piątek, 2 stycznia 2015

jak tam, rybko, pierwszy dzień, pierwszego miesiąca nowego roku?

niewyspana
rozdrażniona
poirytowana
w dresie, czerwonych kapciach, wielkim swetrze
mała kreaturka nie odpowiedziała
podgłośniła radiową trójkę i zrobiła kolejną herbatę.


drugiego dnia, może lepiej?
odespałam. mój organizm gorzej się regeneruje, kiedy nie motywuje go psychika - poczucie i nakręcenie, że powinnam się ogarnąć, bo coś tam.
tym razem mi nie wyszło, rozbabrałam się.
no ale, mamy drugi dzień stycznia.
z tego co pamiętam, to rok temu popełniłam chyba jakąś listę reasumującą 2013; teraz mi się nie chce. poza tym, większość z tych wydarzeń zachowuję dla siebie.
no, to może chociaż jakieś postanowienia?
ostatnie miesiące ustawiły moje życie na zupełnie nowych torach, podążać będę zatem tym nieznanym szlakiem. nie postanawiam, prze-żywam.
jedyne, co mogę, i co powinnam, to obiecać sobie kilka rzeczy. zakodować, wpleść w neurony i starać się. tylko tyle/aż tyle.

może mała metafora?
do tej pory, wydawało mi się, że jestem gitarą, której nikt nie umiał porządnie nastroić. sama, na oko i ucho, może mogłam wydobyć z siebie jakąś energię, ale to wciąż był fałsz, ton za nisko, albo za wysoko, ze skrajności w skrajność. albo rezonans albo totalny constans. cisza czasami mnie przerażała.
wychodzi na to, że M. ma niezły słuch (i gust, a co); dłonie gitarzysty/klawiszowca robią swoje.

nie dość, że metafora, to jeszcze metafizyka. jestem nastrojona.
tak życiowo, tak człowieczo, tak cieleśnie, tak normalnie?

jeśli tak ma wyglądać norma, niech i tak będzie w tej piętnastce.
dosłuchuję trójkowy TOP, idę zaparzyć kawę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz