wtorek, 31 grudnia 2013

Starzeję się 
- staje się nieustanną wymówką / usprawiedliwieniem / dopełnieniem rzeczywistości.
Wszystko widzę z nieszablonowej perspektywy, większość rzeczy i miejsc maleje, nie istnieje.
Dystans.
Chłodna kalkulacja, za, sprzeciw, wstrzymane, ataki paniki zdarzają się rzadziej, a nawet jeśli, są bardziej świadome swojej irracjonalności. Buduję zdania złożone, czasami gramatycznie składne, kiedy wpadnie mi jakiś neologizm, zakładam, że to taka moja gra intelektualna, a nie niedopatrzenie.

Spotkałam się ostatnio ze znajomym niewidzianym parę miesięcy, co słychać.
Starzeje się.
Dorastam, mrużę oczy i zaciskam szczęki, skupiam się. Twarz staje się bardziej napięta, brwi uniesione.
Podejmuję decyzje, słucham, patrzę w oczy.

Odgrzebałam okulary (jeszcze zerówki) do czytania (ponoć z magicznymi filtrami).
Niby oczy mniej bolą, ale to chyba bardziej syndrom wmówienia sobie, niż ich faktycznego działania.
Jakby na to nie patrzeć, totemizm wciąż działa, kiedy tylko je zakładam, czuję i myślę inaczej.
Piszę pracę roczną.  
Ambicje mnie zżerają. Dobrze, źle, niepotrzebne skreślić.
Starzeję się.
Panuję nad słowami. Świadomie decyduję, którego słowa chcę użyć i gdzie postawić, tworzę dziwne konotacje i konstelacje zdaniowe.
Starzeję się.
Mój charakter pisma, chociaż wciąż mało czytelny, też wygląda jakby się zestarzał, jest pewniejszy, płynniejszy, okrąglejszy.

Na imprezę sylwestrową idę z nieznanym towarzystwem.
Wychodzę, w ogóle, gdziekolwiek. Starzeję się.

Chciałabym napisać opowiadanie.
Muszę jeszcze poczekać. Pomysł i postaci powinny dojrzeć.

Czasami robię zdjęcia, wciąż interesują mnie detale.

Kupiłam pierścionek, z turkusowym oczkiem.
Starzeje się, jak nie teraz to kiedy, jest śliczny.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

"Idę do toalety, przemywam oczy zimną wodą, szczotkuję włosy i maluję rzęsy tuszem. W jasnym świetle moja twarz wydaje się obca. Myślę o tym, jak inaczej wyglądała rano, w półmroku w lustrze windy i jak inaczej odbita w szybie kawiarni. Czy inni widzą moją twarz tak jak ja, czy jest w niej coś, co można zobaczyć tylko samemu? Czy każdy ma na twarzy rysy, które widzi inaczej niż inni?

czwartek, 26 grudnia 2013

"Klosz nocy otoczył dom z czerwonej cegły. Do ogrodu wpełzł szron, ślizgał się po trawniku, glazurował każde źdźbło trawy, chwytał wszystkie pojedyncze krople na ciemnej ziemi rabat i zamykał je w diamenty, a potem sunął giętko jak jaszczurka w górę pni drzew i malował ciemne kontury gałęzi srebrnobiałym, mieniącym się połyskiem."

zimno mi, przytul.

Niedługo nie będą mogli żyć w tym samym domu, niewypowiedziane pytania zajmą całą przestrzeń.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

grudniowość
jest nie w sosie.

nie wiem, czy zjawisko atmosferyczne w deseń śniegu wpłynęłoby znacząco na moje samopoczucie, ale co by szkodziło spróbować, czekam.

roz-pa-truję aspekty życiowe
pod róż-nymi względami


czytam serię z miotłą, dwie książki na dzień, nie mam nic innego do roboty.
wyciągnięta zostałam poza nawias gorączki świątecznej, bo mam swoją własną.


wracam do Niej myślami średnio 5 razy na godzinę, co daje średnio godzinę dziennie.
nie mam się co oszukiwać, jest tego więcej.

chciałabym wiedzieć, czy po zakochaniu jest jakieś życie?
trzeba umieć normalnie myśleć
jeść
ze spaniem już są problemy
ze wszystkim są problemy
ze mną są problemy
sama sobie jestem problemem
lecz widać można żyć bez powietrza.
"Ale śmierć jest teorią spiskową dziejów. A tak zwane dzieje to jasełka dla zwierząt, których świadomość została nienaturalnie utuczona halucynogenami.
Sny stają się coraz bardziej rzeczywiste. A rzeczywistość coraz bardziej senna.
A tak naprawdę już tu jesteśmy. W multipleksie karykaturalnych doznań.  

- Shuty, Zwał 
 
 
 

czwartek, 19 grudnia 2013

dlaczego suplementu życia nie można kupić w aptece jak suplementu diety.
gdzie mam się zgłosić z moim brakami.
kto mi sprzeda kolorowe pigułki
ekstazy.

potrzeba bycia
drugiego człowieka
boli
mnie w nerwy
i neurony

staje się
od-twarzaniem
samej siebie

chcę przestać się spieszyć
chcę przestać się uzależniać
zniewalać

zniszcz mnie,
albo ja zrobię to przed tobą.
konceptualność
istnienia
względnego

           pryzmat
           braku


środa, 18 grudnia 2013

dni się wydłużają, a mnie samej jest w nich coraz mniej.
socjopatyczność obelżywa przepływa przeze mnie z coraz większą częstotliwością.
czy święta tak na mnie działają.
czy to zmęczenie.
jestem zmęczona. nie wiem tylko czy faktycznym egzystowaniem czy samą sobą.
nie wiem czy się nie wysypiam, czy śpię za długo.
nie wiem czy w ogóle mi nie zależy, czy obchodzi mnie to tak bardzo.

czy ja sobie mogę wybrać na czym mi zależy? czy ja sobie mogę ustalić grafik zależności?
odzywam się tylko na jednym wykładzie, albo w grupce do trzech osób - w innym wypadku, nawet jeżeli doskonale znam temat, za cholerę nic nie powiem.
trzeszczy we mnie niepewność, ból głowy, niedobór magnezu.

polegam na intuicji. instynktownie wiem kiedy mam rację, oraz kiedy mogłabym ją wypowiedzieć. nie robię tego jednak zbyt często. nie chcę dzielić się moją intuicją. gburowato milczę. nie kontroluję twarzy, ponoć wielu ludzi ma mi to za złe.

nie mogę wciąż się rozpadać.
oddałam część siebie K. - poznaje moje przemyślenia artykułowane na bieżąco podczas wykładu;
nie potrafię tego odtworzyć na innych zajęciach.   
albo nie chcę.

wszystko jedno, nie robię tego.

nie robię wielu rzeczy, które mogłabym, powinnam.
nie mam ulubionego kremu do rąk, bo zawsze kupuję ten sam.
nie wiem, jaką herbatę lubię najbardziej, od lat piję zwykłego liptona; czasami próbuję innych, ale muszę sobie wcześniej przypomnieć, że chcę spróbować. zapominam czego chcę.
nie wiem też jaki zapach lubię najbardziej.

w sobotę byłam na koncercie marii peszek. cudowna kreatura sceniczna. jeszcze nie widziałam nigdy tylu par damsko-damskich na tak małej powierzchni kwadratowej, urocze.
jeżdżę całą trasą autobusu - od przystanku początkowego do końcowego.
wieczorem nie pamiętam, czy cokolwiek jadłam w ciągu dnia.
szczęki wciąż mi się bezwiednie zaciskają, prowokują ból.
wczoraj pomalowałam paznokcie, dzisiaj odprysnęły wszystkie. 2,5 za lakier to słaby interes.


uwielbiam, kiedy jej zmarszczki mimiczne zależne są tylko ode mnie,
pocałowała mnie w policzek.
nie ma śniegu.



w głowie mi się przepaliły
wszystkie bezpieczniki
szlag trafił  święty spokój,
roztrzaskał liczniki
cała jestem bałaganem
i bitwą wojennym stanem
nie jestem spokojna
w mojej głowie wojna
sama jestem sobie winna
jestem inna niż powinnam
poza normę wystrzelona
i wykolejona 


czwartek, 5 grudnia 2013

złożoność faktów dnia dokonanego
przerasta mnie 


W poniedziałek, na PWST, miała miejsce promocja książki prof. Szturca (chodząca nietuzinkowość względna). Oprócz całej historii obudowanej wokół i w książce, doszło do paru innych zajść. Przybył na chwilę na przykład pan Jacek Poniedziałek, nie, że mu nie wolno, ale chyba nie byłam na to gotowa. Bo wiecie, dwa dni wcześniej obejrzałam z nim spektakl, co więcej, spektakl, który trafił we mnie na wszystkich poziomach i wymiarach, taki spektakl idealny, co to można oglądać i oglądać i tylko żałować, że się na żywo nie widzi. No, ale człowiek-aktor tam był i sobie go widziałam. Zaraz obok niego siedziała Pani Renete Jett - którą również, z w/w Panem, widziałam ostatnimi czasy w realizacji Burzy. To nie był zwykły stan w deseń 'wow, aktor, wow taki sławny, uszanowanko, wow' - tylko jakieś innermediumiczne przeżycie... A będąc już w zaświatach, doświadczyłam również występu kolejnej legendy, Olgi Szwajgier (teraz absolutnie należy przerwać wszystko, i doznać).

We wtorek i środę, reasumując, przez 14 godzin uczestniczyłam w konferencji: odsłony polskiej scenografii (UJ / ASP). Tutaj znów pojawia się postać prof. Szturca, którego wykład dotyczył fetyszyzmu u Lupy. Kolejna porcja inspiracji, wątpliwości. Tutaj należy przerwać tok sprawozdania, bo wydarzyło się coś, co warte jest upamiętnienia. Wreszcie zebrałam się w sobie i w czasie przerwy, zagaiłam rozmowę (ładnie zabrzmiało, tak normalnie. Tak naprawdę, to walczyłam o przetrwanie, o nie utracenie przytomności, o nie hiperwentylowanie się). To było najbardziej wartościowe 40 minut mojego życia. To nie miejsce na spisanie tego wszystkiego, chciałam tylko zaznaczyć, że coś się dzieje. Ze mną i we mnie. Że wreszcie zaczynam...
żyć normalnie? W sensie, na zwykłych międzyludzkich zasadach? Umiem rozmawiać? WOW.
Pod koniec dnia, zaszczycili nas Andrzej Wajda oraz Krystyna Zachwatowicz-Wajda. I tutaj to dopiero może rozpocząć się tyrada na temat życia, sztuki, związków międzyludzkich. Do teraz, kiedy tylko pomyślę o tej rozmowie, cieszę się; normalnie śmieję się jak głupia do ekranu. Piękna opowieść o twórczości, podszyta wzajemnym zaufaniem, uczuciowością. Przepraszam bardzo, ale tylko Pani Zachwatowicz może wyrwać mikrofon Panu Wajdzie, może mu przerwać, bądź dać do zrozumienia, że prawi farmazony! ('Dobrze mówię, czy źle, panie reżyserze?'). Albo te wszystkie urocze dopełniania historii, kiedy Pani Krystyna opowiadała o tym, jak na jej przedstawieniu został doceniony istotny detal - sznurek, zamiast sznurówki w bucie aktora; Pan Wajda dodał jedynie: - To było w Londynie, to się pochwal!
Co do ogólnych wniosków na temat kondycji samego teatru i scenografii, jeszcze ich nie wysnułam na tyle, żeby się podzielić.
Dnia drugiego, awansowałam na drabince rzędowej. Zazwyczaj siadałam sobie gdzieś w połowie widowni, z boku... A wczoraj z rana, przyszłam dość wcześnie, zasiadłam sobie w drugim! A tam to zazwyczaj sami prelegenci. Pal licho, miałam bliżej do kawy. I tutaj kolejne wydarzenie z serii powalających na łopaty: obok mnie usiadła sobie prof. K. - i tak przez 3 godziny kolejnego panelu dzieliła się ze mną swoimi wtrąceniami i żartami, dziękuję bardzo, to nawet lepsze od Wajdy. Panel dotyczący kostiumu i ciała w scenografii rozpisany mam najbardziej, nader intrygująca sprawa.
Jak nam się skończył panel praktyków - rozmów scenografów i reżyserów na szczycie - można było uspokoić neurony. Ale wtedy okazało się, że jest cały łańcuszek osób, które chcą porozmawiać. A to kojarzę cię z UJotu, a to to, a to tamto. A tam jeszcze Jan Klata się przewinął. Generalnie to sympatycznie. Jako już wszyscy sobie poszli, stwierdziłam znów sławetne now or never - pobiegłam do prof. K - podziękowałam, pogratulowałam, zostałam uściśnięta i pobłogosławiona.
- Znów się pani za bardzo teatralizuje!
- To źle, pani profesor?
- Nie, nie, tak sobie żartuję. To dobrze, że sobie Pani to wszystko ponotowała.
- Tak, to niesamowicie inspirujący natłok myśli teatralnych.
- To dobrze. Gdyby potrzebowała Pani jakiegoś uzupełnienia, zapraszam do siebie...

Oj, nie wiedzą, co czynią; On widzi i nie grzmi.


A, jakby tego było mało, po powrocie do domu, otworzyłam sobie pocztę, a tam kaboom, zakwalifikowałam się do następnego etapu konkursu fotograficznego w Festiwalu Synestezje.
A jakby tego było mało, już przez sam fakt kwalifikacji - dostanę wejściówkę na wydarzenia, w tym dwa koncerty; które oczywiście nakładają mi się na Festiwal Boska Komedia - konflikt tragiczny Maria Peszek czy pięciogodzinny spektakl Warlikowskiego?! I CO TERAZ.


niedziela, 1 grudnia 2013

Pomyślałam sobie, że może jakoś to ogarnę, że te wszystkie pospektaklowe bilety wkleję sobie do jakiegoś pamiętniczka, spiszę co mi w pamięci pozostało. Znalazłam 8 biletów ze Starego, z tego tylko sezonu. Do tego 10 z innych teatrów czy kin. Reszty nie pamiętam. To znaczy, mogłabym pewnie to jakoś odtworzyć, znaleźć stary kalendarz, ale co po tym?
Muszę wprowadzić jakąś systematykę, bo oszaleję. Przepali mi się w końcu karta pamięci.

czwartek, 28 listopada 2013

współczynnik chcenia
i niemożności
plasuje się
w pierwszej
dziesiątce
wielkich
niedokonań

pierwsze
zaziemskie
doświadczenie
orbitowania
wymagana
braku dostępu tlenu
niełatwo jest wstrzymać oddech
i skoczyć
złapiesz mnie
nauczysz jak oddychać
w stratosferze chcenia
potrzebowania
codziennego

zazdroszczę światu
że cię ma
boję się upomnieć
o moją część

gdzie są moje części
roz
padają
się
złóżmy
cię
i mnie

środa, 20 listopada 2013

Chciałam wyjść od stwierdzenia, że ostatnimi czasy zupełnie siebie nie poznaję.
Co z jednej strony znaczyłoby, że działam na innych zasadach niż dotychczas; a z drugiej... że siebie znałam... co byłoby uroczym kłamstewkiem.
Dziwne jest to wszystko. W tamtym tygodniu np. miałam nieodparte wrażenie, że żyję w sztuce Strindberga - te wszystkie dramatyczne zawikłania, problemy tożsamościowe, kłótnie i rozstania; no, dużo ciekawych wątków.
Wyszłam z tego inna. Inna od inności, którą wcześniej reprezentowałam.
Paradoksalnie, czuję się trochę pewniej. Nie ogólno-życiowo, bo wciąż chadzam po kruchym lodzie; ale tak codzienno-wydarzeniowo. Nie budzą mnie napady paniki. Może to zbieg okoliczności, może pełnia księżyca, ale w tym tygodniu było dużo lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.


