czwartek, 29 listopada 2012

044

Czy to jest tak, że wreszcie staje się osobą, jaką zawsze chciałam być, czy byłam nią zawsze- ale nieświadomie bądź bardzo skromnie? Nie wiem, ale zaczynam się z tym i sobą czuć całkiem nieźle.
Zakładając, że to faktycznie ja, a nie wytwór mojej wyobraźni. Tak czy tak, powinno się to jakoś razem składać w jedną całość. Chyba, że ma się schizofrenię. Albo mniej skrajnie- bardzo zachwiane poczucie własnej wartości. Od dawna się do siebie dobijam. Zaczęłam wreszcie zadawać pytanie 'co jest grane?' nie tylko wszystkim cierpiącym na około, ale samej sobie. Czasami nawet zyskuję logiczną odpowiedź.
To się chyba bardzo ma do tego mojego studiowania. Bardzo bym się bez tego zagubiła w życiu, no i nie wiadomo też gdzie i jakbym skończyła. Nie, żebym teraz wiedziała, ale przynajmniej trzymam się jakiejś (co prawda bardzo ledwo przetartej) ale jednak ścieżki. Reasumując, działam teatralnie i fotograficznie, jak zauważyć można- czasami też pisuję. Chyba wszystko jest na swoim miejscu, co?
No jasne, że nie, bo wciąż pozostaje ta jedna "rysa na szkle" - ale póki co, ładnie ją poleruję.

wtorek, 27 listopada 2012

043

Punktem wyjścia i zaczepienia na najbliższe pare tygodni będzie nauka jazdy samochodem. Wyruszam, parkuje, ruszam, cofam, wyjeżdżam, zajeżdżam. Niesamowita nauka samokontroli i takich tam różnych. Absolutnie się nie chwaląc, idzie jedzie całkiem dobrze.
Poza tym, lista książek do kupienia/wypożyczenia/kradzieży wciąż bardzo niebezpiecznie się wydłuża. Zakładając, że się nimi nigdy nie znudzę, jedynym czynnikiem, który może mnie powstrzymać są minusy, plusy, ich mieszanka, bądź całkowita ślepota.
Może powinnam zamieszkać w bibliotece.
Albo chociaż u kogoś, kto taką dysponuje.

poniedziałek, 26 listopada 2012

042

Padam, padam- czyli decyzja o nauce języka francuskiego oficjalnie zapadła. Pozostaje jedynie kwestia znalezienia kogoś nader cierpliwego i anielskiego, coby poradził sobie z takim matołkiem jak ja. Językowe niuanse bowiem bardzo bruździły mi przy odbiorze dwóch kolejnych spektakli:

{23.11} Figuren Theater Tubingen & Compagnie Bagages de Sable & Theater Stadelhofen-
Hotel de Rive - Giacomettiego okres horyzontalny  [Niemcy-Francja-Szwajcaria] {film}

Mała notka na wstępie: twórczość Alberto Giacomettiego do zapoznania i przyswojenia. Szybkość i niedokładność tłumaczeń, które pojawiały się nad sceną bardzo mnie rozpraszały, a moje przeczucie mówi mi, że to zdecydowanie coś, co warto poznać. Bardzo to Beckett'owskie i dające do myślenia, lubię. Warstwę tekstową póki co muszę zostawić na bocznym torze, jak zatem wizualność i oprawa muzyczna? Bardzo akuratnie, przynajmniej do moich gustów. Znów objawia się moja tendencja do 'mniej znaczy lepiej', więc parę elementów  wydawało mi się zupełnie nie współgrać. Tak czy tak, kunszt marionetki (sam jej wygląd!) oraz aktorskie wyczyny Patricka Michaelisa było naprawdę niesamowitym przeżyciem wizualnym.

Les Ateliers du spectacle -
A distances  [Francja]  {film}
Ach, i to właśnie to, na ca mniej lub bardziej świadomie czekałam cały tydzień! To moja osobista *gwiazda festiwalu*! Jean-Pierre Larroche dokładnie trafił w sedno całego mojego jestestwa i wizualnego poznania. Gdybym tak tylko po francusku mówiła, moim zachwytom nie byłoby końca (umknęła mi cała zabawa słowotwórcza, która zapewne była arcy zabawna) Więc zdana byłam tylko na własne domysły i lektora zamykającego spektakl. Swoją drogą, tekst, który czytał był niesamowity (aż zapisałam sobie, że to Paul Valery- i dziś idę szukać go w bibliotece). Zabieram się do tłumaczenia, co mnie tak uwiodło w tym spektaklu. Ot, nie co- a raczej- kto- sprawa oczywista, że sam twórca pomysłu i wykonawca. Jean-Pierre to cudowna osobowość sceniczna. Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu i jeszcze w odpowiednim otoczeniu. Bawi się przedmiotem, a raczej całą swoją rupieciarnią, oraz samym widzem. Nie wkłada w to żadnego wysiłku, nie gra. On po prostu jest, wszystko wychodzi mu bez wysiłku- co nie znaczy, że nie jest zaplanowane. To kolejny jego kunszt- całe rozpracowanie maszynerii, gagów, sznurków i tasiemek. Jest artystą nietuzinkowym- bardzo czułym na detal, co więcej- aktywnie tworzącym. Na naszych oczach maluje swoje dwa wielkoformatowe portrety. A przyznać muszę, że dla mnie nie ma nic bardziej atrakcyjnego i fascynującego niż obserwowanie momentu twórczego, szczególnie tak udanego.   
Larroche otwiera przed nami drzwi do szafy, w której trzyma swoje ulubione rzeczy, mniej lub bardziej przypadkowe. Kreuje nimi świat, który staje się odzwierciedleniem jego samego. Czuje się zaszczycona tym, że mogłam tam wejść i ja. 
 

