piątek, 30 stycznia 2015

wydano listy Beksińskiego. po raz pierwszy od dawna (a w dyskursie tym siedzę dość długo, w samym zeszłym roku chodziłam na kurs o autobiografii) zdarza mi się poważne zawahanie. czy tak można? raz, to wydać; dwa, to czytać?
czy ja mogę? czy jestem gotowa? kto za tym stoi? dlaczego właśnie teraz? po tych dramatycznych pytaniach przechodzę do bardziej praktycznych, czy mogłabym wygospodarować na to [kolejne] 60zł? moja ciekawość autora kiedyś mnie zgubi. chciałam napisać zabije.
kwestia do rozstrzygnięcia we własnej świadomości.

do centrum pojechałam dzisiaj czternastką, co znaczy: raz, jeden z nowszych [czystszych] tramwajów; dwa, nowszą [nie zajeżdżoną jeszcze przeze mnie na amen] trasę. i tutaj, pozytywne zaskoczenie własną percepcją. zapewne to również kwestia miękkiego i ciepłego światła porannego, a może właśnie na chwilę wyłączył mi się automatyzm - w każdym razie, to było naprawdę ładne. tak ładne, że odnotowałam reminiscencje paryskie na siatce wyobraźni. obiecuję to sobie od dawna, więc znów to podbiję i obiecam na nowo - zabierać ze sobą aparat.

kawusia, parapet, lingwistyka i socjologia.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

jednym z plusów odnalezienia starej-nowej em-pe-trójki jest zgromadzony na niej materiał. dzisiaj cieszyłam się jak dzieciak [a może właśnie jak ja] kiedy z każdym nowym utworem konotowały się na mnie/we mnie te wszystkie reminiscencje. joni kochałam/kocham miłością ogromną. dzień, w którym Meryl w jednym z wywiadów zaczęła śpiewać początek poniższego utworu był dniem pięknym. starzeje się i umieszczam w zupełnie nowych kontekst, kopiuję zatem tekst, ku szczególnej rozwadze. 





I am on a lonely road and I am traveling

Traveling, traveling, traveling
Looking for something, what can it be
Oh I hate you some, I hate you some, I love you some
Oh I love you when I forget about me



I want to be strong I want to laugh along
I want to belong to the living 
Alive, alive, I want to get up and jive
I want to wreck my stockings in some juke box dive
Do you want - do you want - do you want to dance with me baby
Do you want to take a chance
On maybe finding some sweet romance with me baby
Well, come on



All I really really want our love to do
Is to bring out the best in me and in you too
All I really really want our love to do
Is to bring out the best in me and in you
I want to talk to you, I want to shampoo you
I want to renew you again and again
Applause, applause - Life is our cause
When I think of your kisses my mind see-saws
Do you see - do you see - do you see how you hurt me baby
So I hurt you too
Then we both get so blue.



I am on a lonely road and I am traveling
Looking for the key to set me free
Oh the jealousy, the greed is the unraveling
It's the unraveling
And it undoes all the joy that could be
I want to have fun, I want to shine like the sun
I want to be the one that you want to see
I want to knit you a sweater
Want to write you a love letter
I want to make you feel better
odnaleźć swoje miejsce w dyskursie jest trudno, tym bardziej w metodologii rodem z XX wieku. jest trudno, zważając na moje ostatnie napady paniki i przerażenia związane z ilością materiału i personą egzaminującą; ale, nie jest to niewykonalne. tak więc, odnajduję swoje miejsce w dyskursie. siedząc w pidżamie na łóżku, czekając, aż będę mogła spłukać odżywkę z włosów.
miałam takie trudności ze znalezieniem dla siebie miejsca, bo nie byłam wewnątrz-tekstu. dosłownie. miałam notatki, teksty pośrednie [uwaga, nie chodzi mi o źródłowe, chyba jeszcze trochę minie, zanim zabiorę się za czytanie Heideggera samego w sobie] - ale taki tekst podręcznika już całkiem znacząco przybliżył mnie do treściwości.
ważne są także archiwalia. nie lubię tekstów bez twarzy, nie lubię nazwisk bez imion. nie znaczy to, że widząc zdjęcie Heideggera, nagle zrozumiem założenia hermeneutyki, ale będzie mi do tego znacznie bliżej.
bo ja to chyba tak po bachtinowsku, do drugiego człowieka zawsze ciągnę; no i całkiem hermeneutycznie, najlepiej znajduję się w języku i interpretacji.
o proszę, mówię dyskursem, może coś z tego egzaminu będzie, oczywiście, jeżeli nie zapomnę tego wszystkiego do czwartku. i jeżeli M. nie zniszczy mnie swoim dyskursem i tymi wszystkimi okropnie mądrymi i skomplikowanymi pytaniami. 
kawa, śniadanie, zajęcia.

sobota, 24 stycznia 2015

czy wiecie państwo, że Louvre udostępnia zwiedzającym tylko 8% swoich zasobów? moja fetyszyzacja archiwalna napawa się histerycznie. ostatnio w planach miałam posprzątanie na tablecie, bo znajoma-dobra-i-urocza-duszyczka podesłała mi link do darmowych publikacji muzealnych, więc pasuje to wszystkie gdzieś upchać.

mam dywan z kserówek, chodzę po podwalinach feminizmu. nie no, przepraszam, moja niechęć kierowana jest na sam przedmiot akademicki i na wykładow...czynię, nie na ten kawał kobiecej historii. zbieram się z tym kieratem, jadę na wieś, mam nadzieję ogarnąć tam trochę.

kupiłam krem do twarzy z białej herbaty. ja i moja twarz jesteśmy zadowolone.
dopadł mnie mały ból gardła, bo M.
zakopię się w kołderkach i kotach i będzie lepiej, cześć.


piątek, 23 stycznia 2015

czytam tomik poezji wydany w 2012 roku, tak w XXI wieku też piszemy wiersze.
czytam, bo muszę na zajęcia. czytam Bargielską bez znajomości Bargielskiej. nie mam pojęcia kto i co, tym bardziej, dlaczego. więc czytam, zbyt szybko, prozaicznie.
pdf, z którego czytam, własnie się zaciął. tak, zgadzam się, czytanie z pdf-a nie jest czytaniem, a poezji to tym bardziej. cóż poradzić, materiały dydaktyczne tak mają.



***
Suzanne


Jest bez reszty skupiony na sobie
i wyraża to, wspominając poszczególne części
mojego ciała. Ja też już nie bardzo pamiętam, jak wygląda.

Jednak wychodzę do ogrodu, skoro mogę.
Nie sądziłam, że istnieje tyle nocnych zwierząt.
Tyle pierwotnych robaków i rodzajów ciemności.

***


cytowanie poezji nie jest właściwie cytowaniem, to gest dużo bardziej dramatyczny i gwałtowny, niż zwyczajne cytowanie prozy. wydzieram jakąś całość, zbyt intymnie naruszam.
pomimo oczywistej i nieskrywanej niechęci do prowadzącej zajęcia, mam pomysł/zamysł, ba - mam obraz. zachowam dla siebie, chyba, że będę musiała napisać recenzję.
czy ja nie prosiłam o kawę? Jakąś godzinę temu?


środa, 21 stycznia 2015

fajnie jest złapać za telefon i nie doznając żadnych urazów wewnętrznych (jak krwotok albo zawał) załatwić jakąś sprawę. państwo mogą nie kojarzyć, ba, czuć współczucie dla mojego sieroctwa życiowego, albo może trochę zażenowania, ale cóż, tak było. B-Y-Ł-O. to trochę nie-do-uwierzenia, trochę irracjonalne, trochę smutne, nie zmienia to jednak faktu, że mogę sobie za to dawać gwiazdki, bo cholera, zasłużyłam. i nawet jeśli to nie jest wprost proporcjonalne do włożonego w to wysiłku (bo ileż to złapać za telefon), to odkąd sobie tutaj rządzę, to tak właśnie będzie.