19/11
Miałam trzy spotkania. 11:30 - z młodą-nakręconą doktorantką na teatrologii, po schodach wchodziłam bez bicia serca (znaczy, ono sobie biło, ale nie w ekstremalnej częstotliwości jak to w nerwach bywa) - okazało się, że pokój 61, to drzwi vis-à-vis gabinetu K. - A, to Pani do mnie? - zapytała najpiękniej na świecie, a ja złamałam co najmniej dwa serduszka odpowiadając, że tym razem nie. a może będzie zazdrosna. W każdym razie, i tak zaprosiła mnie do siebie, gdzie czekałyśmy sobie i rozmawiałyśmy sobie, i nadużywałyśmy sobie słówka sobie. Lubię je.
15:00 (po wcześniejszym zwolnieniu się z zajęć w/w K. - doprawdy, było jej przykro, że tak wcześniej ją opuszczam, oddając jej wolną przestrzeń, zaprzestając ciągłego wgapiania się w nią jak ta sroga w gnat, jak ten osioł do sera, jak... no, nie ważne). Spotkanie w sprawie wolontariatu na festiwal Boska Komedia - mini rozmowa kwalifikacyjna. Drżał mi głos? Nie wiem. Oddychałam bez problemów. Utrzymywałam kontakt wzrokowy. 5 punktów dla Ravenclawu.
Mała przebieżka w stronę tramwaju, coby tylko mieć ten zapas czasu na miejscu, coby tylko wcześniej obczaić terytorium, coby poznać rozkład budynku, coby pooglądać ludzi. A, bo tu zaznaczyć trzeba, że to w takiej części Krakowa, co jej nawet GPSy niedowidzą. Jak już znalazłam się na miejscu, znalazłam też karteczkę, która informowała, że spotkanie przeniesiono, nawet wydrukowali mapkę ze strzałeczkami. W tył zwrot, ja się tak nie bawię, nie będę, kopię drzwi i wpadam na człowieka 'hej, ty też na warsztaty?'
Mówię, że ja się tak nie bawię, że nie będę, a on na to, że ma samochód, to kawałek stąd, jak chcę, to mogę się z nim zabrać. Chcę? Mogę? Nie wiem, za dużo filmów widziałam. Obcy człowiek, płci męskiej, koło trzydziestki, dwudniowy zarost, niedopięta  koszulka (o, panie Holmes, widzisz pan to i nie grzmisz). Znaczy grzmi, i mi mówi, żeby to przemyśleć. To przemyślam, dostrzegam grupkę zagubionych ludzi, tak jakby mówili, że się tak nie bawią, że nie będą - podchodzę i mówię, że mamy samochód, że to kawałek stąd, i że jak chcą, to mogą się z nami zabrać.
A no pewnie, Andrzej, Marek, a pan kierowca? A, Bartek, miło mi. A koleżanka to zawodowo fotografuje? Nie, po prostu robię zdjęcia. A, ja to 30 lat w zawodzie, kiedyś, to można było...
Miałam trzech nowych znajomych, płci męskiej. Andrzej miał taki głos i taką inteligencję, że chciałam go zabrać do domu, coby do mnie mówił i mówił. No to mówił, przez całe spotkanie. Nie słyszałam nic, tylko Andrzeja. No dobrze, w końcu też się na fotografii zna. Na części warsztatowej, zasłonili całe studio tymi wielkimi obiektywami, opatrzonymi wielkimi metkami, z wielkimi cenami. Ja, powiedziałam mojej pchełce, nic się nie bój, damy sobie radę. Ale wtedy też pomyślałam sobie, że nie chcę tam być, że skończył się mój dzień, że dzisiaj nie będę już robić zdjęć. Niech oni tam machają sobie drogimi sprzętami i lampami błyskowymi (brr) ja się tak nie bawię, nie będę.

20/11
Pojechałam do Krakowa na jedne zajęcia, czyli czasowo się to miało 1,5 godz do 2 godz - czyli wykład + dojazd. Opłacało się? Ano. Miałam zajęcia z rękopisów, to mówi samo za siebie. Dwa tygodnie temu, czyli przed katastrofą napisałam do prowadzącego maila, że popełniam pracę o Wyspiańskim i czy orientuje się gdzie i jak można pobyć z autografami w/w. Na co on odpisał mi, wtrącając, że rodzina czeka coby nagrobki umyć, ale on koniecznie, ale to koniecznie musi mi odpisać. Więc odpisał, trochę też o Wyspiańskim. W każdym razie, mieliśmy porozmawiać na zajęciach, no, ale się mi porobiło w życiu, więc dopiero teraz mogłam do niego zagaić. Zagaiłam, przypomniałam się, a on na to, że wie, że tak czekał, aż się odezwę, że koniecznie na kawę, bo o Wyspiańskim to można godzinami. [Tutaj alert: spanikowałam i odmówiłam - zupełnie nielogicznie, nie wiem, chyba za szybko. Pogadam sobie z nim tak na korytarzu jeszcze ze dwa lata, to możemy sobie wtedy na kawkę]. Tak czy tak, nakreśliłam prawie zgrabnie cały kontekst, uradował się, pochwalił i zagaił kolejne tematy. Bardzo ładnie się nam rozmawiało, cudownie cytował wielkie fragmenta dzieł zebranych, a ja przytakiwałam, bo przecież pamięci u mnie to same deficyty. Nikt jeszcze do mnie nie mówił Wyspiańskim. O Wyspiańskim jasne, ale nie jego słowami. Dało mi to do myślenia i napisania, kolejne notatki się poczyniły.
Dzień nie miał się skończyć tak szybko, ale licho nie śpi i wzywa do domu. Tak więc, szybciuteńko zbieram się na tramwaj, biegusiem łapię przejeżdżającą 1. Jak już się rozsiadłam jak u siebie, kilka przystanków dalej wsiadł człowiek z walizką, ale bez kapelusza.
Perfumy mu pachniały spirytusem, ale zachowywał się bardzo elegancko, oczywiście wisząc na rurce w moim sektorze. W końcu zapytał mnie jaki to numerek tramwaju, na co ja, że jedynka. Na co on, powiedział, że dzisiaj ktoś go obraził. Chyba wyczytał z mojej zszokowanej miny coś w deseń 'och, doprawdy?' bo kontynuował dalej: - Zapytał mnie, czy może mi wpierdolić. Ale nie zasługiwał, żebym to JA mu wpierdolił. Bo to trzeba zasłużyć! - odgrażał się pięścią przed moim nosem. Zastosowałam technikę oposa, co to jak mu coś grozi, to udaje, że martwy. Więc, znieruchomiałam i zapatrzyłam się w siedzenie przede mną. Jegomość zaparkował walizkę obok mnie i ruszył w stronę kierowcy, rzucił okiem przez okienko, po czym z całą teatralnością obrócił się w stronę pasażerów. Może to moje zboczenie zawodowe, ale naprawdę, nagle z przejścia w tramwaju zrobiła się mała scena, jegomość, nabrawszy powietrza w płuca, jak rasowy wodzirej rzucił hasłem: - Wiecie państwo z kim jedziemy? - odczekał chwilę budując napięcie - Z najpiękniejszą krakowianką!
Zapadła cisza, pewnie każda z dam przetrawiała komplement, który ją musnął; kiedy nagle ktoś siedzący za mną odpowiedział: - Z Anną Dymną? - Po czym to nastała kolejna chwila ciszy, aż jegomość od walizki zadumał się i doszedł do konkluzji: - Ano, faktycznie. Jak ona tam w tym zbożu...!
Potem rozmawiano o piersiach Pani Anny ('ależ to były czasy!'). Ale to w czystko kinematograficznym pojęciu, mam nadzieję. Następnie jegomość przywitał się z zakonnicą 'Dzień dobry Pani Siostrze' i poruszył temat episkopatu. A kiedy dołączył jeszcze jeden człowiek, okazało się, że panowie się znają i wyszarżowała historia o czerwonych beretach.


Wspominałam, że to kierunek na Nową Hutę? Tak tylko, gwoli wyjaśnienia.

sobota, 16 listopada 2013

"Waiting hurts. Forgetting hurts. But not knowing which decision to take is the worst of suffering

środa, 6 listopada 2013

szekspirowskia zazdrość

Przyczytuję się rozmowie Gruszczyńskiego z Warlikowskim (w: Szekspir i uzurpator), znów przeraża i poraża mnie aktualność i adekwatność:

G: - Zazdrość to jeden z głównych tematów "Zimowej opowieści", który zresztą u Szekspira wraca często. Jak postrzegasz zazdrość w hierarchii motywów ludzkich działań?

W: - Myślę, że to piekielna siła, nie wiem, czy się kiedyś wyczerpuje, na pewno nie kończy się z wiekiem, nie słabnie. Emocja, która nie zatrzyma się przed niczym, strasznie destrukcyjna i bardzo silnie przypisana człowiekowi. W jakimś sensie też dobrze świadcząca o człowieku, o jego bezkompromisowości, niepogodzeniu, ekstremalności wyboru czy uzależnieniu się od kogoś.
(...) ciekaw jestem, czy to tylko urojenie. A może samo spojrzenie czy myśli są już grzechem?
Zazdrość bierze się ze strachu przed tym, że nie wszystko, nie każda sekunda tego drugiego należy do ciebie, paradoksalnie zazdrość jest tym większa, im bardzie ekstremalne są emocje pozytywne, im silniejsze jest to, co nazywamy miłością.

niedziela, 3 listopada 2013

NN

"Każdy jest tłumem złożonym z własnych sobowtórów."   - J. F.- NN 

Czy to dziwne, że cytuję mojego wykładowcę? To znaczy książkę mojego wykładowcy? Jego osobiście, na żywo, też mogłabym cytować; mogłabym, ale pamięć już nie ta, a moje notatki nigdy nie nadążają za jego meandrem myśli i potokiem słów.

Inspiruje mnie ten człowiek do słowotoków.
Najczęściej jednak lądują one w notatniku, a, bo mam notatnik. Wiecie, głupio tak wyciągnąć laptopa na trasie Plac Wszystkich Świętych - Teatr Ludowy, coby zapisać jakieś silva rerum.
Generalnie, to zazwyczaj tak nieswojo zapisywać coś publicznie, bo to od razu jak taki literat-dandys-krakowski. Tak po prawdzie, to jak zwykle, zwyczajnie się wstydzę.

Teraz klikam te nonsensy, jest mi ciepło, od kota i od wina.
Światło z małej lampki w sówki pada mi na prawą dłoń, doświetla i prześwietla te żyły, których tak nie lubię.
Miałam jakiś cel kiedy się tu logowałam?
A wcześniej?
A będę miała później?

Miało mi być lepiej, jaśniej, jak tu wejdę, i co?
O projektowaniu siebie miało być. Czy to dobre i czy w granicach prawa. No, jak potrzebne, i nie krzywdzi innych, to niech się tam projektuje; byle tylko kontrolować kolejne gęby.

W notatniku mam zasuszone kwiatki, chyba z Zakopanego. Kot fuczy. Co druga kartka jest o K.
Są też jakieś sublimacje słowne. Wierszykami tego nie nazwę, nie śmiem.

Wokół wierszy ostatnio kręci mi się jedna osoba. Chciałabym ją poznać.

"Pada deszcz dni
na podłogę."




Ostatnio M. odkryła swoje zdolności paranormalne. Już nie tyle, co o śpiewanie z przepony i na otwartym gardle chodzi, ale o przywoływanie i unaocznianie ludzi w swoim otoczeniu. Trzy razy pod rząd, jednego dnia, spotkała osoby, o których właśnie przypadkowo mówiła (w tym pięknego człowieka wywołanego na początku).
Sama maczałam paluchy w jednym ze zbiegów okoliczności, wywołałam K.
'To jakiś znak' - kontynuowała proroctwa Gosia - 'Musimy się napić' - skonstatowała u wylotu Gołębiej .
Antonówka pita na Plantach.
Z pomarańczowego kubka termostatycznego.
Prób wspięcia się na smoka: 3
Odśpiewanych pieśni na cześć Gwiazd: 6

Małe i duże radości; czasami też negatywne spięcia, których oczywiście się najbardziej żałuje; stanowią kwintesencję codzienności. Lubię taką codzienność.

J. zauważyła kadr Wyspiańskiego, był pięknie oświetlony.

niedziela, 29 września 2013

" Ten, kto się poświęci sztuce, już nigdy nie poczuje się bezmyślny czy samotny.
― Giorgio Vasari

piątek, 27 września 2013

dom augusty




Cisza, która pozostaje w Tobie po przeczytaniu tej książki, paradoksalnie do Ciebie mówi. Mówi o Tobie, mówi Tobą, mówi dla Ciebie. Historia, imiona i postaci przepływają przez Ciebie, pozostawiając po sobie prawie niezauważalne i niewyczuwalne ślady. Jeszcze nigdy nie przeżyłam czegoś takiego pod wpływem książki. Może dlatego, że to coś więcej, niż tylko książka?
Pełna jest czasu, ciszy, myśli i przeżyć, delikatności, jesieni i ciepła.
Wreszcie poznałam odpowiedź na pytanie jaka jest Twoja ulubiona książka? 

czwartek, 26 września 2013

"Vladimir zapisywał te swoje dzienne komunikaty nie dlatego, że tak mu się podobało, ale dlatego, że musiał, ponieważ pisanie było częścią jego psychoterapii, ponieważ kiedy pisał, wentylował za pomocą dłoni rozgrzany kocioł swego mózgu.

Jej arystokratyczny profil peszył mnie jeszcze bardziej niż cała jej facjata en face.
To znaczy, jak można być aż tak pięknie szlachetnym z samych tylko rysów twarzy.
Fakt, że tam siedziała, niczego nie mówiąc, dodawał jej powabnego uroku, ponieważ wszyscy na sali, a przynajmniej ja, zastanawiałam się czym to zajęte są jej myśli. Co, lub nie daj boże kto, wprawia ją w taki stan skupienia. Brwi, z natury uniesione dość wysoko, tworzyły dwa klasycystyczne łuki; usta, których kąciki zazwyczaj też układały się ku górze, były teraz delikatnie napięte, świadcząc o galopadzie myśli. Najważniejsze jednak jest to, co działo się naokoło, jej twarzy oczywiście. Źle ustawiony rzutnik, wyświetlał obrazy nieco wychodząc poza wyznaczone ku temu pole, naruszając doskonałą nieruchomość znanego nam już profilu. Światła i cienie łagodnie muskały jej twarz, oblekały ją w kolory Van Gogha i kontrasty Gauguina, tworzyły linie i horyzonty Friedricha.
Wykładała historię sztuki, nie wiedząc, że sama jest jej częścią.

środa, 25 września 2013

inspiracja //art project

Właśnie dopuściłam się najwspanialszego i najowocniejszego marnotrawstwa czasu. Całkiem przypadkowo dowiedziałam się o magicznej platformie zwanej Art Project - gdzie moje jestestwo poddane zostało próbie czasu, tak jak mój tył, który od dawna domaga się już rozprostowania tego i owego.
W każdym razie, to co tam odkryłam, przechodzi moje bardzo ludzkie pojęcie.
Jeżeli kiedykolwiek w życiu mówiłam, że jestem zachwycona, kłamałam.
Dopiero teraz jestem w pełni w-niebo-wzięta.

                                               
   
                      //all rights: Google Art Project   


poniedziałek, 23 września 2013

- Macie chore nerwy. 
- O, tak. Ale ja mam także inną jeszcze chorobę. Ja mam zanadto wyedukowaną świadomość. To jest ścierwo obolałe! Nieszczęściem, katuszą jest posiadanie prawdy.

― Żeromski

niedziela, 22 września 2013

dziennik (pod)różny //Czechy II

Równie mądre jak i stare powiedzenie mówi, że podróże kształcą - w innych wersjach - wzbogacają. Co do tego bogactwa, to w moim przypadku dość krucho - wróciłam z puściutkim portfelem... ale za to z pełną głową. Tak, wiem, że to metaforycznie o to chodziło, ale ten mój pusty portfel to ważna część mojej przygody. Ostatniego dnia zabrakło mi pieniędzy (biorąc pod uwagę fakt, że nie zabrałam ze sobą karty kredytowej, to dość niepokojąca sytuacja). Bynajmniej nie chodzi o moją rozrzutność czy chęć kupowania miliona pamiątek (moje zdjęcia w zupełności mi wystarczają). Po prostu nie umiem liczyć, a czeskich koron to już w ogóle. Do tragicznego momentu kulminacyjnego doszło pod Galerią u Bílého Jednorožce. Żółta kamienica z dwoma napisami na fasadzie: Salvador Dali & Alfons Mucha - postawiła mnie pod swoją ścianą na parę dobrych chwil - zjeść obiad (mając w świadomości 5 godzin do zbiórki i stare wafelki w autokarze) czy pójść na wystawę. Tutaj ważne, żeby pokreślić, że jeść to ja lubię. A sztukę też lubię.
Kiedy już wchodziłam na pierwsze piętro wystawy, zapomniałam o burczeniu w brzuchu. Mi(s)tyczne przeżycia nakarmiły mnie całą. Kiedy tak spacerowałam po pokojach starej kamienicy, powstrzymując wytrzesz oczu (może to też jeden z objawów głodu?) - mimo wszystko (tj. mimo dolegliwości zwykłego śmiertelnika) - czułam się fantastycznie.
Kiedy wychodziłam, na rogu kamienicy spotkałam Pana Żaha - siedział wcześniej na Moście Karola, trzymając kapelusz do góry dnem, w celach złapania małych koron. Oddałam mu paręnaście swoich, miał ciepło w oczach. Teraz jadł ciepły posiłek. Nie był żebrakiem, a wędrowcem. Po drodze (sam nie wie dokąd) trafił do Pragi, zakochał się (nie dociekłam czy w mieście czy w kobiecie) i żył z dnia na dzień, ciesząc się sławetną chwilą. Mówił po angielsku. Kiedy znów go mijałam jadł knedliki, ukłonił mi się i wskazał drogę na skróty do Pięknego Miejsca. Przechodząc ponownie przez Most, karmiłam ucho cudownym jazzowym rytmem tworzonym przez grupkę emerytów. Wcześniej też dostali moje korony, na struny do gitary.
Praga oddała mi się w całości - nie mówię, że kupiłam ją za parę koron - ale dzięki temu, że je oddałam, jeszcze bardziej była dla mnie. A przez to, że przez to byłam głodna - wyostrzyły mi się wszystkie inne zmysły.






Ryzykując spóźnienie na zbiórkę, a tym samym opóźnienie całej wycieczki z wyjazdem autokaru do Krakowa, zostałam nad Wełtawą do zachodu słońca.





Do Krakowa wróciłam o 4.45, akurat, żeby zdążyć na pierwszy autobus. Poczucie nierealności rzeczywistości dookoła, jeszcze bardziej mnie usypiało. Rozłożyłam się na siedzeniu, kiedy 'Jezu Chryste, co pani tu robi?!' przywitał mnie kierowca oblewając się kawą. Rozumiem, że nie był gotowy na pasażera o tej godzinie, ale chyba powinien przywyknąć, że z autobusu czasami korzystają ludzie. 'Dobrze, że Pani jest, ja to jestem z Huty, ale wie Pani, pierwszy raz tą trasą jadę, orientuje się Pani na których przystankach mam stawać?' 
Na szczęście się orientowałam. Nawigowałam autobus o wschodzie słońca, kiedy kierowca opowiadał mi o swojej córce, która też podróżuje 'jak pani'.Podróżuję. Faktycznie.
Robię to, o czym zawsze marzyłam.







Chcę tam wrócić, chcę być na Moście Karola o wschodzie słońca, chcę, żeby znad rzeki unosiła się mgła, chcę, żeby mnie otuliła, chcę wrócić, żeby pobyć z Judytą Klimta jeszcze parę minut, chcę przyjrzeć się muzom Muchy i literom Kafki.
Chcę rozmawiać z ludźmi, bo inaczej niż w Krakowie, patrzą człowiekowi prosto w oczy, uśmiechają się pytająco - chcą wskazać drogę i porozmawiać. W Krakowie tylko Cię mijają, jesteś częścią Sukiennic, Wawelu, czasami zapytają o drogę, ale najczęściej łączą to z frustracją i zmęczeniem, a nie chęcią zobaczenia.

wtorek, 17 września 2013

dziennik (pod)różny //Czechy I

Na bilecie, małym czarnym druczkiem stoi: 5:06. Dawno już nie jechałam pierwszym tramwajem, nie widziałam i nie czułam pierwszego porannego ciepła dnia, nie słyszałam klekotania kółek walizki na kocich łbach.

Zrobię małą retrospekcję, póki pamiętam jakieś treści. Dnia pierwszego, po drodze do Pragi, zatrzymaliśmy się w mieście Kutná Hora. Ignorując przypływy i odpływy paniki pt. 'co ja tutaj robię' ruszyłam przed siebie. A raczej za innymi. Wspomniałam już, że nie lubię grup zorganizowanych? Dobrym pytaniem wydaje się być coś w deseń 'to po co jeździsz na wycieczki zorganizowanie?' - bo sama się za cholerę nie zorganizuję. Tak więc ruszyłam ja, i oni, i on. On Marcin, autokarowy sąsiad, taki w deseń informatyka męczydupy. Przed nim też uciekałam kiedy tylko mogłam. W sumie, to sporo się nabiegałam.
Na pierwszy ogień piekielny Kaplica Czaszek. Powiało chłodem, grozą i stęchlizną. Tak naprawdę, jeżeli człowiek zlekceważył wycieczki wszelkiej maści (a rozpiętość była fantastyczna - od klasycznych japońskich fotoreporterów, po dzikich zabrodzionych harleyowców) - dało się wynieść z tego jakieś treści. Tak więc, jedni kupowali kubki w kształcie czaszek, a inni... Inni zastanawiali się nad sensem życia. Szkolno-akademickie pojęcia, którymi bez pardonu posługiwałam się do tej pory w wypracowaniach walnęły we mnie swoją oczywistością, prawdziwością i naocznością. Posłużę się obrazami, jak to zwykle bywa, kiedy słów mi brakuje. Jedyne o co mogę prosić moich czytaczy, to żeby wklepali w wyszukiwarkę hasło i zapoznali się z historią świątyni.
A tymczasem, vanitas vanitatum, et omnia vanitas.