niedziela, 25 listopada 2012

041

Przelała się własnie czara mojej goryczy. Czytam artykuł "Aktywność kulturalna" Tomasza Szlendaka i z emocji, które mi przy tym towarzyszą najgłośniej kołata się we mnie strach. Czuję autentyczny przepływ paniki- to wszystko, czego chcę od życia może już na mnie nie czekać-  zmienia się, a co gorsza- w końcu przestaje istnieć.
Teatr i Aktora wypiera centrum handlowe i Zygmunt Hajzer, obrazy Młodej Polski – batmobil sklejony z tektury. Boli mnie właśnie to, że przykład wyciągnęłam z wczorajszego dnia- przechodząc przez M1, natknęłam się na stylowego reklamatora proszku do prania, który przekonywał mnie do promocji odkurzacza.
Dlaczego mnie to tak uderzyło? Ponieważ wydarzyło się to po drodze na Festiwal Pro FORMA Teatru Groteska. Przeszłam przez jedną rzeczywistość, by wpaść w tą drugą. Absolutna skrajność rozrywa moją jaźń. Jak uciekać od czegoś w czym na co dzień egzystuję? Jak pokazać absurd ludziom, którzy utonęli w nim po uszy, co więcej- czerpią z tego satysfakcję.
Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że należę do jednego z ostatnich bastionów broniących Sztuki. Czy będziemy w stanie utrzymać ją przy życiu? Czy ustawimy wystarczająco mocną tamę, by nie zalała nas tandeta życia codziennego? 'Wszystkożercy kulturalni' naprawdę mogą nas pożreć żywcem.
Odnosząc się do głównej tezy artykułu, przyczyną całego zła są okrutne luki w edukacji, które wytwarzają późniejszą bierność. A wszystko zaczyna się od 'gimnazjalnej czarnej dziury kulturalnej' - z czym absolutnie zgadzam się na własnym, nie tak dawnym doświadczeniu. Dlaczego traktuje się ludzi w tym wieku jako nic niewartą hołotę? Dlaczego każe im wierzyć się w ich niższą pozycję społeczną? Dlaczego wciąż ciągnie się ich w dół, każąc im wierzyć, że ich nie wiedza jest ich winą. Przecież oficjalne badania wykazują, że człowiek w okresie dojrzewania jest z automatu zniechęcony życiem, cierpi na ogólne 'nie chce mi się'. To właśnie obowiązkiem nauczycieli jest zachęcanie do- już nie samej nauki- ale do po-zna-nia.
Nie kategoryczne nakazywanie czytania lektur- a zaproponowanie innych gatunków i konwencji. Rozszerzenie schematów, które nie są przecież pragmatyczne. Powiedzieć o Wyspiańskim, oczywiście, ale pokazać też sylwetkę Banksy'ego, który zdecydowanie bardziej do nich przemówi. Kontrapunkty można włożyć do każdej dziedziny nauki- zwykłe urozmaicenie zdecydowanie by pomogło.
Proste pytanie 'a co wy czytacie?' na początku lekcji- łamie barierę, rozbudza i zachęca. Można pochwalić się czymś, czego nie znają inni, spróbować przekonać do danego filmu czy książki,  która bardzo nam się spodobała. Komunikujemy się, wymieniamy poglądami i pomysłami, uczymy się asertywności, a nie zasypiamy na siedząco, bo "Słowacki wielkim poetą był".
Nie rozumiem dlaczego dopiero na studiach zaczyna mówić się do młodego człowieka bezpośrednio. Jest on metrykalnie za stary na schematyczne traktowanie? Nie mieści się do szufladki 'dziecko'?
Ja osobiście wciąż przeżywam szok, kiedy ktoś chce poznać moje zdanie. W gimnazjum nigdy nie zapytano mnie o nic ponad definicję trójkąta pitagorejskiego, a już wtedy czytałam i podziwiałam Pawlikowską, o której chętnie bym z kimś porozmawiała. W szkole średniej poznałam jednego człowieka, który traktował mnie poważnie, za co wdzięczna mu będę do końca życia. Zdałam sobie sprawę, że jednak moje zdanie i umiejętności się liczą, co więcej- są doceniane.
Przecież to nie ujmuje na honorze, takie pochylenie się nad uczniem i zapytanie co słychać. Dlaczego od początku pozbawieni jesteśmy zwykłych ludzkich odruchów? Przechodzą obok nas, ustawiają jeden obok drugiego, wszystkich na to samo podobieństwo, cegiełki na mur.
Tylko od zrządzenia losu zależy, czy na naszej drodze pojawi się ktoś, kto wykonuje zawód z powołania. Ktoś, kto chce faktycznie nauczyć i ukształtować. Ktoś, kto sam interesuje się czymś ponad podręcznik do przedmiotu, którego uczy, słucha Led Zeppelin'u i Pink Floyd'ów- jest człowiekiem z krwi i kości, jest wzorem.
Zboczyłam z tematu, ale chyba dotarłam dzięki temu do sedna. Młody człowiek potrzebuje wzoru do naśladowania, jeśli nie znajdzie go w domu, przylgnie do pierwszej lepszej grupy na podwórku czy w klasie. Jeśli jednak ma w sobie odrobinę samozaparcia i świadomości- znajdzie wzór gdzie indziej, a tym miejscem właśnie powinna być szkoła. Tam ktoś powinien się nim zaopiekować, wskazać drogę- a jeśli trzeba będzie, to sam będzie mu tę drogę torował.
Najważniejsza świadomość to ta, kiedy możemy na kogoś liczyć. Wtedy my sami zmieniamy nastawienie, chętniej się otwieramy, współpracujemy, a w końcu- uczymy się.

sobota, 24 listopada 2012

040

Zmęczenie daje się we znaki- wydaje mi się, że to raczej sprawa psychiczna niż fizyczna, tak czy tak- nawet kawa nie pomaga. Zaczęły pojawiać się filmiki, zatem kieruję Was do fragmentarycznego zobaczenia o czym mówię: 5. Dzień Festiwalu

{21.11.} Scena dla dorosłych Teatru Groteska -
Hommage a Chagall.

Czyli multimedialność na salonach. Audiowizual trzymający w ryzach spektakl, bardzo ładnie wplatany  i współgrający z całością. Rzeczywisty kunszt aktorski - opanowanie multum kostiumów, postaci i lalek. Delikatność, mglistość, realność, sen i jawa. Gospodarze na prawdę mają się czym pochwalić- trzymając poziom, a może nawet go wyznaczając. Na więcej zdobyć się nie mogę, póki nie zapoznam się z historią i twórczością Chagalla. Ale jeśli brać pod uwagę moje odczucia wyjęte z kontekstu- cudowna plastyczność obrazu sprawia, że spektakl przestaje być spektaklem- przeradza się w cudownie kolorowy, autentyczny świat, w którym wszystko jest możliwe, a uczucie człowieka - głównie miłość- jest w stanie przezwyciężyć wszystko, tworzyć wszystko, być wszystkim.
Groteska już wie, że liczyć na mnie może. Będę zaszczycona, jeśli nasza współpraca nie zakończy się po Festiwalu. Tak czy tak, nie mają wyboru- będę ich często nawiedzać.


Compagnie Mossoux- Bonte-
Magnetic Bodies.   [Belgia]

Niby to zaskakujące, jednakże wciąż jakoś dziwnie znane- balansowanie na granicy tańca i teatru. Przemycana historia jak najbardziej jest mimesis tytułu spektaklu. Teatralizacja szeroko pojętego życia społecznego, konwenansu, kontaktu, zależności, świadomości. Zbliżanie się i oddalanie, błądzenie i szukanie, spotkanie i rozstanie- miniatura życia ludzkiego. Zatem, jeśli znajdujemy się przy formie miniatury- całość momentami faktycznie była zbyt przydługa- skrócenie scen dodałoby zdecydowanego dynamizmu, miałoby większy wydźwięk. Z drugiej jednak strony, ta delikatność i monotonia budzi dziwny lęk i niepokój, może nawet przyzwyczajenie? Coś, przed czymś powinniśmy się wystrzegać?


Sam spektakl dział się w Teatrze Ludowym najukochańszym. Melancholia mnie dopadła, wciąż podpowiadając mi: ach, to tutaj był twój debiut sceniczny, spójrz, wystąpiłaś na scenie, po której chodzą teraz prawdziwi aktorzy.
Z drugiej jednak strony słyszałam też: ale jak dawno temu to było, hm? Byłaś wtedy w ogólniaku, teraz jako studentka powinnaś zrobić coś nowego.
Może i racja.

środa, 21 listopada 2012

039

Jeśli tylko człowiek ma jakieś zajęcie, ba - robi coś co naprawdę uwielbia- chwila nieuwagi i nie wiadomo nawet jaki mamy dzień tygodnia. Upewniam się, że jest środa, co więcej na Uczelni mam pojawić się dopiero na 15stą. Co oczywiście nie daje mi możliwości plażowania do południa, a raczej sposobność do odwiedzenia biblioteki bądź też dalszą walkę z wiatrakami Freud'a.
Póki co, poranna kawa, czyli przepisowe 5. minut dla mnie- rozsupłanie zbiegowiska wydarzeń, uczuć i opinii o spektaklach, które ostatnio widziałam. [film: półmetek Festiwalu]

{19.11} Compagnie P.P Dream & Gilbert Peyre -
Kupido. Właściciel mieszkania położonego w piekle i w raju.
[Francja]
Surrealizm w czysto-teatralnym wydaniu. Wszystko jak najbardziej na swoim miejscu i poza nim. Szafa, człowiek, lalka, głowa, świnia, talerz, trzewiki, królik, kontrabas. Wyraz, dźwięk, forma. To wszystko i w zasadzie nic- przemyca historię, bezczelnie prowokuje, wkrada się do podświadomości, śmieszy i przeraża.
Każda rupieciarnia, rozczłonkowanie, nieład- ma swoje zadanie. Kwestia gustu- czy przeszkadza czy pomaga. Jedno pozostaje bezsporne- na pewno działa.
Gilbert Peyre zaprasza nas do swojego wesołego miasteczka - kpi czy wzbudza empatię?
Porusza- nas i w nas. Jak precyzyjny zegarmistrz zagląda do naszego wnętrza, otwierając drzwiczki, do których zazwyczaj nie mamy klucza. Nakręca śrubki, o których istnieniu zazwyczaj nie mamy pojęcia. Zdecydowanie jest mistrzem w swoim fachu.



