złożoność faktów dnia dokonanego
przerasta mnie
W poniedziałek, na PWST, miała miejsce promocja książki prof. Szturca (chodząca nietuzinkowość względna). Oprócz całej historii obudowanej wokół i w książce, doszło do paru innych zajść. Przybył na chwilę na przykład pan Jacek Poniedziałek, nie, że mu nie wolno, ale chyba nie byłam na to gotowa. Bo wiecie, dwa dni wcześniej obejrzałam z nim spektakl, co więcej, spektakl, który trafił we mnie na wszystkich poziomach i wymiarach, taki spektakl idealny, co to można oglądać i oglądać i tylko żałować, że się na żywo nie widzi. No, ale człowiek-aktor tam był i sobie go widziałam. Zaraz obok niego siedziała Pani Renete Jett - którą również, z w/w Panem, widziałam ostatnimi czasy w realizacji
Burzy. To nie był zwykły stan w deseń 'wow, aktor, wow taki sławny, uszanowanko, wow' - tylko jakieś innermediumiczne przeżycie... A będąc już w zaświatach, doświadczyłam również występu kolejnej legendy, Olgi Szwajgier (teraz absolutnie należy przerwać wszystko, i
doznać).
We wtorek i środę, reasumując, przez 14 godzin uczestniczyłam w konferencji: odsłony polskiej scenografii (UJ / ASP). Tutaj znów pojawia się postać prof. Szturca, którego wykład dotyczył fetyszyzmu u Lupy. Kolejna porcja inspiracji, wątpliwości. Tutaj należy przerwać tok sprawozdania, bo wydarzyło się coś, co warte jest upamiętnienia. Wreszcie zebrałam się w sobie i w czasie przerwy, zagaiłam rozmowę (ładnie zabrzmiało, tak normalnie. Tak naprawdę, to walczyłam o przetrwanie, o nie utracenie przytomności, o nie hiperwentylowanie się). To było najbardziej wartościowe 40 minut mojego życia. To nie miejsce na spisanie tego wszystkiego, chciałam tylko zaznaczyć, że coś się dzieje. Ze mną i we mnie. Że wreszcie zaczynam...
żyć normalnie? W sensie, na zwykłych międzyludzkich zasadach? Umiem rozmawiać? WOW.
Pod koniec dnia, zaszczycili nas Andrzej Wajda oraz Krystyna Zachwatowicz-Wajda. I tutaj to dopiero może rozpocząć się tyrada na temat życia, sztuki, związków międzyludzkich. Do teraz, kiedy tylko pomyślę o tej rozmowie, cieszę się; normalnie śmieję się jak głupia do ekranu. Piękna opowieść o twórczości, podszyta wzajemnym zaufaniem, uczuciowością. Przepraszam bardzo, ale tylko Pani Zachwatowicz może wyrwać mikrofon Panu Wajdzie, może mu przerwać, bądź dać do zrozumienia, że prawi farmazony! ('Dobrze mówię, czy źle, panie reżyserze?'). Albo te wszystkie urocze dopełniania historii, kiedy Pani Krystyna opowiadała o tym, jak na jej przedstawieniu został doceniony istotny detal - sznurek, zamiast sznurówki w bucie aktora; Pan Wajda dodał jedynie: - To było w Londynie, to się pochwal!
Co do ogólnych wniosków na temat kondycji samego teatru i scenografii, jeszcze ich nie wysnułam na tyle, żeby się podzielić.
Dnia drugiego, awansowałam na drabince rzędowej. Zazwyczaj siadałam sobie gdzieś w połowie widowni, z boku... A wczoraj z rana, przyszłam dość wcześnie, zasiadłam sobie w drugim! A tam to zazwyczaj sami prelegenci. Pal licho, miałam bliżej do kawy. I tutaj kolejne wydarzenie z serii powalających na łopaty: obok mnie usiadła sobie prof. K. - i tak przez 3 godziny kolejnego panelu dzieliła się ze mną swoimi wtrąceniami i żartami, dziękuję bardzo, to nawet lepsze od Wajdy. Panel dotyczący kostiumu i ciała w scenografii rozpisany mam najbardziej, nader intrygująca sprawa.
Jak nam się skończył panel praktyków - rozmów scenografów i reżyserów na szczycie - można było uspokoić neurony. Ale wtedy okazało się, że jest cały łańcuszek osób, które chcą porozmawiać. A to kojarzę cię z UJotu, a to to, a to tamto. A tam jeszcze Jan Klata się przewinął. Generalnie to sympatycznie. Jako już wszyscy sobie poszli, stwierdziłam znów sławetne
now or never - pobiegłam do prof. K - podziękowałam, pogratulowałam, zostałam uściśnięta i pobłogosławiona.
- Znów się pani za bardzo teatralizuje!
- To źle, pani profesor?
- Nie, nie, tak sobie żartuję. To dobrze, że sobie Pani to wszystko ponotowała.
- Tak, to niesamowicie inspirujący natłok myśli teatralnych.
- To dobrze. Gdyby potrzebowała Pani jakiegoś uzupełnienia, zapraszam do siebie...
Oj, nie wiedzą, co czynią; On widzi i nie grzmi.
A, jakby tego było mało, po powrocie do domu, otworzyłam sobie pocztę, a tam kaboom, zakwalifikowałam się do następnego etapu konkursu fotograficznego w
Festiwalu Synestezje.
A jakby tego było mało, już przez sam fakt kwalifikacji - dostanę wejściówkę na wydarzenia, w tym dwa koncerty; które oczywiście nakładają mi się na Festiwal Boska Komedia - konflikt tragiczny Maria Peszek czy pięciogodzinny spektakl Warlikowskiego?! I CO TERAZ.