byłam też dzisiaj na dyżurze, nadrobić kwestię feministyczną. ponoć mam potencjał, ale proszę mi wierzyć, po przemaglowaniu tych wszystkich tekstów teoretycznych, mnie się po prostu nie chce zajmować jakiegokolwiek stanowiska. to się tak trzeba okopać teorią i dyskursem z każdej strony, że ja dziękuję, postoję. najlepiej w bezpiecznej odległości od tych wszystkich kobietystek, współ-sióstr, kobiet-pająków i innych, mniej lub bardziej podmiotowo czy cieleśnie zagrażających mi bytów.

bezczelnie przytwierdziłam plakat ze spektaklu ze Stenką do gwoździa na ścianie. lepiej, żeby wisiał tak, niż leżał nijak.
sporo piszę (i trochę nawet rysuję) w czarnym notatniku, poważnie te linijki we wcześniejszym tak mnie blokowały?

jutro na seminarium znów Kantor. wygadałam (wypisałam) się do M.
całkiem fajny z niego słuchacz (czytacz). potrafi, tylko mu się czasami wydaje, że nie potrafi.
muszę wybrać jeszcze jedną z brzydko-przedrukowanych fotografii ze spektaklu. z wyborem postaci nie miałam najmniejszego problemu. Wuj Karol i Wuj Olek i tak będą prześladować mnie do końca świata. a przynajmniej, będziemy spotykać się kilka razy w tygodniu na kawie.
Kraków, moi drodzy, Kraków.

wtorek, 20 stycznia 2015

dzisiaj zajęłam się tematem dorysowywanych brwi w tramwaju.
to znaczy, nikt na moich oczach nie dorysowywał brwi, ale to właśnie w tramwaju spotkałam pasażerkę, która takowe miała i bardzo mnie nimi zajęła.

uruchomiłam swoje [prawie profesjonalne i wyjściowe] pióro i zaraz zacznę robić notatki. skoro piszę tutaj, to znaczy, że czynność tamtą bezsensu odkładam na później. a jest już ciemno. ale trzeba jeszcze zrobić kawę.
ale co do piór, M. ma niesamowitą motorykę i dynamikę z tym związaną. dużo bardziej cieszy mnie taki, analogowy i pobrudzony atramentem, niż klikający na tablecie. takie tam fetysze. dzisiaj chwalił się, że czyta [na tablecie]. dopóki nie jest to książka w stylu retro, jakoś nie będę się tym afektować.

zabieram się za tekst na zaliczenie - Ciało w ciało z matką brzmi jego tytuł - nie wiem, czy jestem na to gotowa. dużą białą, proszę.

niedziela, 18 stycznia 2015

zagięłam czasoprzestrzeń. ileż ja spałam? Ponad 15 godzin? Z małą przerwą o 1 w nocy na przeczytanie kilku stron z Manna?
oj coś leniwa głowa mi się kiwa, kiedy wieje, wieje wiatr 
kawa, tak, śniadanie, nie jestem pewna. co do kawy. chyba raz, na przestrzeni kilku ostatnich lat świadomego spożywania kawy, nie wypiłam kawy.
są rzeczy lepsze od kawy.
trzeba by zrobić coś psiakość 
zdążę ze Śmiercią w Wenecji, zacznę NN.
licencjat zawieszony, mam czas, chyba.
trzeba by ale jak i gdzie 
dałoby się, ale nikt nie wie co
nie wiem, Panie Turnau, nie wiem. niech Pan sobie śpiewa, a ja postaram się jeszcze nadrobić z O. angielski.
postaram się też nie myśleć o tym, o czym myślę, o tym, o czym nie powinnam, chcąc produktywnie robić rzeczy. skrzypiący parapet i mniej skrzypiąca szafa, jako realne rozpraszacze dnia codziennego, witaj dorosły świecie.

środa, 14 stycznia 2015

spałam na paluszkach.
tych solonych.
chyba.

kupiłam kawiarkę, sporo czytania przede mną, więc sobie zaparzyłam, mniam.
w temacie pyszności, cytacik z de Certeau:

"Z jaką erotyką wiedzy łączy się ekstaza czytania podobnego kosmosu?

erotyka wiedzy brzmi nader przekonująco, nie sądzą państwo?
tak, mnie to trafia do przekonania. tak to się jakoś mówi? no, w każdym razie, właśnie zamówiłam całą książkę. takiego poruszenia serduszka to dawno przy tekście naukowym nie miałam. w ogóle, chyba, przy tekście. albo się starzeję, albo za dużo czytam, czy coś.
nie no, spokojnie, mam kilka książek nieakademickich, czekają na wakacje od dyskursu.


poniedziałek, 12 stycznia 2015

no, ale żeby z kawą pod prysznic?

i żeby Meryl nie dostała Globa? jak ja przez godzinę ściągałam wtyczki i inne dziadostwa na tableta, żeby zobaczyć kilka minut streamu? że tak oglądałam na A4, między Katowicami a Krakowem o 3 nad ranem?

że niby pojadę na zajęcia i wytrzymam do 18?

no i przede wszystkim, że niby nie da się wciągnąć ręcznika do suszarki nadpalając obydwa zaangażowane w tę czynność przedmioty?

dzień dobry.

niedziela, 11 stycznia 2015

wyjdę trochę wcześniej z domu, po drodze na dworzec kupię słuchawki. podróż bez muzyki, to nie podróż. kiedyś zainwestuję i kupię takie pro, pewnie takie, jakie ma S., bo się zna.
S. wczoraj znowu uratowała świat, z odmętów absurdu wyprowadziła mnie na spacer. mokra i ciemna Huta to fajna Huta, ale tylko wizualnie. wiał silny wiatr, a na Placu Centralnym, w jednym z mieszkań, lokator grał na akordeonie.

wieczorem nieoczekiwanie zadzwoniłam do nieoczekującego M.
nieoczekiwanie też uratował mi świat.

piję kawę i bardzo żałuję, że nie kupiłam ostatnio termosu. był ze Sparrowem, hał kul is dat. do Wrocławia zatem pojadę z ordynaryjnym sokiem. lubię takie wycieczki, lubię pakowanie; nawet jeśli to tylko jeden dzień, no dobra, noc też. o 4 nad ranem mamy wrócić.

na spotify dołapałam najlepszą listę ever. evening acoustic obowiązuje cały czas. co za okładki, co za muzyka; ja nie wiem co te ludzie takie kreatywne.

śniadanie.

sobota, 10 stycznia 2015

"Chciał się poruszyć, lecz nie mógł; poczuł niemal namacalnie, że pogrąża się w lodowatej wodzie. A przecież wszystko było nadzwyczaj spokojne. Od świata odgradzało go kilka centymetrów pustki, tworzącej wokół coś w rodzaju pancerza lub zbroi." 

wiedziała, że ironia losu zacznie pukać we framugę drzwi z większą częstotliwością niż zazwyczaj.
uśmiechnęła się, bo co innego mogła zrobić.
czekała na gotującą się wodę w czajniku.
Hozier bezsprzecznie wywołuje ciarki na plecach.
a Meryl. Meryl w uroczym szaleństwie promowania filmu bywa ostatnio dość często w tivi-szołach i raduje to serduszko me.
pogoda jest melancholijnie nieprzystępna, gapiłam się na kaloryfer chyba przez kwadrans. wmawiam sobie, że to kwestia załamań światła, i tak właściwie, to jest to naprawdę ładna forma przestrzenna. zresztą, co się będę tłumaczyć.

porobię jeszcze trochę rzeczy, potem może obejrzę film o Bukowskim.

Danuta Stenka gra spektakl w odległości jakiegoś kilometra w linii prostej ode mnie. trzymam kciuki.

słucham ostatnio cholernie dużo muzyki.
do tej pory to chyba raczej świadectwo samotności było. nie wiem.



wciąż nie wcisnęłam opublikuj, co chcę napisać?
czego ja chcę.

czy mogę marnować czas siedząc na parapecie. czy skończę czytać tę książkę.
czy napiszę w końcu coś konstruktywnego.
czy przestanę się zastanawiać, czy to w ogóle ma sens. czy przestanę się nad sobą użalać? czy przestanę to nazywać?


przed chwilą dodałam na fb wspomniane show z Meryl. właśnie dostałam powiadomienie, że znajoma udostępniła, dopisując, że znajduje się w kadrze na 27 sekundzie klipu.
znajomą poznałam na forum poświęconym Meryl.


