środa, 30 stycznia 2013

Zacząć od sprzątania pokoju, potem głowy.

Poddasze nam przecieka i kapie, kapie, kapie, kapie, kapie, kapie, kap,kap,kap,kap,ie.



Dobrze, co wynika z porządków: {1} Groteska uraczyła mnie
cudownym spektaklem, takim ach i och!
Długą miałam przerwę od zasiadania na widowni, tak jakoś.
Tym bardziej czuje się bezradna i powalona na łopatki,
rozturlana w śmiechu. Genialne wyczucie czasu i konwencji.
Fenomenalne zgranie i wygranie.
A potem... bumtrach! I dostajesz w twarz!
W tę roześmianą i zapłakaną twarz! Wciąż masz ochotę płakać,
ale nie jest ci już do śmiechu.
Emocjonalna sałatka egzotyczna, podana do stołu; smacznego! Wypchajcie się! AAAAA CUDOWNE! a ten plakat?! ten plakat!


{2} sekcja voodoo: szpila wbita- ostatni wykład z Niedźwiedziem.

{3} w muzeum UJ jest Oscar. Jasna sprawa, szacun dla Jagiełły i Kopernika, ale- Oscar! Taki jak Meryl!

{4} kontynuacja sekcji voodoo: obserwowałam egzaminy PWST. Amen w pacierzu, nigdy tam nie dotrę, nie dopełznę. Vanitas vanitatum, et omnia vanitas.  

sobota, 26 stycznia 2013

026 ?


straciłam rachubę w tych liczbach. ustalam, że pisać będę regularnie, ale nie codziennie.

śnił mi się Mrożek sprzedający swoje książki na Tomexie. chodził za ludźmi, namawiał, gratisem dodawał siatkę z biedronki. machał książkami jak te babcie spod bramy machają rajtuzami i koronkami. to jest koszmar.
panie Freud? co pan na to?
ja zanalizowałam, i się bardzo zatroskałam.

wpadłam w jakiś humanistyczno od-mentalny bibliofilski i życiowy kryzys.


 


tramwajowy monitor powiedział mi wczoraj ile jeszcze dni do wiosny. nie pamiętam. 53?

piątek, 25 stycznia 2013

Mam dość dnia dzisiejszego. Mam go po dziurki w nosie, uszach i po cebulki we włosach, i nawet mi w pięty poszło.
Spałam 4 godziny. Denerwowałam się? Tak. Egzaminem? Tak.
Śpieszę z tłumaczeniem: to mój pierwszy egzamin na moich pierwszych studiach, na moim wy-marzonym Uniwersytecie. Jak mi poszło? Mniej więcej dobrze.
Ale nie o to chodzi. Moje wyobrażenia dostały w twarz od rzeczywistości. Ja dostałam w twarz od rzeczywistości.
Dla mnie Uniwersytet owiany jest tą romantyczną mgiełką miejsca magicznego. A tu chuj.
Wybaczcie, podpinam to pod licentia poetica i zmęczenie.
Chodzi mi o tę jedną wielką mistyfikację. Obrzydliwe oszustwo.
Cała atmosfera egzaminu- otoczona kilometrami ściąg- totalnie zbiła mnie z tropu.
Nie oceniam, sama nie jestem wzorem cnót, naprawdę. Ale cholera...
Wiecie, że dwa dni temu, kiedy zobaczyłam przygotowywania ściąg, byłam przez parę dobrych sekund w autentycznym szoku ? Nie wpadłam na to. Nie pomyślałam o tym żeby zrobić ściągi. Nic, zero, nullo, nein.
Oczywiście wtedy zapisałam nazwiska i daty, których nigdy nie pamiętam, i skróty myślowe, których nigdy nie rozumiem, bo ogrom materiału naprawdę wszystko mieszał.
Ale... ale dlaczego ja się tłumacze? Ja właśnie to czuję. Ja mam potrzebę wytłumaczenia sobie, ja mam dziwny odruch. Dlaczego mną to tak miota?
Ja w to wierzyłam, ja chciałam w to wierzyć.
Zabawa w Uniwersytet mi nie wychodzi.
Ja... ja się uczyłam na ten egzamin. Naprawdę, od tygodnia pracowałam nad notatkami. W środę spędziłam nad tym 3 godziny.
A w parenaście minut wyklarowało się wszystko. Tablety, komórki, wydruki- załatwiły sprawę tak szybko.
SKĄD TO CHOLERNE UCZUCIE? dlaczego ja czuję dziwny wstyd?
że się uczyłam? że poświęcałam czas? to takie a-normalne? ja jestem a-normalna?


naiwna?

środa, 23 stycznia 2013

021 & 022

Na śniadanie jem gofry z brzoskwiniowym dżemem (czyżbym wywołała odruch Pawłowa?)
W dzisiejszych czasach trudno znaleźć dżem bez zgniłków w środku, tj. bez zmaltretowanych i wypompowanych "owoców". Nader się z nimi nie lubimy.
Piję też kawę, co chwilę inną. Nie wiem już jaką lubię najbardziej. Nie ma brązowego cukru.
Wstałam skoro świt, coby napchać mózg wiedzą na piątkowy egzamin- z rana zawsze jest w szoku, wszystko chłonie jak gąbka- ha, mam cie. W porannym świetle, nie wygląda to nawet tak strasznie, nie ma rogów i kantów, może nawet jest przyswajalne (to ten szok o którym mówiłam- zapominam, że mówię o Arcy Nyczu i Arcy Nauce dla bynajmniej nie Arcy Ludzi). No to, wio.



A nie. Jeszcze jedno. Pokolenie mojej siostry wlazło na facebook'a. Nie rozumiem, nie popieram, wkurzam się i miotam. To to nawet pożądanie czytać nie umie, pisać to już tym bardziej! Nie mam na to wpływu, wpadła, przepadła. Wir ją wessał. Przemagluje i kiedyś wyrzuci- zupełnie inną. Niech ktoś zatrzyma świat, ja wysiadam.

niedziela, 20 stycznia 2013

019 & 020

Na parę dni wypaść z obiegu, jak kręg z kręgosłupa. Stąd już bliżej do kości ogonowej.
Chodnik postanowił pozbawić mnie czucia (chwila, zaraz- tak właściwie to właśnie bardzo czuję, nad-czuję, cholernie CZUJĘ) dolną część kręgosłupa. Egzystencja to dość kłopotliwa. Kiepsko z siedzeniem, tym bardziej z leżeniem. Nie siedzę, nie leżę, nie śpię. Chodzę wciąż boląc, bo bolą mnie też inne stawy z zastania.




Puk puk, licentia poetica: mam przejebane.

sobota, 19 stycznia 2013

017 & 018

Miło jest być docenionym. I jeść szarlotkę na ciepło (wypieram ze świadomości, że z mikrofalówki).
Miło też jest pić wino (białe i czerwone, niestety nie robiąc z nich różowego). Miło jest słuchać.
Miło jest iść na przystanek.

Mniej miło jest, kiedy niemalże zabija się w tragicznym poślizgu chodnikowym, prawie łamiąc kość ogonową.

środa, 16 stycznia 2013

016

"Noc. Coraz więcej nocy, coraz mniej dni. Zawsze bałem się ciemności jak wszyscy, teraz boję się inaczej. Dzień wypełniony intensywnymi widokami, zamulony trochę przydługim filmem utworzonym z żywych obrazów, filmem, w którym dość rzadko skoczy do przodu jakiś urywek akcji, taki dzień jednak zagłusza. Rozbełtuje mozolnie świadomość. A noc wstrzymuje jej chaotyczny, huśtawkowy ruch i powoli zamraża w szklistą bryłę. I nie ma już ruchu, nie ma migotania fałszywych oraz prawdziwych cieni, nie ma barw i antykolorowych powidoków, nie ma iluzji i omamień. Jest tylko ciasny ból zaciskającej się stabilności, jest tylko lodowatość trwania, które, nie daj Boże, okaże się wieczne, jest tylko męka obcowania z własną nachalną świadomością.
   Dobranoc, robaczki."




wtorek, 15 stycznia 2013

szczękościsk

- panie doktorze, boli mnie o tu, szczęka cała.
- a to może bardziej żuchwa?
- te zawiasy, o. jak ruszam, to boli. jeść nie mogę, mówić też.
- to nerwo-bóle w nerwo-szczęce, nerwo-nieświadome.
nasilać będą się w okresie sesji.
nie trzeba się złościć tak i szczęki zaciskać.
ładną ma pani tę szczękę, szkoda tak jej psuć.


015

Ruty-nowość blokowego poranka. Najpierw słyszę romans szufli z chodnikiem; później ten niezidentyfikowany, jakże przez to irytujący dźwięk z pogranicza strojenia klarnetu. Faworytem jest odsuwanie rolet z parteru, punkt 7. Nawet Streep nie ma tak pancernych środków ostrożności w oknach.
Nie, nie lubię łowić tych wszystkich dźwięków, to nie moje hobby. Po prostu mam nader wyczulony słuch i ruchliwych sąsiadów. Możliwe też, że cierpię na chroniczną nerwicę natręctw.


poniedziałek, 14 stycznia 2013

głupstewkiem być

poza tym, jak możliwa jest tak wielka chęć spotkania, rozmawiania, poznania; przy równoczesnej absolutnej niemożności wykonania podstawowego kroku, słowa. paraliżująca głupota własna, do-wah-doo.

013 & 014

Kto zakładał, że w ogóle systematycznie nie pociągnę z tym projektem? No, gratuluję.
Może to i by się sprawdziło w liceum, ale teraz na prawdę nie wyrabiam. Pisanie prac zaliczeniowych sprawiło, że sam dźwięk klawiatury mnie już drażni, nie wiem też gdzie podmiot i orzeczenie. Zdjęć też nie mam jak robić, odmarzają rączki i obiektywy.


Na zajęciach obejrzeliśmy "Operetkę" Gombrowicza w reżyserii Grzegorzewskiego- zagracone indywiduum tekstowe i sceniczne- uwieeeeelbiaaaaaaam. O tym chcę pisać pracę, nie o "Rewizorze", no!

Przed chwilą wysłałam moją pracę zaliczeniową na poetykę. Stylizacja na postać filmową, sklejka z filmików, w których gram ów postaci. Nie wiem czy jestem gotowa na publiczny lincz dysputę na ten temat. Mój znacznik pewności siebie z ;zachwiana; spadł na ;uciekaj i płacz w kącie;.

W tramwaju (o zgrozo, zepsute słuchawki) słyszałam rozmowę o kocimiętce. Kocimiętka to śmieszne słowo.

sobota, 12 stycznia 2013

012

"Czy nasze myśli zawsze się uzewnętrzniają? W naszej duszy może płonąć wielki ogień,
a nikt nie przystanie, by się przy nim ogrzać. Przechodzień widzi tylko dym snujący się
z komina i idzie dalej. Co zatem należy czynić? Czy podtrzymać ten żar wewnętrzny,
aż przyjdzie ktoś i przystanie, aby się ogrzać?" 




010 & 011

*biczuję się, nie wstawiłam dwóch postów* a to dlatego, że nie mam co wstawiać. od rana do wieczora siedzę z nosem w książkach, zmienia się tylko otoczenie. moje kompetencje poszerzyły się o teoretyczną umiejętność odprawienia czarnej mszy, mogłabym też przesłuchiwać czarownice.




Poza tym: a) w przyszłorocznym świątecznym okresie, piekę cynamonowe orzechy wszystkim wykładowcom! chociaż nie. nikt nie będzie się tak cieszył jak Kubuś. ojeojeojeoje policzki mi znów odpadają <3

b) wczorajsze stężenie pięknych ludzi w czytelni przerosło normę! czerwona lampka migała, włączyły się syreny! doprawdy miałam wrażenie, że wlazłam na plan filmowy pełen statystów. kocham Kraków.

c) jest możliwość wynajęcia pokoju na Rajskiej? zamieszkam tam.

d) pod blokiem właśnie przechodzi ziemianin krzyczący 'ziemnioki! cebula!'. niesamowite! ostatni raz słyszałam to 7 lat temu.

środa, 9 stycznia 2013

009

pisze się, robi się, nie chce się.


dzisiaj w tramwaju podrywana byłam na cukierki z choinki i słoiki z klopsami. a) wsiada pijany mężczyzna b) zajmuje miejsce za mną c) mamrocząc o Tusku psuje zamek torby d) zawartość torby wypada na podłogę e) słoiki pudliszki toczą się po ziemi f) ja toczę się razem z nimi próbując je złapać g) oddaję zguby h) dostaję choinkowe cukierki w nagrodę. żyć nie umierać.

potem cudowny powrót do przeszłości: zastępstwo, a na nim rozkminy o Pitagorasie, kolorowe trójkąty, diagramy i inne arcyciekawe matematyczne rzeczy, od których, wydawało mi się, że na zawsze uciekłam.
boli mnie mózg.


wtorek, 8 stycznia 2013

008

Najciemniej naprawdę jest pod latarnią. Raz w taką wlazłam, to widziałam jeszcze gwiazdki.
Pomieszkując w Nowej Hucie od dwóch miesięcy, dopiero teraz wpadłam na pomysł sprawdzenia tutejszych bibliotek. Jedna (nota bene znajdująca się w odległości 300tu metrów od bloku) kryła w sobie takie skarby, że do teraz mam nieznaczną epilepsję. Pozycje, które w Centrum są nie do zdobycia- obwarowane są niemiłymi paniami i obtoczone listami chętnych- tutaj leżą i czekają. Czekają na mnie. Niech sesja się skończy, szybciutko trzeba wynieść stamtąd całą zawartość. Na brodę Merlina! Nie doczekam! Znów koktajle będę robić z Boba Dylana, Sądu Ostatecznego i Morza Śródziemnego.
Gombrich tam jest! Ten Gombrich, co to na pierwszym miejscu na liście 'konieczność!' siedzi.
Bibliofilia się to chyba zwie.
Tego się nie leczy, to się zaczytuje.
Jedyne co mnie teraz martwi, to to, że nie zdążę uzupełnić mojej pracy o te wszystkie cudeńka.
Może powinno mi się też wydawać kawę na kartki. 



poniedziałek, 7 stycznia 2013

007

Zasypiam na siedząco, ścierpła mi noga. Nie spałam od 4.
Mądry człowiek, który rzekł kiedyś 'głupota ludzka nie zna granic' - ma w mojej postaci ładne potwierdzenie tezy. Ale powtarzam sobie wciąż, że nie ma tego złego.... (może czas wydziarać to sobie na przedramieniu).
Tak czy tak, konsultowałam dziś mą pracę z wykładowcą. Z podziwu wyjść nie mógł, skąd wytrzasnęłam tak archaiczną wersję literatury podmiotu (przecież współczesne wydania, są w bibliotece za rogiem). Jakby nie było, zaplusowałam swą rzetelnością i brakiem ślizgania się po opracowaniach. Tak sobie wmawiam.
To takie dziwne, że ja tak na pierwszym roku, z takim zapałem pisze te prace? Może to szok kliniczny.
Po prostu to lubię, okej? Lubię siedzieć w historii. Lubię starodruki. Lubię ślęczenie nad tekstem, oblepianie go karteczkami, sprawdzanie odnośników. Tak to wszystko lubię, że pan doktor wyszedł z założenia, że pewnie chciałabym kiedyś kontynuować pracę nad tym problemem badawczym (to fajne- 'mój problem badawczy'). Z nim to ja bym mogła wszystko kontynuować.
Ale tak poważnie, to przy założeniu, że sama mogłabym zawsze wybierać tematy, chciałabym tak sobie pisać do końca mego życia akademickiego.
Czy jest taka praca jak dożywotni asystent wykładowcy? Bo o wiecznym studencie, to słyszałam.

A potem, to już tylko po raz kolejny wpadłam z hukiem w dół, który kiedyś wykopałam, udowodniając sobie moje psychiczne tchórzostwo. Mieć laleczkę voodoo sialalalala.

niedziela, 6 stycznia 2013

006

Miła rzecz się stała (no, oprócz spalonego tostera). Odwiedziła mnie znajoma mojej mamy, która na dobrą sprawę, jest bardziej moją znajomą. Równocześnie pełni też funkcję mamy koleżanki z ławki mojej siostry ; nauczycielki, przy czym uczyła moją przyjaciółkę w gimnazjum ; no i jest najcudowniejszą istotą chodzącą po tym boskim padole. Do sedna: skonfundowana moim zaplątaniem piśmienniczym, postanowiłam pokazać jej moje wypociny. 6 stron maszynopisu czytała 20 minut, tak się skupiła. W każdym bądź razie, po paru uwagach stylistycznych i ortograficznych, rzekła pewne słowa, które rozlały po mym sercu ciecz zwaną 'samozadowolenie'. Otóż, tworzę według niej 'wymagającą literaturę'. Taką co to do myślenia zmusza. To jakby najpiękniejszy komplement jaki w całym moim życiu usłyszałam (a konkurencja tych 3 pozostałych jest bardzo silna). Tak owoż bardzo się tym ucieszyłam. Do tej pory nie napisałam nic więcej, czasu coraz mniej, a ja wątek straciłam, hej.