Teatr Giocco Vita & Imperfect dancers -
Sen nocy letniej. Na ciała i cienie.
[Włochy]

Lekka, cudowna i baśniowa gra świateł i ludzi. Po raz kolejny spektakl w nie znanym mi języku. Nie mam zamiaru czytać objaśnień i konspektów- zostanę przy tym, co sama wykoncypowałam i wymarzyłam. Marzenie- chyba właśnie o to tutaj chodziło. Wzbudzanie poczucia dziecinnej, lecz nie naiwnej lekkości- fantastyczna gra świateł, kolorów i postaci. Dwie pary zakochanych, walka dobra i zła- baśniowe wróżki i diabeł. Historia rozstania, poszukiwania- miłość, przyjaźń, przywiązanie. Co zdecydowanie przykuło moją uwagę to ciekawe zagospodarowanie przestrzeni scenicznej przy właściwym braku scenografii. Cały świat tworzyły postaci i ich taniec- oraz gra światło-cieni. Nakładające się na siebie, wirujące i pełne kolorów. Cienie postaci raz budzą niepokój, a raz zupełny zachwyt- grają wspólnie, przeciw sobie i dla siebie.



{20.11} Oorkan - Box Brothers  [Holandia]

Do zakochania jeden krok, czyli urocza historia czterech Braci Skrzyniowskich. Czym tak bardzo podbili moje serce? Raz- zdobyli się na naukę tekstu po polsku; dwa- to duzi chłopcy, potrafiący bawić się i innych. Energia, rytm i humor - to główne zalety, które tak bardzo w nich uwielbiam (bo ukryć się nie da, że od wczoraj jestem wielką ich fanką). Występ sprawia, że do prawdy nie da się usiedzieć na miejscu- tym lepiej dla mnie, bo stałam- czysto teoretycznie. Po prawdzie, to tupałam, klaskałam, dygałam i się śmiałam. Wspaniały dowód na to, jak nie wiele potrzeba, by dobrze się bawić. Box Brothers to parada muzykalności, pomysłowości i wielkiego dystansu do siebie. Takiej machiny nie trzeba sztucznie napędzać- to wszystko dzieje się samo- z bardzo roześmianym skutkiem. 


Zimmermann & de Perrot -
Chouf Ouchouf w wykonaniu Groupe acrobaticque de Tanger [Szwajcaria-Maroko]

Tutaj muszę przyznać, że ten spektakl to dla mnie niemała zagwozdka- chociaż nie taka jak z perską operą. To chyba nie moje rejony poznawczo-estetyczne, co nie zmienia faktu, że doceniam kunszt tej performatoryki. Historia osadzona w czasie i przestrzeni, o których nie wiem zbyt wiele - dlatego też pewnie nie wyłapałam głównego przekazu, a raczej pewne drobne szczegóły. Co chyba samo w sobie jest sporym osiągnięciem, bo nazwa spektaklu to arabskie wyrażenie, które znaczy "spójrz, ale popatrz naprawdę uważnie!" 
Ciało, przedmiot i muzyka nawzajem się tutaj ogrywają. Punktem wyjścia jest fizyczność, kunszt akrobatyczny- doskonałości i braki ludzkiego działa, a w szerszym aspekcie: umysłu.
Całość owiana jest żartem w tonacji groteskowej. Dominują kontrasty i sprzeczności- harmonia walczy z nieładem, człowiek z przedmiotem, ciało z umysłem.

poniedziałek, 19 listopada 2012

038

Wczorajszy dzień to zdecydowanie ten w deseń 'szalone przygody krakowskiego studenta'. A więc, na początku był chaos, z którego wyłoniła się w miarę ubrana i uczesana Klaudia. Następnie, po złym odczytaniu zegarka (ot, zdarza się najlepszym, szczególnie studentom) biegiem slalomowym dobiegła na przystanek, gdzie okazało się, że przybyła na dwa tramwaje za wcześnie, ach ta produktywność.
Nic to, czekała grzecznie układając listę odtwarzania, gdy nagle dostrzegła znaną twarz. Szybkość myślenia (haha) pozwoliła jej po paru minutach dopasować nazwisko i CV osoby. Koleżanka z przedszkola, podstawówki, okazjonalnie z gimnazjum- nie widziana 4 lata. Jak najbardziej chaotyczna rozmowa 'kopę lat' 'co u ciebie' 'gdzie studiujesz' - roztrajkotane wsiadają do tramwaju, gdzie kontynuują lawinę zdań. Prae przystanków dalej wsiada osobnik z walizką i gitarą, zdecydowanie ubiorowo typ artystyczny. Kątem oka dostrzegam, że się nam przygląda- po chwili potwierdza moje podejrzenia i zagaja rozmowę. Łapie mój identyfikator z uroczym napisem: Materia Prima FORMA. 2. Międzynarodowy Festiwal Teatru Formy |Obsługa Widowni| I wykładając kawę na ławę pyta, czy nie szukam innych zleceń, i o niebiosa! płatnych. Dochodzę do wniosku, że to miła odmiana, więc właściwie to czemu nie. Stara znajoma okazuję się być wokalistką- tajemniczy jegomość również i ją zaprasza do współpracy. Tłumaczy nam zasady działania zespołu, a raczej ich zupełny brak. Rodzaj jam session, luz i inwencja twórcza. Wchodzę w to.  Świetnie, jesteśmy umówieni w mojej ulubionej knajpce. Zostało nam jeszcze parę przystanków, dowiadujemy się tego i owego o światopoglądzie naszego rozmówcy. Nazwa zespołu? Revolta- błąd w kodzie. Aha. Dlaczego? Bo świat jest pełen sprzeczności, które trzeba naprawić, a jak nie to chociaż wykorzystać. Przykład? Monety groszówki- ich nominał jest tańszy niż sam kruszec - zbieramy, kiedy się opłaca- przetapiamy i wpuszczamy do obiegu w innej postaci- błąd w kodzie. Cóż, robi się ciekawie. Czy wiem jak ogarnąć widownie? Dzisiaj idę pierwszy raz, ale się nauczę. Świetnie, cieszę się, że na siebie wpadliśmy. Koleżanka jaki właściwie rodzaj wokalu? Wymiana zdań na tematy mi nie znane. W każdym bądź razie dlaczego ja uczestnicze w projekcie jako wolontariusz? Nie potrzebuję pieniedzy? Robię źle czy dobrze? Okazuje się, że jedynym moim blędem jest brak miliona złotych. Gdybym je miała, miesięczne odsetki pozowliłyby mi na spokojne i dostatnie życie, wtenczas mogłabym uczestniczyć w wolontariacie- błąd w kodzie. Aha. Kontynuując wątek pieniędzy- im częściej się ich pozbywamy całościowo- tym częściej do nas wracają. On na przykład przy sobie ma 20 zł a na koncie debet 50 zł. Zawsze stara się kłaść bez pieniędzy, żeby nowy dzień faktycznie był nowy- unikanie błędu w kodzie. Jak właściwie ma na imię? Remigiusz. Ale zmienia. Na? Revolta. Żeby nie było błędu w kodzie. Gdy się przedstawia dostajemy mylne informacje- po co tyle danych? Skoro Revolta przedstawia go całościowo, tak właśnie będzie się nazywał, i tak będzie miał w dowodzie. Mieszka z dziewczyną, z którą nie jest w związku monogamicznym- nie ma błędu w kodzie. Wszystkim się dzielą. Po co dwa konta bankowe i dwa piny? Mają jeden- nie ma błędu w kodzie. Przystanek, musimy wysiadać. Revolta idzie załatwić koncert, a ja zastanawiam się ile jeszcze w moim życiu spotkam błędów w kodzie.

Po tak bogatej w neurony rozgrzewce, pędzę do Groteski. Ah, nie wspominałam? Wkręciłam się jako praktykant na tygodniowy Festiwal. W teorii- obsługuję widownię, w praktyce- oglądam spektakle za darmo i poznaje cudownych ludzi. To chyba nie błąd w kodzie?
W każdym bądź razie repertuar na dzisiaj: Aran Pupper Theater - Aszura. Opera marionetkowa w języku perskim. Gdyby ktoś powiedział mi tydzień temu, że będę oglądała coś takiego, nie uwierzyłabym, że w ogóle istnieje. Ale istnieje, jak najbardziej. Zacznę może od tego, że to moje pierwsze zderzenie z faktycznym teatrem lalki- więc, mamy pierwszy szok. Następny człon nazwy to- opera (umm nie przepadam), no i słowo klucz- po persku. Urocza całość, nieprawdaż?
Jak wrażenia? Sama jeszcze nie wiem, ale mam pewne spostrzeżenia: Kiedy pozbawiona zostaje punktu odniesienia, który znam- zaczynam szukać innych i kurczowo się ich czepiać. Szukam logiki- wyjaśniam przyczynę i skutek, czas i przestrzeń - wymyślam własną historię. A kiedy zaczynam się nudzić, albo po prostu nie podołam- koncentruje się na postaciach lalek, scenografii.
Bombardowana językiem perskim, wzniośle i głośno wyśpiewywanym- staram się ograniczyć działanie narządu słuchu- wtedy właśnie uaktywnia się i wyostrza wzrok. Dostrzegam żyłki, na których wiszą lalki, zastanawiam się skąd i dokąd tak właściwie prowadzą. Czy to możliwe, żeby jedna osoba mogła nimi poruszać? Te delikatne ruchy dłoni, zgięcia stawów, dygnięcia głową- wymagają niesamowitej precyzji i wyczucia, jak pogodzić to logistycznie, jak się nie zaplątać- to daje do myślenia. Tak samo jak scenografia, plany bliższe i dalsze, detale, kolory, FORMA.
Czyżbym dokonała epokowego odkrycia? Nie, to wiedzą wszyscy, którzy zajmują się teatrem. Cieszę się jednak, że dotarłam do tego w ten sposób, na własną rękę i mózg.

czwartek, 1 listopada 2012

037



Kolejna pozycja w deseń 'może w końcu zrozumiem o co mu do cholery chodzi'.
Przez autobiografię Dali'ego przeszłam- więc nic mnie już nie zaskoczy. Chyba.

W każdym bądź razie sytuacja 'Klaudia kontra Picasso' zaczyna się powoli rozjaśniać, a przynajmniej nabierać rumieńców.
Olśniło mnie kiedy to autorka książki wspomina o powstaniu słynnych 'Panien z Awinionu'. Okazuje się bowiem, że Pablo spędził dość sporo czasu na samym planowaniu i szkicowaniu ów obrazu, co w jego przypadku i upodobaniu do 'szast prast i dzieło 2 na 3 m jest gotowe' jest dość zaskakujące. Udało się za 9-tym razem, a i tak mało wspólnego miało z wcześniejszymi planami. Ale do rzeczy, przytoczę tutaj zdanie, które wszystko zmieniło:
Krok za krokiem Picasso zbliża się do wizji pokrewnej prymitywnej percepcji, a jeżeli kroki te zaprowadzą go kiedyś na manowce, to jednak stale idzie w tym samym kierunku. Dla dokonania ostatecznej zmiany obiera sobie jako punkt oparcia sztukę, której bogi nie były stworzone na podobieństwo ludzkie ani łatwo rozpoznawalne, ale wyrażały odwieczne lęki, tajemnicze groźby wiszące nad ludzkością, gdzie wierzenia oparte były na grozie i strachu. 
Następnie zacytowane są słowa samego mistrza o tym jak sam tytuł obrazu go drażni, ponieważ nie jest jego własnym wytworem. Mnie osobiście też zupełnie nie przystawał- moje pierwsze skojarzenia prowadziły do czegoś romantycznego albo prosto do średniowiecznych tapiserii. Stąd całe moje zakłopotanie

Oraz cytat klucz:
"Wobec tego, że kolor tych malowideł stanowi właściwie jedynie wskazanie różnorodności perspektywy i nachylenia płaszczyzn w tym lub owym kierunku, wystarczyłoby wyciąć te malowidła i złożyć je następnie wedle wskazań podanych przez kolor, aby stały się one rzeźbą."



__________
A dlaczego akurat Picasso? Cóż, zazwyczaj muszę zgłębić coś czego nie rozumiem, bo mi to spokoju nie da.
Poza tym, jak zwykle to kwestia zbiegu przypadków. Ot, zapatruję się w sir Anthonego Hopkinsa, co oznacza, że oglądam większość jego kreacji aktorskich. Co prowadzi mnie od filmu "Picasso- twórca i niszczyciel". Budzi on we mnie sprzeczne uczucia, co nie wyklucza ogromnej empatii i zostaje gdzieś w podświadomości. Następnie zupełnie randomowo natrafiam na książkę w bibliotece. Wątki się łączą, słychać urocze 'dyng' i zapala się żółta lampka.