promotor. um, to będzie ciężki dzień, idę po kawę.

niedziela, 15 marca 2015

Rapsod z dramatu "Bolesław Śmiały" S.W.


w zeszłym tygodniu okazało się, że na następne zajęcia opracować mamy z G. temat Młodej Polski. z wielką radością przyjechałam na wieś, zdjęłam z półki książki dotyczące Wyspiańskiego i zaplanowałam oprowadzanie. trochę przygoda, a trochę spełnienie marzeń. za młodu, oglądając różne filmy około akademickie chciałam być właśnie w ten deseń - mieć swoją dziedzinę, swoją ulubioną galerię, swojego malarza. Staś wciąż jest dla mnie niesamowitą zagadką, to cudowne, że zostało mi jeszcze tyle do odkrycia. niektóre wątki rozumiem dziś dużo lepiej, niż chociażby w zeszłym roku, kiedy to pisałam o nim dwie spore prace. zawsze mam wrażenie, że poznam we właściwym czasie.
jeszcze nie wiem jak to będzie z "dzieleniem się". prawdopodobnie miałabym z tym dużo większy problem, gdybym miała do czynienia z inną grupą.

powyższy portret Mielewskiego zapewne niesłusznie stał się czarno-biały, ale właśnie w takiej reprodukcji książkowej go poznałam, wybacz S.

czwartek, 12 marca 2015

kryzys jest wtedy, gdy myślisz o zmianie promotora. nic tak nie blokuje potencjału twórczego, jak brak kreatywnego środowiska do pracy. kiedy okazało się, że sąsiedzi za ścianą mają tak kosmiczną zabawę przy pracowaniu, pomyślałam, że powinnam tam być. we wtorek rozmowa, zobaczymy gdzie to dalej toczyć [skojarzenie z geotrupes stercorarius zasadne]. 

kolejna książka - kupiona trochę przez przypadek - idealnie wpisuje mi się w koncepcję. może dzisiaj nad tym popracuję. jeżeli nie zacznie padać, wyjdę jeszcze na rolki.

wczorajsza wiadomość na lubimyczytac była całkiem urocza, ponoć nie przez przypadek dobieram literaturę, inspiruję i intryguję. coś jak pokaż mi co masz na półkach, a powiem ci kim jesteś.

lubię taksówkarzy mających wyczucie, to znaczy takich nie gwałcących rozmową. to samo tyczy się fryzjerek. czytałam ostatnio fajny artykuł o small talku, który najczęściej sprowadza się do monosylabicznych banałów. unikam jak ognia. a raczej jak wody. bo to wody raczej nie lubię. w dużych zbiornikach.

wczoraj na wydziale dyskusja wokół książki Jankowicza Gombrowicz- loaded. Esej o formie życia. zapowiada się jako bardzo dobrze przygotowana i poprowadzona retoryczno-filozoficzna rozprawa, chętnie kupię, bo ma piękną okładkę przeczytam. Franczak i uroczy postulat, że warto rozmawiać wyśmiany i odparty kolejną szaradą metodologiczną. nie wiem, czy kiedyś przywyknę do takiego trybu. jednak mało ma to wspólnego z rozmową, ale no, warunki laboratoryjne akademickie.
- to może odpowiem i wytłumaczę to Heglem 
- ale Hegla w tej książce nie ma
//
- cieszę się, że pan skończył. nie, żeby było to mało interesujące, ale chyba przestałem ogarniać. to może odpowiem na pana p-y-t-a-n-i-e. zadał ich pan 11. 


a potem M. na kanapie ze sprężyn uczył mnie prowadzenia konwersacji.


poniedziałek, 9 marca 2015

na szczęście istnieją buldogi francuskie z krzywymi pyszczkami i przegrodami nosowymi, sapiące i chrumkające jak małe świnki biegając po parkach.
na szczęście świeci słońce, a zaraz będzie zielono.
na szczęście nad zalewem znów są łabędzie.
na szczęście oczy w końcu przestają szczypać a oddech wyrównuje się.



[edit:] na szczęście są też babcie i pieczone jabłka z cynamonem

niedziela, 8 marca 2015

O. zachwycona możliwościami wirtualnego zwiedzania największych muzeów. od wczoraj siedzimy w Instytucie Smithsona. dzisiejsze pisanie licencjatu zostanie chyba przesunięte. rzeczy ważne i ważniejsze, poza tym, pani promotor nie zasłużyła. bum.
na wsi tylko kawa rozpuszczalna i to paskudne mleko - nie rozumiem, jak mogłam spożywać to pod nazwą "kawa". speaking of, czy wiedzieli Państwo, że Victor Hugo malował również* kawą?




*dla mnie niespodzianką był sam fakt, że w ogóle malował. ba, był jednym z pierwszych "nowoczesnych".

sprawa z ośmiornicą przemawia do mnie niesamowicie mocno. to jest ten modus. ta kreska. ten kolor. wgapiam się w to od piątku.


ojciec zabiera O. na basen. zdałam sobie sprawę, że mam 12 lat - powiedziała mi wczoraj - mogę zjechać z tej największej zjeżdżalni.
szaleństwa młodości, pomyślała starsza o dziesięć lat siostra.
ojciec od 6 nad ranem rozprawia o kolejkach. zapewne tak właśnie jest. cały Kraków wybiera się dzisiaj na basen. ciekawostka dotyczy czegoś innego - nie pojechał na giełdę.


obejrzałam wczoraj dwa bardzo dobre filmy. polski Bunny (2014), który naprawdę był bardzo piękną przygodą (!); oraz norweski Blind (2014) rozegrany na genialnym (nad)pisaniu historii. poza tym, język. hipnotyzująco-uroczy i tak dziwnie intrygujący, zupełnie jak twarz głównej bohaterki. polecam?

sobota, 7 marca 2015

spędziłam wczoraj 3 godziny w Narodowym oraz 2 godziny na wykładzie o alternatywnej historii sztuki. M. stwierdził, że stopiły mi się wszystkie trzy neurony. pewnie i tak było. sama nie wiem, czy te wydarzenia bardziej mnie zainspirowały czy zdenerwowały. jakby nie było, oba zjawiska są dość twórcze. trzeba to przestudiować, książki przeczytać, okiełznać.

późnym wieczorem kolejny uroczy telefon. w sprawie fotografii.

BBC informuje, że ostatnim życzeniem kobiety umierającej na raka było odwiedzenie Rembrandta w Rijksmuseum.

czwartek, 5 marca 2015

środa, 4 marca 2015

znów intensywnie przeżywam, mniej intensywnie śpię. wstałam o 5.50.
rozpisuję konspekt pracy, szukam odpowiedniej bibliografii [we własnej biblioteczce, ha]. bardzo cieszy mnie wizja spędzania całych dni w Galerii Sztuki Polskiej XX wieku. fetyszyzacja przestrzeni i pracy zaliczeniowej. mogę.
spływają kolejne oceny za zeszły semestr. ta z seminarium tyle co mnie rozbawiła, co zdenerwowała. no cóż. może.
równie zabawna okazała się ocena z "warsztatów krytycznych", rety.
[odsyłam obie recenzje z moimi drobnymi uwagami. Oba teksty oceniam wysoko - za dobra kompozycje i styl ale przede wszystkim, za pomysłowość i konsekwentnie przeprowadzoną interpretację.] 
wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że teksty te popełniałam naprawdę na odczep się i zalicz. dlatego nie pokładam nadziei i ufności w ocenę wystawioną przez szanowną panią. ja jej z pełną świadomością [podszytą hejtem] wysyłam gnioty, a ona mi to jeszcze chwali. no dobrze, niechaj tak będzie.

no, uśmiałam się. idę po kawę.

niedziela, 1 marca 2015

cześć w marcu. jedna kawa, dwie herbaty. książka o estetyce i polityce. praca na zajęcia z filozofii i licencjat. jutro widzę się z panią promotor, mam nadzieję, że brak kontaktu z teatrologami przyczyni się do tego, że będę mogła z nią pogadać sensownie(j).
rozegrałam z O. dwie partie karcianki Hobbita, powiesiłam na półce model czaszki tyranozaura, powinnam jeszcze wybrać lakier do paznokci i przytargać tu kota.

[edit] kot przytargany woli spać na torbie na laptopa, niż na moich kolanach. miłego dnia.

________________
"Być wolną oznacza (...) bycie zdolną do własnej niemożliwości (impotentiality).

sobota, 28 lutego 2015

zapowiada się pierwsza [od trzech lat] rebelia. że niby mam nie iść na seminarium? że do K. nie iść? z własnej, nieprzymuszonej woli?
zawzięcie i uparcie nie pójdę. nie zniesę. moje granice wytrzymałości kantorologicznej zostały i tak zbyt mocno naciągnięte.
jednakże, w poniedziałek widzę się z panią promotor, do tego czasu jeszcze podłubię, w tym co już popełniłam. M. nawet trochę pochwalił zatwierdził, więc jestem dobrej myśli.
dzisiaj spało mi się dobrze. nawet bardzo dobrze.
właśnie takiego wieczoru potrzebowało całe moje jestestwo.
obezwładnienia, przywłaszczenia, uścisku, nawet siniaków.

(prze)moc jako przypadek.

czwartek, 26 lutego 2015




The dawn is breaking

A light shining through
You're barely waking
And I'm tangled up in you
Yeah
But I'm open, you're closed
Where I follow, you'll go
I worry I won't see your face
Light up again
Even the best fall down sometimes
Even the wrong words seem to rhyme
Out of the doubt that fills my mind
 Out of the doubt that fills your mind
I somehow find
You and I collide

I'm quiet you know
You make a first impression
Well, I've found I'm scared to know
I'm always on your mind
Even the best fall down sometimes
Even the stars refuse to shine
Out of the back you fall in time
I somehow find
You and I collide
Don't stop here
I lost my place
I'm close behind
Even the best fall down sometimes
Even the wrong words seem to rhyme
Out of the doubt that fills your mind
You finally find
You and I collide
You finally find
You and I collide
You finally find
You and I collide

x

środa, 25 lutego 2015

"Wolność wobec świata zapewniam Sobie w takim stopniu, w jakim Sobie ten świat przywłaszczam."
M. Stirner 

kiedy ostatnio tak mocno szorowała zęby, że polała się krew?
kiedy złamała szczotkę do włosów?

od nierozwagi do autodestrukcji w kilka sekund. dzień dobry.

poniedziałek, 23 lutego 2015

to był dobry dzień. nie wiem, kiedy ostatnio mogłam tak pomyśleć/powiedzieć. wieczorem, z herbatką i pełną świadomością tak właśnie twierdzę. sesja naukowa w Grotesce przeszła wszelkie oczekiwania. na sakramentalne czy są jakieś pytania? podniosłam rękę, dostałam mikrofon i zadałam pytanie. sala była pełna, na szczęście siedziałam w drugim rzędzie, więc nie widziałam zbyt wielu ludzi. skomponowałam pytanie wielopoziomowe, z nawiązaniem do konkretnej metodologii i nazwiska, co więcej, podzieliłam je na dwa segmenty, do Grotowskiego i Kantora. odpowiedzi były satysfakcjonujące, co więcej, kolejne osoby nawiązywały do mojej wypowiedzi. nie sądziłam, że tak potrafię.
na schodach przytuptała do mnie K. bardzo się cieszę, że pani przyszła! zakrzyknęła ściskając mnie za ramię. czy to było nachylenie do branżowego ucałowania w policzek? dziwne za-wahanie, fotograf. odezwę się do pani, musimy sobie porozmawiać.
w porządku, rozmawiajmy.
na początku trafiłam jeszcze na A.W. szaloną doktorantkę z teatrologii Pani Klaudio! Można tu z panią usiąść? pani to zawsze w najlepszym miejscu, zawsze na posterunku. widzę, że jest pani wciąż wierna? nie wiem, czy miała na myśli teatr czy K. a, notesik, no tak, ta dokładność, pisze pani artykuł? a seminarium u kogo? no tak, oczywiście. 
jestem tak oczywista i tak profesjonalna. trochę dumna? z siebie? trochę wygodna? w sobie? w tej sukience?
to był dobry dzień.

niedziela, 22 lutego 2015

gdybym miała własną kuchnię, taką z białymi ścianami i ziołami na parapecie, nieustannie leciałaby tam muzyka Benny'ego Goodmana, na zmianę z Glennem Gouldem.
we własnym pokoju i tak już czuję się jak w jednym z filmów Woody'ego Allena. Bardzo za nim tęskniłam. jak zwykle, złożyło się na to kilka czynników, ale najbardziej emblematyczny był chyba film Paryż - Manhattan, jest całkiem niezły jak na komedię romantyczną. ale faktycznie, jest coś w tym, w myśleniu Allenem.

słońce, trochę pracy. jutro konferencja teatralna, oczywiście, polezę, nie trzeba mi dwa razy powtarzać, żem mile widziana.
domek, słodki domek, na dole siekierkę można zawiesić. pasowałoby się ewakuować przed wybuchem. na razie posiedzę w słońcu, posłucham muzyki, przemycę koty.

piątek, 20 lutego 2015

30.1.80: ŚNIEG IV

Należy go oglądać z autobusu “Jelcz”
starego typu, w którym okna całkiem czyste
nie są nigdy, z zasady; i należy mieć
miejsce siedzące z dermy pociętej żyletką
przez chuligana, z nudów; i należy lekko
mrużyc oczy, by twarze stłoczone, bezkrwiste
(mgliście znane, z widzenia) pokrywały wszystek
szarawy obszar szyby jak lustrzana śniedź;

i trzeba jechac w tłoku; i trzeba daleko,
na drugi koniec mózgu, ten, ktory ma przystęp
bezwiedny i swobodny do świata, danego
raz na zawsze, i z łaski; i przy sobie mieć
w tym autobusie to, co najbardziej dolega,
ludzką woń, asymetrię, odroczoną śmierć
(wsuwany - z góry, z wolna - do kieszonek serc
paszport z trwałą ważnością, ale w czasie przyszłym)
także kaszel, gderanie, łokieć, nikły śmiech -

dopiero wtedy można znieść ten ból puszysty,
tę biel przeszywającą, ten zbyt czysty śnieg.



Stanisław Barańczak
wieczór poezji Stanisława Barańczaka był wieczorem pięknym. wybrane i przeczytane wiersze przez przyjaciół-poetów, aranżacje Grzegorza Turnau(a), listy Wajda-Barańczak przeczytane przez Marka Kondrata, oraz sonety, również w jego interpretacji. i ta urocza sprawa z listem od samego Wajdy, który nie mógł przyjechać na spotkanie, a i tak przemówił swoim głosem, przez Konrata. nie mam pojęcia jak panu Markowi się to udało, ale udało się świetnie. pan siedzący obok mnie popłakał się ze śmiechu. ja płakałam [wewnętrznie] nad trochę innymi sprawami. jeszcze wczoraj wieczorem i trochę dzisiaj rano ponownie czytam mój ulubiony zbiór 159 wierszy. odnajduję głosy, które je czytały. to zaszczyt być częścią takiego dnia.


wtorek, 17 lutego 2015

[już cieszę się na lekturę - znając Pani pasję]
rytm dnia ustabilizowany. orchidea rozwinęła właśnie czwarty kwiat, jest piękna. koty i pies, co rano wylegują się pod moim oknem, łapiąc pierwsze promienie słońca. o 8.15 zupełnie nieoczekiwany telefon. nie wiem, jak można być tak uroczą, małą bestyjką. widocznie można. ja też wyczuwam pewne pokrewieństwo. to pewnie sprawka kotów. jak wszystko, co wydarza się we wszechświecie.

doceniam również tego szczura, przytarganego na wycieraczkę, dziękuję koty, nie wiem, co bym bez was zrobiła. nie przynoście tylko takich danin dziękczynnych na przedpokój i dalej do domu, ok?

skończyłam opowiadanie Hrabala, które dostałam od W. - Zbyt głośna samotność. bardzo dobrze jest tak odpocząć od akademickiego żargonu. ledwie ta burza po Hrabalu uspokoiła się we mnie, zaczynam już nową książkę - ja, Tituba, czarownica z Salem, z ukochanej Serii z miotłą.

wczoraj Mr. Turner [o tym Turnerze, malarzu]. nie wiem, dlaczego 2,5 godziny musiało to trwać, ale gdyby to ładnie pociąć i podciągnąć, byłoby zacnie. Sceny odbywające się w Galerii w Londynie [czy to był Salon?] bardzo do mnie trafiły, taka anegdotka.

sobota, 14 lutego 2015

kawa z brązowym cukrem nie jest taka zła.
wysłałam K. pierwsze próbki licencjatowe, nie chcę się nad tym produkować dalej, dopóki z nią nie porozmawiam. kończę zatem pracę na queer, to dziwne do jakich wniosków człowiek dochodzi między wpisaniem poszczególnych zdań. chyba ma sens. następne w kolejce czekają: recenzja poezji, raport na projektowanie nowych mediów i intermedia.

Oleś ma ferie, pewnie dzisiaj jakieś kino, może łyżwy. dzisiaj przecież specjalny dzień miłości, na mieście będzie tak czerwono i uroczo, nie mogę się doczekać.

śnił mi się Paryż w deszczu.


bezdech emocjonalny
przeszył mnie wczoraj
na pół
ale już
jest dobrze
prawda

czwartek, 12 lutego 2015

praca trwa, ale widmo braku intelektualnej odwagi w sprawie własnych tez nadal nade mną wisi. na nowo przyzwyczajam się do własnego pokoju, trochę mnie tu nie było. zaanektowałam lampkę biurową, przeniosłam nad kanapę i ładnie wykorzystałam do pracy. mój kot też ją wykorzystał, wciągając sobą jej ciepełko. praca z kotem jest dobrą pracą.
kolejne filmy, trochę muzyki. książki poukładane, cytaty pozaznaczane. trochę spokojniej wewnątrz.
bardzo miłym zaskoczeniem był dzisiaj sms od babci. niby to wszystko wiadomo, niby zrozumiałe i się wie samo przez się, ale czasami w ogóle miło dostać taką przypominajkę.

środa, 11 lutego 2015

jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o ciało. nie tylko o najnowszy film Szumowskiej mi tu chodzi, chociaż przyznać muszę, [trailer] mnie bardzo zaintrygował.
nie chciałabym skończyć z akademickim pojęciem cielesności - raz, umieszczonym tylko w dyskursie wypowiedzi; dwa, służącym jedynie jako statyw do przenoszenia mózgu. tak się z sobą ostatnio czuję i bardzo mi to nie odpowiada.
chyba wpadłam na to wczoraj. wiedziałam, że cupcake red velvet [chryste, jakie to dobre] jest czymś więcej. tak więc, ciacho jako postanowienie, niechaj mi przyświeca na te dwa tygodnie. nie mam zamiaru się katować, a ogarnąć jedynie ten uroczy metabolizm, zrozumieć jak działa(m), tadam.

wracam dzisiaj na wieś. zabieram Beksińskiego, szykują się dwa dość intensywne dni. dobrze, że człowiek taki strachliwy i panikujący, przynajmniej zawczasu nagromadził materiałów, teraz tylko to ulepić.

Boyhood  był nader zacnym pomysłem, pięknie zagrane na empatii. efekt końcowy, jednakże, troszkę się wymyka, rozłazi, wypływa. a może to tylko moje zmęczenie. soundtrack mi trochę znowu namieszał w neuronach, ale to chyba dobrze.

let me go
i don't wanna be your hero

wtorek, 10 lutego 2015

w filmowej biografii o Joni Mitchell zagrać ma Taylor Swift. Mitchell, na wieść o kandydatce konstatuje: "jeżeli zamierza śpiewać, życzę jej powodzenia".
również dołączam się do życzeń.

sesja egzaminacyjna załatwiona, jutro przechodzę do dużo przyjemniejszej części, do pisania. jeszcze żadna sesja do tej pory tak mną nie sponiewierała. chciałabym wyjechać. spakować plecak i wyjechać. oczywiście, zabierając ze sobą całą papierologię i laptopa, bo terminy ruszą za mną w pościg; ale zmienić środowisko, chociaż na parę dni.

21.02 planuję Wrocław, to rocznica śmierci Zdzisława Beksińskiego i zorganizowana z tego powodu wystawa. bardzo chciałabym się tam pojawić.

obejrzałam Teorię wszystkiego - zbyt hoolywoodzkie, a przez to zbyt płytkie (w znaczeniu płaskie), bym mogła dać się zaafektować.


cicho.
zbyt cicho.

poniedziałek, 9 lutego 2015

mój aparat psychiczny wymaga naoliwienia, a przynajmniej kawy.
jutro wielki dzień, egzamin w sensie. jak przystało na zakres teorii literatury XX wieku, jest tego za dużo (przynajmniej do opanowania naraz). mój móżdżek wytwarza od wczoraj mechanizmy samoobronne zasypiając mną gdzie popadnie. tak, tak, marudzę od rana.
śniły mi się duże zbiorniki wodne, coś jak camping nadmorski, taki kiczowaty i paskudny. poza tym, to chyba było w Rosji. graliśmy w siatkówkę w wodzie, ale to bardziej była rzeka. ktoś cały czas krzyczał "Wołga!" - nie wiem, czy to do tej wody, czy było to moje imię.
wystarczyło jedno słowo po rosyjsku i już się poprzestawiało w główce.

staram się uczyć metodą hashtagową. do każdego tekstu słowa klucze i nazwiska, jakieś linki łączące je z główną metodologią. nie jest to zbyt wiele, ale mój jest ten kawałek podłogi (w kserówkach) i mogę sobie tu odkrywać tyle Ameryk, ile chcę.
tylko, że nie chce
mi
się.

sobota, 7 lutego 2015

rośliny, które więdną na twoim parapecie
powiadomienia, które zasłaniają ekran
włosy, zazwyczaj rozpuszczone, wgryzają się w kark
zapach kawy, który koił, drażni
sensoryczność, sensualność, sens
mijają się znów z tobą
jak nieznajomi na ulicy
pomarańczowa farba na ścianie irytuje jeszcze bardziej
książki rozłożone na podłodze
nie układają się już
w zaplanowane konstelacje


piątek, 6 lutego 2015


All around me are familiar faces
Worn out places, worn out faces
Bright and early for the daily races
Going nowhere, going nowhere

Their tears are filling up their glasses
No expression, no expression
Hide my head I wanna drown my sorrow
No tomorrow, no tomorrow

And I find it kind of funny
I find it kind of sad
The dreams in which I'm dying are the best I've ever had
I find it hard to tell you,
I find it hard to take
When people run in circles it's a very, very
Mad world, mad world

Children waiting for the day they feel good
Happy birthday, happy birthday
And to feel the way that every child should
Sit and listen, sit and listen

Went to school and I was very nervous
No one knew me, no one knew me
Hello teacher tell me, what's my lesson?
Look right through me, look right through me

And I find it kind of funny
I find it kind of sad
The dreams in which I'm dying are the best I've ever had
I find it hard to tell you,
I find it hard to take
When people run in circles it's a very, very
Mad world, mad world, enlarging your world, mad world


czwartek, 5 lutego 2015

gdzie ulokowane jest poczucie bezpieczeństwa? nie wiem, ale po-czucie to chyba właśnie słowo kluczowe.
na przykład, mam poczucie tego, że S. znajduje się 3 przystanki stąd. i to chyba lokuje mnie w świecie. do mojego własnego bloku dochodzę automatycznie, zazwyczaj tą samą trasą. nie mam ulubionego sklepu. dzisiaj minęłam 4 piekarnie, nie wiem, którą powinnam lubić najbardziej. ostatnio na mapie pojawił się antykwariat, dzisiaj przeszłam obok niego bez zatrzymania. nie czuję się tutaj jak u siebie. może byłoby inaczej, gdybym studiowała/pracowała w Hucie. mimo wszystko, nie pamiętam poczucia przynależności, a 12 lat spędziłam przecież w tutejszych szkołach. w tramwaju widziałam "koleżankę" z podstawówki, należącą do grupki, która mnie prześladowała - nie to zbyt duże słowo - która niebezpiecznie naruszała moje granice. widziałam panią od biologii, również z podstawówki, tę z gimnazjum lubiłam dużo bardziej. ona pierwsza potraktowała mnie jak człowieka. zapytała mnie kiedyś gdzie kupiłam kamizelkę, to było nie do uwierzenia. i od tamtego czasu rozmawiałam tylko z dorosłymi, którzy zwrócili na mnie uwagę/zwrócili się do mnie. bez ich pierwszego kroku, nie było mojego. nic dziwnego, że przez resztę gimnazjum z nikim raczej nie rozmawiałam. w liceum zwieńczeniem charakterologicznym był dyrektor-nauczyciel-historii. docenił moje starania w nauce, tym bardziej docenił wygranie w castingu. to on nazwał mnie kolorowym ptakiem. nie chodziło o poczucie wartości, chodziło o poczucie, tak zwyczajnie. poczucie czegokolwiek - względem siebie i świata, który mnie otaczał. czasami, przejeżdżając obok budynku szkoły sprawdzam, czy jego samochód stoi na podwórku.
czasami łabędzie, które mieszkają na wyspie nad Zalewem przelatują gdzieś w okolicy, nie mam pojęcia dokąd zmierzają.

wtorek, 3 lutego 2015



setting fire to our insides for fun 
„Bourdieu nazywa to l’oeuvre du temps, co należałoby tłumaczyć jako »niedoczas«. Wieczny niedoczas jest cechą charakterystyczną istoty działającej, której logika nigdy nie może być pełna, skończona: zawsze oparta tylko na fragmentarycznych danych, zmuszona do efektywności tu i teraz, natychmiast, polega na zasadach, w których wpisane jest i ryzyko niepowodzenia i ogromna doza ufności wobec świata. Wiara w skuteczność prowizorki i improwizacji."

jestem w takim niedoczasie permanentnie. może ja sama jestem niedoczasem. i nie-miejscem. może w ogóle mnie nie ma? no pewnie, są tylko symulakry.





wróciłam z jednego egzaminu, zasiadam do nauki na następny, przychodzi babcia, psuje nie tylko plany, ale całą mnie.

znowu.
od nowa.

niedziela, 1 lutego 2015

no i się porobiło, proszę państwa. dwa przełomy - jeden w deseń ikonograficzny - bo już do końca świata Markiza de Sade będę widziała jako Geoffrey'a Rush'a. Zatrute pióro okazało się filmem fenomenalnym. z dziką satysfakcją zaznaczyłam 9/10; a tak między nami, to myślałam nawet o 10. tak dobrze poprowadzonych narracji, postaci i kadrów nie widziałam dawno!

drugi przełom, również można nazwać ikonograficznym, ale tu bardziej o światopogląd chodzi. przy kawie i porannym sprawdzaniu kondycji świata na wall'u, trafiłam na TEDowskie wystąpienie - Where are the baby dinosaurs? - zatem, jako przyszły-nie-doszły archeolog-paleontolog bez zastanowienia odpaliłam film i... po drugiej minucie zatęskniłam do mojej starej, dawno zakopanej pasji; po siódmej minucie podjęłam decyzję o nadrobieniu zaległości; po dziesiątej zaczęłam kwestionować moją aktualną karierę zawodową; a przy siedemnastej zastanowiłam się, czym jest polonistyka wobec dinozaurów.
mamy godzinę 11.00, naprawdę powinnam zająć się notatkami z lingwistyki, ale tak dziwnego Dasein nie czułam od dawna. kawa, może kawa sprowadzi mnie na ziemię.


[EDIT]: właśnie zorientowałam się, że nie mam ani jednego ulubionego obrazka z dinozaurami, haniebne, haniebne.

piątek, 30 stycznia 2015

wydano listy Beksińskiego. po raz pierwszy od dawna (a w dyskursie tym siedzę dość długo, w samym zeszłym roku chodziłam na kurs o autobiografii) zdarza mi się poważne zawahanie. czy tak można? raz, to wydać; dwa, to czytać?
czy ja mogę? czy jestem gotowa? kto za tym stoi? dlaczego właśnie teraz? po tych dramatycznych pytaniach przechodzę do bardziej praktycznych, czy mogłabym wygospodarować na to [kolejne] 60zł? moja ciekawość autora kiedyś mnie zgubi. chciałam napisać zabije.
kwestia do rozstrzygnięcia we własnej świadomości.

do centrum pojechałam dzisiaj czternastką, co znaczy: raz, jeden z nowszych [czystszych] tramwajów; dwa, nowszą [nie zajeżdżoną jeszcze przeze mnie na amen] trasę. i tutaj, pozytywne zaskoczenie własną percepcją. zapewne to również kwestia miękkiego i ciepłego światła porannego, a może właśnie na chwilę wyłączył mi się automatyzm - w każdym razie, to było naprawdę ładne. tak ładne, że odnotowałam reminiscencje paryskie na siatce wyobraźni. obiecuję to sobie od dawna, więc znów to podbiję i obiecam na nowo - zabierać ze sobą aparat.

kawusia, parapet, lingwistyka i socjologia.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

jednym z plusów odnalezienia starej-nowej em-pe-trójki jest zgromadzony na niej materiał. dzisiaj cieszyłam się jak dzieciak [a może właśnie jak ja] kiedy z każdym nowym utworem konotowały się na mnie/we mnie te wszystkie reminiscencje. joni kochałam/kocham miłością ogromną. dzień, w którym Meryl w jednym z wywiadów zaczęła śpiewać początek poniższego utworu był dniem pięknym. starzeje się i umieszczam w zupełnie nowych kontekst, kopiuję zatem tekst, ku szczególnej rozwadze. 





I am on a lonely road and I am traveling

Traveling, traveling, traveling
Looking for something, what can it be
Oh I hate you some, I hate you some, I love you some
Oh I love you when I forget about me



I want to be strong I want to laugh along
I want to belong to the living 
Alive, alive, I want to get up and jive
I want to wreck my stockings in some juke box dive
Do you want - do you want - do you want to dance with me baby
Do you want to take a chance
On maybe finding some sweet romance with me baby
Well, come on



All I really really want our love to do
Is to bring out the best in me and in you too
All I really really want our love to do
Is to bring out the best in me and in you
I want to talk to you, I want to shampoo you
I want to renew you again and again
Applause, applause - Life is our cause
When I think of your kisses my mind see-saws
Do you see - do you see - do you see how you hurt me baby
So I hurt you too
Then we both get so blue.



I am on a lonely road and I am traveling
Looking for the key to set me free
Oh the jealousy, the greed is the unraveling
It's the unraveling
And it undoes all the joy that could be
I want to have fun, I want to shine like the sun
I want to be the one that you want to see
I want to knit you a sweater
Want to write you a love letter
I want to make you feel better