Nikt już chyba nie przejmuje się znaczeniem tego miejsca. Zostało tak przetransponowane na atrakcję turystyczną, że stało się zupełnie bezwartościowe, a przynajmniej bardzo zdewaluowane. Mnie się to wszystko za bardzo kojarzy, za bardzo pociąga za sobą inne obrazy. Czaszka, symbolicznie występująca w naszej kulturze (a z tego co się orientuję w sprawach modowych, ostatnio jest na nie spory boom w postaci wzorów na koszulkach, pierścionkach etc) odczepiona została od swojego pierwotnego znaczenia. Nie mogłam zrozumieć uradowanych turystów, cykających sobie fotki ze stosami czaszek i kości, jakby to była wieża Eiffela. Gwoli przypomnienia, to prawdziwe, ludzkie kości... Sterty ludzkich kości. Setki tysięcy czaszek z pustymi oczodołami, kręgosłupy i łopatki przerobione na żyrandole.
Nie mówię o tym, że powinien tam stać człowiek szepczący do ucha każdemu kto tam wchodzi, że i tak umrze, że marność nad marności, że robale i rozkład, że bezsens życia, wojen, poświęceń; ale cholera jasna, jakiś szacunek się należy. A jeśli ten aspekt człowieczeństwa jest niektórym obcy, to chociaż jakaś chwila refleksji. Tak? Nie? Niepotrzebne skreślić.




Nie mogłam się zbytnio skupić na pozostałych dzielnicach tego miasta. Pamiętam, że było jednym z tych mało-mieszczańskich - z ryneczkiem, uliczkami, sklepikami, pamiąteczkami. Tam po raz pierwszy usłyszałam urocze Ahoj!, które później towarzyszyło mi przez większość spacerowego czasu.




czwartek, 29 sierpnia 2013


Strategia duchowości
Nie nadaje się
Do życia






Szepcą do ucha
przenicowanego
Nie twojego. 





Astrologia wewnętrzna 
podmiotu lirycznego
kręci się. 







Podniebienne zakamarki
składają się.
Podczas twojego rozkładu
całkowitego.







Wnęka kręgosłupa 
w łuku.
Wnętrzności twoje
roztańczone. 







Kryzys tożsamości
codziennego życia
rozmycia
niebycia. 



w zatrzęsieniu




Jestem kim jestem.
Niepojęty przypadek
jak każdy przypadek.

Inni przodkowie
mogli być przecież moimi,
a już z innego gniazda
wyfrunęłabym,
już spod innego pnia
wypełzła w łusce.

W garderobie natury
jest kostiumów sporo.
Kostium pająka, mewy, myszy polnej.
Każdy od razu pasuje jak ulał
i noszony jest posłusznie
aż do zdarcia.

Ja też nie wybierałam,
ale nie narzekam.
Mogłam być kimś
o wiele mniej osobnym.
Kimś z ławicy, mrowiska, brzęczącego roju,
szarpaną wiatrem cząstką krajobrazu.

Kimś dużo mniej szczęśliwym,
hodowanym na futro,
na świąteczny stół,
czymś, co pływa pod szkiełkiem.

Drzewem uwięzłym w ziemi,
do którego zbliża się pożar.

Źdźbłem tratowanym
przez bieg niepojętych wydarzeń.

Typem spod ciemnej gwiazdy,
która dla drugich jaśnieje.

A co, gdybym budziła w ludziach strach,
albo tylko odrazę,
albo tylko litość?

Gdybym się urodziła
nie w tym, co trzeba, plemieniu
i zamykały się przede mną drogi?

Los okazał się dla mnie
jak dotąd łaskawy.

Mogła mi nie być dana
pamięć dobrych chwil.

Mogła mi być odjęta
skłonność do porównań.

Mogłam być sobą - ale bez zdziwienia,
a to by oznaczało,
że kimś całkiem innym. 







// cząstka mnie, wysłana na konkurs, zajęła drugie miejsce, VIII 13'

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

archiwa I

skoro już kopnął mnie ten zaszczyt, bycia tym "tekściarzem kultury" na uniwersytecie - przebadaną i udowodnioną przypadłość toczę - stare druki, manuskrypty, ryciny, zdjęcia cieszą mnie jak nowe kwiaty na wiosnę, jak świeżo otworzona puszka kawy, jak nowy smak herbaty, jak kocie łapki ugniatające koc, jak...

no dobrze, w każdym razie, od teraz zamieszczać tutaj będę moje ulubione wykopane-z-czeluści archiwów perełki. te, które po prostu cieszą mnie wizualnie, te, które pokazują coś czego jeszcze nie widziałam, te, które udowadniają coś, czego jeszcze nie wiedziałam.
na pierwszy ogień zbiory Istytutu Smithsoniańskiego.
czego? dlaczego? czytałam Dana Browna, on znów mnie zagonił w kozi róg symboli, archetypów, map i obrazów. tak więc, zwyczajowo, spędzam 2-4 godziny dziennie przeglądając archiwa cyfrowe.
















W obcym pokoju
w obcym świetle
obca osoba udaje mnie.
Nie wiem kto to jest.
Ma trochę mniejsze oczy
i bardziej matowy głos.
Jej słowa udają moje.
Jej cień jest naprawdę.
― "Sobowtór" Erna Rosenstein (w: Wszystkie ścieżki, 1978)

niedziela, 25 sierpnia 2013

I think everything in life is art. What you do. How you dress. The way you love someone, and how you talk. Your smile and your personality. What you believe in, and all your dreams. The way you drink your tea. How you decorate your home. Or party. Your grocery list. The food you make. How your writing looks. And the way you feel. Life is art.” 
—      Helena Bonham Carter

analog.




wracam do analogowej fotografii. a tak naprawdę, to dopiero ją odkrywam.
znalazłam pudło z wywołanymi zdjęciami, tymi, które kiedyś bardzo znielubiłam, bo zupełnie nie wyszły.
teraz okazuje się, że wyszły, tylko ja nie umiałam dostrzec ich piękna. poza tym, brakowało im "tego czegoś" - teraz wszystko naprawiam, albo psuję.