wtorek, 31 grudnia 2013

Starzeję się 
- staje się nieustanną wymówką / usprawiedliwieniem / dopełnieniem rzeczywistości.
Wszystko widzę z nieszablonowej perspektywy, większość rzeczy i miejsc maleje, nie istnieje.
Dystans.
Chłodna kalkulacja, za, sprzeciw, wstrzymane, ataki paniki zdarzają się rzadziej, a nawet jeśli, są bardziej świadome swojej irracjonalności. Buduję zdania złożone, czasami gramatycznie składne, kiedy wpadnie mi jakiś neologizm, zakładam, że to taka moja gra intelektualna, a nie niedopatrzenie.

Spotkałam się ostatnio ze znajomym niewidzianym parę miesięcy, co słychać.
Starzeje się.
Dorastam, mrużę oczy i zaciskam szczęki, skupiam się. Twarz staje się bardziej napięta, brwi uniesione.
Podejmuję decyzje, słucham, patrzę w oczy.

Odgrzebałam okulary (jeszcze zerówki) do czytania (ponoć z magicznymi filtrami).
Niby oczy mniej bolą, ale to chyba bardziej syndrom wmówienia sobie, niż ich faktycznego działania.
Jakby na to nie patrzeć, totemizm wciąż działa, kiedy tylko je zakładam, czuję i myślę inaczej.
Piszę pracę roczną.  
Ambicje mnie zżerają. Dobrze, źle, niepotrzebne skreślić.
Starzeję się.
Panuję nad słowami. Świadomie decyduję, którego słowa chcę użyć i gdzie postawić, tworzę dziwne konotacje i konstelacje zdaniowe.
Starzeję się.
Mój charakter pisma, chociaż wciąż mało czytelny, też wygląda jakby się zestarzał, jest pewniejszy, płynniejszy, okrąglejszy.

Na imprezę sylwestrową idę z nieznanym towarzystwem.
Wychodzę, w ogóle, gdziekolwiek. Starzeję się.

Chciałabym napisać opowiadanie.
Muszę jeszcze poczekać. Pomysł i postaci powinny dojrzeć.

Czasami robię zdjęcia, wciąż interesują mnie detale.

Kupiłam pierścionek, z turkusowym oczkiem.
Starzeje się, jak nie teraz to kiedy, jest śliczny.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

"Idę do toalety, przemywam oczy zimną wodą, szczotkuję włosy i maluję rzęsy tuszem. W jasnym świetle moja twarz wydaje się obca. Myślę o tym, jak inaczej wyglądała rano, w półmroku w lustrze windy i jak inaczej odbita w szybie kawiarni. Czy inni widzą moją twarz tak jak ja, czy jest w niej coś, co można zobaczyć tylko samemu? Czy każdy ma na twarzy rysy, które widzi inaczej niż inni?

czwartek, 26 grudnia 2013

"Klosz nocy otoczył dom z czerwonej cegły. Do ogrodu wpełzł szron, ślizgał się po trawniku, glazurował każde źdźbło trawy, chwytał wszystkie pojedyncze krople na ciemnej ziemi rabat i zamykał je w diamenty, a potem sunął giętko jak jaszczurka w górę pni drzew i malował ciemne kontury gałęzi srebrnobiałym, mieniącym się połyskiem."

zimno mi, przytul.

Niedługo nie będą mogli żyć w tym samym domu, niewypowiedziane pytania zajmą całą przestrzeń.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

grudniowość
jest nie w sosie.

nie wiem, czy zjawisko atmosferyczne w deseń śniegu wpłynęłoby znacząco na moje samopoczucie, ale co by szkodziło spróbować, czekam.

roz-pa-truję aspekty życiowe
pod róż-nymi względami


czytam serię z miotłą, dwie książki na dzień, nie mam nic innego do roboty.
wyciągnięta zostałam poza nawias gorączki świątecznej, bo mam swoją własną.


wracam do Niej myślami średnio 5 razy na godzinę, co daje średnio godzinę dziennie.
nie mam się co oszukiwać, jest tego więcej.

chciałabym wiedzieć, czy po zakochaniu jest jakieś życie?
trzeba umieć normalnie myśleć
jeść
ze spaniem już są problemy
ze wszystkim są problemy
ze mną są problemy
sama sobie jestem problemem
lecz widać można żyć bez powietrza.
"Ale śmierć jest teorią spiskową dziejów. A tak zwane dzieje to jasełka dla zwierząt, których świadomość została nienaturalnie utuczona halucynogenami.
Sny stają się coraz bardziej rzeczywiste. A rzeczywistość coraz bardziej senna.
A tak naprawdę już tu jesteśmy. W multipleksie karykaturalnych doznań.  

- Shuty, Zwał 
 
 
 

czwartek, 19 grudnia 2013

dlaczego suplementu życia nie można kupić w aptece jak suplementu diety.
gdzie mam się zgłosić z moim brakami.
kto mi sprzeda kolorowe pigułki
ekstazy.

potrzeba bycia
drugiego człowieka
boli
mnie w nerwy
i neurony

staje się
od-twarzaniem
samej siebie

chcę przestać się spieszyć
chcę przestać się uzależniać
zniewalać

zniszcz mnie,
albo ja zrobię to przed tobą.
konceptualność
istnienia
względnego

           pryzmat
           braku


środa, 18 grudnia 2013

dni się wydłużają, a mnie samej jest w nich coraz mniej.
socjopatyczność obelżywa przepływa przeze mnie z coraz większą częstotliwością.
czy święta tak na mnie działają.
czy to zmęczenie.
jestem zmęczona. nie wiem tylko czy faktycznym egzystowaniem czy samą sobą.
nie wiem czy się nie wysypiam, czy śpię za długo.
nie wiem czy w ogóle mi nie zależy, czy obchodzi mnie to tak bardzo.

czy ja sobie mogę wybrać na czym mi zależy? czy ja sobie mogę ustalić grafik zależności?
odzywam się tylko na jednym wykładzie, albo w grupce do trzech osób - w innym wypadku, nawet jeżeli doskonale znam temat, za cholerę nic nie powiem.
trzeszczy we mnie niepewność, ból głowy, niedobór magnezu.

polegam na intuicji. instynktownie wiem kiedy mam rację, oraz kiedy mogłabym ją wypowiedzieć. nie robię tego jednak zbyt często. nie chcę dzielić się moją intuicją. gburowato milczę. nie kontroluję twarzy, ponoć wielu ludzi ma mi to za złe.

nie mogę wciąż się rozpadać.
oddałam część siebie K. - poznaje moje przemyślenia artykułowane na bieżąco podczas wykładu;
nie potrafię tego odtworzyć na innych zajęciach.   
albo nie chcę.

wszystko jedno, nie robię tego.

nie robię wielu rzeczy, które mogłabym, powinnam.
nie mam ulubionego kremu do rąk, bo zawsze kupuję ten sam.
nie wiem, jaką herbatę lubię najbardziej, od lat piję zwykłego liptona; czasami próbuję innych, ale muszę sobie wcześniej przypomnieć, że chcę spróbować. zapominam czego chcę.
nie wiem też jaki zapach lubię najbardziej.

w sobotę byłam na koncercie marii peszek. cudowna kreatura sceniczna. jeszcze nie widziałam nigdy tylu par damsko-damskich na tak małej powierzchni kwadratowej, urocze.
jeżdżę całą trasą autobusu - od przystanku początkowego do końcowego.
wieczorem nie pamiętam, czy cokolwiek jadłam w ciągu dnia.
szczęki wciąż mi się bezwiednie zaciskają, prowokują ból.
wczoraj pomalowałam paznokcie, dzisiaj odprysnęły wszystkie. 2,5 za lakier to słaby interes.


uwielbiam, kiedy jej zmarszczki mimiczne zależne są tylko ode mnie,
pocałowała mnie w policzek.
nie ma śniegu.



w głowie mi się przepaliły
wszystkie bezpieczniki
szlag trafił  święty spokój,
roztrzaskał liczniki
cała jestem bałaganem
i bitwą wojennym stanem
nie jestem spokojna
w mojej głowie wojna
sama jestem sobie winna
jestem inna niż powinnam
poza normę wystrzelona
i wykolejona 


czwartek, 5 grudnia 2013

złożoność faktów dnia dokonanego
przerasta mnie 


W poniedziałek, na PWST, miała miejsce promocja książki prof. Szturca (chodząca nietuzinkowość względna). Oprócz całej historii obudowanej wokół i w książce, doszło do paru innych zajść. Przybył na chwilę na przykład pan Jacek Poniedziałek, nie, że mu nie wolno, ale chyba nie byłam na to gotowa. Bo wiecie, dwa dni wcześniej obejrzałam z nim spektakl, co więcej, spektakl, który trafił we mnie na wszystkich poziomach i wymiarach, taki spektakl idealny, co to można oglądać i oglądać i tylko żałować, że się na żywo nie widzi. No, ale człowiek-aktor tam był i sobie go widziałam. Zaraz obok niego siedziała Pani Renete Jett - którą również, z w/w Panem, widziałam ostatnimi czasy w realizacji Burzy. To nie był zwykły stan w deseń 'wow, aktor, wow taki sławny, uszanowanko, wow' - tylko jakieś innermediumiczne przeżycie... A będąc już w zaświatach, doświadczyłam również występu kolejnej legendy, Olgi Szwajgier (teraz absolutnie należy przerwać wszystko, i doznać).

We wtorek i środę, reasumując, przez 14 godzin uczestniczyłam w konferencji: odsłony polskiej scenografii (UJ / ASP). Tutaj znów pojawia się postać prof. Szturca, którego wykład dotyczył fetyszyzmu u Lupy. Kolejna porcja inspiracji, wątpliwości. Tutaj należy przerwać tok sprawozdania, bo wydarzyło się coś, co warte jest upamiętnienia. Wreszcie zebrałam się w sobie i w czasie przerwy, zagaiłam rozmowę (ładnie zabrzmiało, tak normalnie. Tak naprawdę, to walczyłam o przetrwanie, o nie utracenie przytomności, o nie hiperwentylowanie się). To było najbardziej wartościowe 40 minut mojego życia. To nie miejsce na spisanie tego wszystkiego, chciałam tylko zaznaczyć, że coś się dzieje. Ze mną i we mnie. Że wreszcie zaczynam...
żyć normalnie? W sensie, na zwykłych międzyludzkich zasadach? Umiem rozmawiać? WOW.
Pod koniec dnia, zaszczycili nas Andrzej Wajda oraz Krystyna Zachwatowicz-Wajda. I tutaj to dopiero może rozpocząć się tyrada na temat życia, sztuki, związków międzyludzkich. Do teraz, kiedy tylko pomyślę o tej rozmowie, cieszę się; normalnie śmieję się jak głupia do ekranu. Piękna opowieść o twórczości, podszyta wzajemnym zaufaniem, uczuciowością. Przepraszam bardzo, ale tylko Pani Zachwatowicz może wyrwać mikrofon Panu Wajdzie, może mu przerwać, bądź dać do zrozumienia, że prawi farmazony! ('Dobrze mówię, czy źle, panie reżyserze?'). Albo te wszystkie urocze dopełniania historii, kiedy Pani Krystyna opowiadała o tym, jak na jej przedstawieniu został doceniony istotny detal - sznurek, zamiast sznurówki w bucie aktora; Pan Wajda dodał jedynie: - To było w Londynie, to się pochwal!
Co do ogólnych wniosków na temat kondycji samego teatru i scenografii, jeszcze ich nie wysnułam na tyle, żeby się podzielić.
Dnia drugiego, awansowałam na drabince rzędowej. Zazwyczaj siadałam sobie gdzieś w połowie widowni, z boku... A wczoraj z rana, przyszłam dość wcześnie, zasiadłam sobie w drugim! A tam to zazwyczaj sami prelegenci. Pal licho, miałam bliżej do kawy. I tutaj kolejne wydarzenie z serii powalających na łopaty: obok mnie usiadła sobie prof. K. - i tak przez 3 godziny kolejnego panelu dzieliła się ze mną swoimi wtrąceniami i żartami, dziękuję bardzo, to nawet lepsze od Wajdy. Panel dotyczący kostiumu i ciała w scenografii rozpisany mam najbardziej, nader intrygująca sprawa.
Jak nam się skończył panel praktyków - rozmów scenografów i reżyserów na szczycie - można było uspokoić neurony. Ale wtedy okazało się, że jest cały łańcuszek osób, które chcą porozmawiać. A to kojarzę cię z UJotu, a to to, a to tamto. A tam jeszcze Jan Klata się przewinął. Generalnie to sympatycznie. Jako już wszyscy sobie poszli, stwierdziłam znów sławetne now or never - pobiegłam do prof. K - podziękowałam, pogratulowałam, zostałam uściśnięta i pobłogosławiona.
- Znów się pani za bardzo teatralizuje!
- To źle, pani profesor?
- Nie, nie, tak sobie żartuję. To dobrze, że sobie Pani to wszystko ponotowała.
- Tak, to niesamowicie inspirujący natłok myśli teatralnych.
- To dobrze. Gdyby potrzebowała Pani jakiegoś uzupełnienia, zapraszam do siebie...

Oj, nie wiedzą, co czynią; On widzi i nie grzmi.


A, jakby tego było mało, po powrocie do domu, otworzyłam sobie pocztę, a tam kaboom, zakwalifikowałam się do następnego etapu konkursu fotograficznego w Festiwalu Synestezje.
A jakby tego było mało, już przez sam fakt kwalifikacji - dostanę wejściówkę na wydarzenia, w tym dwa koncerty; które oczywiście nakładają mi się na Festiwal Boska Komedia - konflikt tragiczny Maria Peszek czy pięciogodzinny spektakl Warlikowskiego?! I CO TERAZ.


niedziela, 1 grudnia 2013

Pomyślałam sobie, że może jakoś to ogarnę, że te wszystkie pospektaklowe bilety wkleję sobie do jakiegoś pamiętniczka, spiszę co mi w pamięci pozostało. Znalazłam 8 biletów ze Starego, z tego tylko sezonu. Do tego 10 z innych teatrów czy kin. Reszty nie pamiętam. To znaczy, mogłabym pewnie to jakoś odtworzyć, znaleźć stary kalendarz, ale co po tym?
Muszę wprowadzić jakąś systematykę, bo oszaleję. Przepali mi się w końcu karta pamięci.