usunęłam to.
czy mogę usunąć coś jeszcze?
siebie na przykład?
a wyciąć chociaż?
przekopiować do innego folderu?
kopiujwklejkopiujwklejkopiujwklejkopiujwklejkopiujwklejkopiujwklejkopiujwklej

piątek, 9 stycznia 2015

trzeba się zabrać za kolejnego Houellebecqa. Mapę i terytorium przeczytałam jakiś czas temu, teraz Cząstki elementarne. zastanawiałam się już tutaj nad dziwnym doborem lektur seminaryjnych mojej promotorki? w ogóle moje seminarium, nieoczekiwanie i smutno stacza się w zupełnie złą stronę. na szczęście radzę sobie po swojemu. wychodzi na to, że przeczytałam całą listę lektur (które i tak były podane tylko jako fragmenty). straszny ze mnie hejter i buntownik, jeśli chodzi o tę materię.
no ale co, pracować na czymś trzeba.

akuratnie czytam Krótką historię cienia, wizja jaskini platońskiej jeszcze nigdy nie była tak jasna, o ironio. w każdym razie, to jedna z tych książek, którą naprawdę potrzebuję mieć na własnej półce. więc, jak na złość, nie jest nigdzie dostępna od ręki. no nic to, będzie na to czas.
to dziwne, jak większość książek, na które trafiam, pasuje do mojej koncepcji/wizji pracy. nie wiem, czy to zboczenie zawodowe, czy zmęczenie materiału, czy faktycznie tak miało być i ma to sens. pasowałoby mi to z kimś obgadać. bo już widzę minę pani promotor, kiedy zaczynam zdanie od "bo u Platona...". uniesienie brwi sięgnie zenitu.

herbata stygnie, a album z fotografiami Beksińskiego leży na półce. musiałam też zabandażować palec, bo kot bardzo za mną tęsknił.

środa, 7 stycznia 2015

zła torba, to ta, która nie poradzi sobie z udźwignięciem jednej nadprogramowej książki.
najgorsza torba, to ta, od której pasek oderwie się z dwóch stron (naraz).

ale kupiłam Fotoplastikon po taniości. a cierpliwy M. jest cierpliwy. ja bym sobie już dawno ucho odgryzła za takie wredne marudności.

budyń czekoladowy jest dobry na wszystko, tym bardziej w komplecie z herbatką malinową.

wracam do czytania.


wtorek, 6 stycznia 2015

czuję się jak malunek Banksy'ego na odpadającym tynku ściany.
słońce świeci zbyt mocno, dzień zaczął się o 10.00.
kawa nie budzi.
w sumie, to nawet nie smakuje.
świat się kończy.

czerwony notatnik zapisany do końca. gdybym kupiła go wtedy w styczniu, nie w lutym, miałby początek i koniec w jednym roku; a teraz, jak zwykle, popaprane. jutro kupię nowy, czarny, o.

święto, ponoć nie muszę pracować.
och, jakiż ze mnie hipokryta.
poczytam artykuły, po angielsku, taki czelendż.

Planty nocą będą już zawsze kojarzyły mi się z dwiema rzeczami - pierwsza, to oczywiście, obraz Stasia; druga, to przemycana wódka. raz, w pomarańczowym kubku termicznym, raz w dolewkowym kubku z rozgazowaną* pepsi, ay way pomysłowość.


*słownik podpowiada rozgotowaną, kto wie, może i tak było.






niedziela, 4 stycznia 2015

Artysta to świadomość, która stara się zaistnieć.
S.Sontag, Pod znakiem Saturna  
podeszłam do okna akurat w momencie, w którym para opatulonych w płaszcze ludzi stała na działce naprzeciwko. wyglądali jak nowi właściciele działki, albo przynajmniej potencjalni właściciele. obracali się wokół własnej osi, pokazywali, wskazywali, zakreślali.
nie chcę, żeby postawiono tu kolejny dom. tym bardziej na linii moje okno-dom Karoliny. bo dom Karoliny wygląda jak dworek szlachecki. może nie najbogatszy, nie najpiękniejszy i właściwie to nie najbardziej stabilny... ale jednak. lubię ten widok. lubię szarość i nierówność desek, lubię brunatną dachówkę i okno na piętrze, lubię wielkie konary drzew, które stanowią dla niego tło.
proszę mi tego nie zasłaniać pustakami.

pierwszy akapit licencjatu mi się objawił przy ekspresie do kawy. nie, nie piszę o kawie; ale to było całkiem niezłe satori. z braku laku i tablicy korkowej, rozkładam wszystko na łóżku. kolorowe pisaki i karteczki all over the place, Monica Geller-Bing mood on. 

no, rozpoczęłam też nowy serial, znaczy nowy dla mnie. Penny Dreadful. dotarłam do piątego odcinka, piąty odcinek jest najlepszy, polecam i stosuję. Eva Green nie zawsze mnie przekonuje, w ogóle cały serial ma chyba nierówne tempo, ale no, jest na czym oko zawiesić, a plot twist czasami faktycznie zaskakuje.
sesja-sresja, dopóki trzymam poziom i równowagę, mogę sobie oglądać seriale. i robić inne, równie wymagające zaangażowania czasowego rzeczy. a co.

sobota, 3 stycznia 2015

zerwana, a raczej odpadnięta roleta leży na podłodze. wypiję kawę, to naprawię.
przeglądam filmweba, szukam tematu do pracy na gender(y). ciężki wybór i dobór, kilkanaście zakładek czeka na weryfikację. wczoraj wysłałam już jedną zaliczeniówkę. gwiazdka dla/ze mnie.

w głośnikach Henry Wolfe. moje trzy ulubione piosenki brzmią dziwnie na tej płycie, na yt były jakieś inne aranżacje, co to za kombinacje. no i pewnie, że trafiłam na niego, bo jego mamą jest Meryl Streep. ale oprócz tego, że ma genialną mamę, ma też genialny talent [przypadek?].

chyba zaczynam się ogarniać, trochę planów na dzisiaj jest, się zobaczy jak z realizacją. świeci słońce, więc szanse na powodzenie są całkiem spore. pozwólcie tylko, że przemycę moje koty do pokoju.

piątek, 2 stycznia 2015

jak tam, rybko, pierwszy dzień, pierwszego miesiąca nowego roku?

niewyspana
rozdrażniona
poirytowana
w dresie, czerwonych kapciach, wielkim swetrze
mała kreaturka nie odpowiedziała
podgłośniła radiową trójkę i zrobiła kolejną herbatę.


drugiego dnia, może lepiej?
odespałam. mój organizm gorzej się regeneruje, kiedy nie motywuje go psychika - poczucie i nakręcenie, że powinnam się ogarnąć, bo coś tam.
tym razem mi nie wyszło, rozbabrałam się.
no ale, mamy drugi dzień stycznia.
z tego co pamiętam, to rok temu popełniłam chyba jakąś listę reasumującą 2013; teraz mi się nie chce. poza tym, większość z tych wydarzeń zachowuję dla siebie.
no, to może chociaż jakieś postanowienia?
ostatnie miesiące ustawiły moje życie na zupełnie nowych torach, podążać będę zatem tym nieznanym szlakiem. nie postanawiam, prze-żywam.
jedyne, co mogę, i co powinnam, to obiecać sobie kilka rzeczy. zakodować, wpleść w neurony i starać się. tylko tyle/aż tyle.

może mała metafora?
do tej pory, wydawało mi się, że jestem gitarą, której nikt nie umiał porządnie nastroić. sama, na oko i ucho, może mogłam wydobyć z siebie jakąś energię, ale to wciąż był fałsz, ton za nisko, albo za wysoko, ze skrajności w skrajność. albo rezonans albo totalny constans. cisza czasami mnie przerażała.
wychodzi na to, że M. ma niezły słuch (i gust, a co); dłonie gitarzysty/klawiszowca robią swoje.

nie dość, że metafora, to jeszcze metafizyka. jestem nastrojona.
tak życiowo, tak człowieczo, tak cieleśnie, tak normalnie?

jeśli tak ma wyglądać norma, niech i tak będzie w tej piętnastce.
dosłuchuję trójkowy TOP, idę zaparzyć kawę.