Poza tym, umówiłam się na konsultacje z wykładowcą. Pierwsze w moim życiu, mam kupić kwiaty? Czekoladki? Nie zapomnieć oddychać, to podstawa.



sobota, 5 stycznia 2013

005


It’s wrong to say, “I think”; One should say, “I am thought”. I is someone else. 
I am present at the birth of my thought: I watch and I listen: 
I draw a stroke of the bow: The symphony stirs in the depths, or comes with a leap to the stage. 
It began with waves of disgust, and it ends—-as we can’t immediately seize this eternity— 
It ends with a riot of perfumes

{Arthur Rimbaud w filmie I'm not there} 


Utknęłam. Za dużo myślę? Czy nie myślę wcale? 'Problemy kultury współczesnej' zdecydowanie są problematyczne. To już nawet nie o brak inspiracji chodzi, bo przecież film za który się wzięłam to jedna wielka inspiracja. Zwoje mi się po prostu przepaliły. Nie mam zielonego pojęcia jak to wszystko opisać. Mam wrażenie, że przez to, że analizuję, umyka mi cały sens filmu, który jest przecież tak... nieuchwytny. Chodzi o to, że to jeden z tych filmów, który zostawia w tobie wrażenie już po. Freudowsko nieświadome. Za trzecim oglądaniem, w jednej ze scen w opustoszałam miasteczku- na horyzoncie zauważyłam żyrafę. Dzień wcześniej śniło mi się, że adoptowałam małą żyrafę. To jakby paradoksalnie ma sens. Ten film wciska do świadomości masę dziwnych obrazów i migawek, które potem tworzą własne znaczenia, wyłażą w snach. Czy mogę napisać w pracy zaliczeniowej, że przez ten film mam psychozę? Chodzi o to, żeby wywołać we mnie wrażenie bycia Bobem Dylanem? Bycia każdym z jego wcieleń? Ostro siostro.
Chociaż... teoretycznie to coś w tym jest, fachowo się to zwie 'horyzontem poinformowania', mogę to poprzeć działaniem ruchu kamer, stopklatek i montażu. Cholera, przecież tam jest nawet scena, w której wieloryb zjada małego chłopca.
Natężenie świadomości. To właśnie się dzieje, kiedy nikt mnie nie pilnuje podczas pisania, albo chociaż nie da mi tematu, którego mogłabym się trzymać. To sześć filmów na jednej kliszy, to sześć postaci w jednym człowieku. Jak to napisać. 

czwartek, 3 stycznia 2013

003



Najprawdziwszą i najsubtelniejszą dedykacją zawsze jest miłość.

003

Dzień dobry, dobry dzień. Co dzisiaj w planach? Pisanie dwóch prac; picie pięciu kaw i dziesięciu herbat; ewentualne zaścielenie łóżka; poczytanie- tak dla odmiany; podlanie wrzosów. Swoją drogą, to nie wiem jak to możliwe, że one jeszcze egzystują i wyglądają całkiem żywo, może to jakaś hibernacja?   



środa, 2 stycznia 2013

001 & 002

Nowe 365. Gdyby tak każdego dnia robić małe podsumowanie, szukać ukochanych detali przyprawiających mnie o uśmiech? Spróbuję.
1. dzień stycznia co prawda już minął, ale głównie spał. Zastanawiałam się jak to jest z tymi postanowieniami. Nie lubię postanawiać, to znaczy podjęcie decyzji, presję. Nerwów mi nie potrzeba. Więc, nie postanawiam, a stwierdzam, zatwierdzam i robię z tego prawo: zajmę się sobą. Inni i cała empatia swoją drogą, w granicach rozsądku. Jestem ja i mój rok. Nie czekam. Nigdy więcej nie będę już czekała. Nie tłumaczę się. Tylko ja wiem czego mi potrzeba. Po siedemnastu latach życia w cieniu, przysługuje mi odrobina egoizmu.
2. dzień stycznia zaczął się o 5:20; o 5:47 miałam tramwaj; przesiadkę na Centralnej; o 6:32 zdałam test teoretyczny na prawo jazdy- pokazując tym szatańskim zmianom przepisów środkowy palec. Teraz piję kawę, słucham Karen Elson i czytam "Pasję życia" Irvinga Stone, póki co, to jedna z lepszych opowieści bibliograficznych z jakimi miałam do czynienia, rzecz tyczy się Vincenta van Gogha. Oczy pieką mnie z niewyspania, ale przecież każdy humanista to masochista.

Hej, uśmiechają mi się te 363 nowe strony do zapisania własnym życiem.