piątek, 21 listopada 2014

pijemy komisyjnie kawę parzoną, turecką, z tygielka.
lubię robić wielkie-małe rewolucje w życiu dziadków.
kiedy wróciłam po weekendzie na Hutę, dziadek powiedział, że dobrze, bo tak pusto i cicho beze mnie.

wróciłam z biegania, to jeszcze mi się dostało komplementem, że profesjonalnie biegam.
niech i tak będzie.

tak więc, pobiegałam i popiłam kawą.
posprzątałam w pokoju, poczytałam artykuły, ogarnęłam materiały.

przepływy energii zdarzają się często, dzisiaj podkręcone i kontrolowane; wczoraj niespodziewane i
bardzo budujące.
pochwalono mnie za moją pisaninę, nie byle kto i nie byle jak. stąd ogólna moja konsternacja i roztrzęsienie.

dobrze mi jest.
bagatelizując rozsadzającą mnie właśnie energię, spokojnie i wygodnie mi wewnętrznie.


poniedziałek, 17 listopada 2014

to serce które dziś trzymasz w dłoni
nie mieści się we mnie
musisz je chronić
jak można tak postradać zmysły i ubrania
jak można, jak można, jak? 


nazywam się niebo
mam wszystko co trzeba 
to ja jestem księżyc i słońce  



                                                                        [natalia przybysz, to ja jestem niebo]

sobota, 15 listopada 2014

"Pamięć jest szwaczką, i to kapryśną. Pamięć śmiga igłą w górę i w dół, w lewo i w prawo, to rzadszym, to gęściejszym ściegiem. Nie wiemy, które wspomnienie czeka następne w kolejce, które stoi za nim."

V. Woolf, Orlando

może to dlatego, że dłonie pachną mandarynkami.
ilość sprowadzanych przeze mnie albumów fotograficznych do domu jest wprost proporcjonalna do ilości kubków z zaschniętą kawą stojących na stoliku.
jest ich dużo.

kilka albumów musiałam wypożyczyć. oprócz narzekania na zmienny środek ciężkości w drodze, nie ubyło mi niczego więcej. a właściwie, to przyszło całkiem sporo. zasiałam nowe kadry w głowie. teraz tylko kwestia przyszycia sobie paska aparatu do szyi. nie wiem, dlaczego mam taki problem z noszeniem go ze sobą.

jest też album Witkacego, niby też musiałam na zajęcia, ale tak po prawdzie, to skradałam się do niego już od dłuższego czasu. jak zwykle, niby wiem, że mogę go obejrzeć, a jednak coś mówi, że jeszcze nie.
nie oczekuję zrozumienia, tak się tylko dzielę refleksją.

grudniowość mi się dzieje w głowie za wcześnie.
grudniowość to naprawdę stan duszy.
i to nie ma związku ze świątecznością (znaczy ma, ale to raczej pejoratywna strona, co roku zwyczajnie zalewa mnie irytacja, wychodzę z siebie i staję obok).
chodzi mi o grudniowość zawieszoną w przestrzeni (i nie, tu również nie chodzi o iskrzące się łańcuchy i bombki/bańki, czy co tam Państwo wieszają u siebie pod strzechą).
chodzi o napięcie powietrza, może tak się ono napina od tego oczekiwania na święta właśnie; nie wiem, ja wyczuwam tylko ogólność.
ogólność ciepła i dziwnego przeczucia. ogólność wielkich szalików i rękawic i jeszcze większych swetrów. skrzypiący śnieg. długie płaszcze. postawione kołnierze. względny pośpiech.
galerie *brońboże* nie handlowe oraz kina. jest wtedy w nich jakoś inaczej, milej?
dla socjopaty względnie akceptowalne. nie ma w tym nachalności i cielesności, bo każdy jest sam sobie opatulony i nie ingeruje za bardzo.
najbardziej lubię muzea w grudniu, względnie w styczniu. czuję się wtedy najbezpieczniej.
sama w sobie i z innymi.

obejrzałam wczoraj fragmenty Bridget Jones, nie mam pojęcia dlaczego akurat wtedy i akurat to. tam jest chyba trochę tej auratyczności. podobnie działa Love Actually, ale wiem, że na to powinnam jeszcze chwilę poczekać.

kawa mi wystygła.

wtorek, 11 listopada 2014

dziwnie mi się dzieje w światopoglądzie na Nową Hutę.
coś pęka. we mnie? w przestrzeni?
cały dzień poświęciłam fotografowaniu, przerabianiu, sklejaniu i analizowaniu.
mam kilka całkiem dobrych kadrów. zastanawiam się, dlaczego dopiero teraz? to znaczy, bloki tutaj sobie stoją od jakiegoś czasu, ja mam ten swój aparat; ale jakoś nigdy nie połączyłam faktów. miałam dojrzeć? doczekać?

może faktycznie tak jest lepiej, dokładniej, mądrzej. może faktycznie widzę więcej, to znaczy, w ogóle widzę. szara płyta mnie przygniotła, tak samo jak przygniotła moich rodziców, ba, dziadków. gniecie niezrozumienie, brak chęci zrozumienia, dostrzeżenia.
dziadkowie nie oddalają się od bloku. trasa klatka-budka z pieczywem-kiosk-plac, to raczej wszystko. czasami zapuszczą się za bulwarową, ale to już raczej samochodem.

byłam dzisiaj w szoku. po części, to kwestia światła, trochę też aparatu, którego wciąż nie potrafię obsługiwać... a może właśnie dopiero teraz faktycznie to zobaczyłam? bez uprzedzeń, bez codzienności, no i trzeba to przyznać- bez strachu. ja niby chodzę więcej i dalej, ale najczęściej z oczami utkwionymi w chodniku. a jeśli już się rozglądam, to w podświadomości obmyślam plan awaryjny, dokąd odchodzą chodniki, co znajduje się za kolejnym blokiem, w którą bramę nie powinnam wchodzić.

chciałabym mieć czystą kartę jeśli chodzi o Hutę, chciałabym nie mieć tych wspomnień i obaw. dzisiaj czułam się dość swobodnie... jak u siebie? no bo chyba tu jestem u siebie bardziej, niż w Kocmyrzowie? nie wiem?

mam czas, zobaczy się.

sobota, 8 listopada 2014

dopiero kiedy dźgnęłam się długopisem w policzek, podczas jedzenia, zadałam sobie sprawę z tego co robię. w obu dłoniach sztućce, w jednej nadprogramowo długopis. sporo notuję, z automatu. może powinnam zawiesić sobie notatniczek na szyję? a może wystarczyłby dyktafon? zdecydowanie nie, przecież ja umiem tylko pisać, nie mówić. inaczej mi się myśli.

jesień to stan umysłu. szarzyzna i beżowość.*
w środku jednak trochę ciepło.
trochę to ostatnio słowo klucz.


*[edit. słowniczek podkreśla beżowość i podpowiada bezideowość].

środa, 5 listopada 2014

siedzę na tym parapecie już od dawna, to znaczy, niekoniecznie dzisiaj, ale tak ogólnie, życiowo na nim siedzę od dawna. i dopiero dzisiaj zauważyłam salę taneczną pobliskiego domu kultury. ludzie trenują, kręcą się i skaczą. a ja siedzę na zimnym parapecie z ciepłą herbatą.
kolejne książki przytargane do mieszkania, trzecia półka coraz pełniejsza, chyba będę musiała gdzieś przenieść kilka uroczych pozycji, które przyniosła mi tu kiedyś babcia (Biblia, Atlas zwierząt polskich, Menopauza - jak sobie poradzić).
przy szafie z ubraniami też mam półki, na nich od zawsze Encyklopedia PWN w czterech tomiszczach, trochę Wyspiańskiego, pudełko z melisą, taśma klejąca, pozłacana Matka-Boska-Licheńska. niech sobie stoi, jeśli jej z tym dobrze. babci w sensie. 
torba na aparat czeka przy drzwiach. strategiczne miejsce, może nie zapomnę. chociaż zapomnieć bym chciała. 
teksty na jutro przeczytane, zostaje kwestia seminarium. pomyślę o tym rano. może. 
wydaje mi się, że jeszcze wczoraj miałam względnie ogarnięty plan lekturowy do końca tygodnia. ale w tramwaju rzuciłam okiem na nową książeczkę i niechybnie się wciągnęłam. pozostaje podpiąć się pod stałe pytanie babci "kiedy ty to wszystko przeczytasz?".
nie wiem, ale ośmiogodzinny wymagany czas spoczynku mi się skraca, starzeję się. 

poniedziałek, 3 listopada 2014


"W pewnych przypadkach los przypomina burzę piaskową o niewielkim zasięgu,która nieustannie zmienia kierunek. Chcąc przed nią uciec ruszasz w inna stronę. A wtedy burza, jakby się do ciebie dopasowywała  rusza za tobą.

Jeszcze raz zmieniasz kierunek. Burza ponownie idzie twoim śladem. 
Powtarza się to wiele, wiele razy, jak złowróżbny taniec ze śmiercią przed świtem. A to dlatego  że ta burza nie pojawiła się nie wiadomo skąd, nie jest czymś oderwanym od ciebie. Ona po prostu jest tobą. Masz ją w sobie."



Haruki Murakami, Kafka nad morzem