wtorek, 11 listopada 2014

dziwnie mi się dzieje w światopoglądzie na Nową Hutę.
coś pęka. we mnie? w przestrzeni?
cały dzień poświęciłam fotografowaniu, przerabianiu, sklejaniu i analizowaniu.
mam kilka całkiem dobrych kadrów. zastanawiam się, dlaczego dopiero teraz? to znaczy, bloki tutaj sobie stoją od jakiegoś czasu, ja mam ten swój aparat; ale jakoś nigdy nie połączyłam faktów. miałam dojrzeć? doczekać?

może faktycznie tak jest lepiej, dokładniej, mądrzej. może faktycznie widzę więcej, to znaczy, w ogóle widzę. szara płyta mnie przygniotła, tak samo jak przygniotła moich rodziców, ba, dziadków. gniecie niezrozumienie, brak chęci zrozumienia, dostrzeżenia.
dziadkowie nie oddalają się od bloku. trasa klatka-budka z pieczywem-kiosk-plac, to raczej wszystko. czasami zapuszczą się za bulwarową, ale to już raczej samochodem.

byłam dzisiaj w szoku. po części, to kwestia światła, trochę też aparatu, którego wciąż nie potrafię obsługiwać... a może właśnie dopiero teraz faktycznie to zobaczyłam? bez uprzedzeń, bez codzienności, no i trzeba to przyznać- bez strachu. ja niby chodzę więcej i dalej, ale najczęściej z oczami utkwionymi w chodniku. a jeśli już się rozglądam, to w podświadomości obmyślam plan awaryjny, dokąd odchodzą chodniki, co znajduje się za kolejnym blokiem, w którą bramę nie powinnam wchodzić.

chciałabym mieć czystą kartę jeśli chodzi o Hutę, chciałabym nie mieć tych wspomnień i obaw. dzisiaj czułam się dość swobodnie... jak u siebie? no bo chyba tu jestem u siebie bardziej, niż w Kocmyrzowie? nie wiem?

mam czas, zobaczy się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz