zatem człowiek nie jest nieśmiertelny?
kto ci tak powiedział?
skąd to wiesz?
dlaczego?
wiem z Księgi wielkich życzeń.
po raz kolejny film zderzył mi się z życiem. to wszystko jedno. przy założeniu sytuacji idealnej, w której to do czasu swojej dorosłości nie spotkałaś się ze śmiercią, nie wiesz o niej niczego. przeczuwałaś jedynie jej obecność. słyszałaś. ale nigdy nie widziałaś. słyszałaś, że jedną babcię boli to i to, a drugą babcię dziucha (dziuchanie, to bolenie, ale bardziej oswojone). przebywając z nimi w codzienności, nie widzi się wielkich zmian.
dorastałam [chociaż bardziej, to tylko rosłam (fizycznie), bo dorosłam (psychicznie) to całkiem niedawno] na wsi. wujek i ciocia (po prawdzie, to żadnych konotacji rodzinnych między nami nie ma, żadnej tam wody po kisielu) byli wzorem pracowitości. ciocia wstawała razem z kurami, a nawet przed nimi, bo przecież musiała je najpierw nakarmić. może to nawet ona je budziła. wujek miał bliżej do krów (spał na parterze wielkiego domu). zawsze byli silni, sobą i dla siebie. zawsze. a obserwowałam ich jedynie przez 15 lat mojego życia.
babcia przed chwilą odebrała telefon, wujek jedzie do szpitala na kolejne badania. ma problemy z chodzeniem. rok temu sprzedali ostatnią krowę, zostało im parę kur. dzieci, z trzeciego piętra przenoszą swoje wnuki na drugie, razem z nimi zmienia się cały dom. ostatnio był tam remont. tylko 3 pokoje wyglądają tak jak zawsze. w moim ulubionym, wciąż jest ogromna, drewniana meblościanka, a na niej kuropatwa, której zawsze się bałam. i ta mała, dziwna, czerwona lampka, która zawsze się tam paliła.
niedługo tam też zrobią remont. zostanie parter. kuchnię i tak już zmieniają. mam nadzieję, że chociaż ten ogromny piec oszczędzą. wujek zawsze suszył przy nim grzyby na jesień, a skarpety na zimę.
delikatna porcelana pęka od nacisku rzeczywistości. z każdym ruchem kruszy się coraz bardziej, odpadają od niej kolejne części. czy zostanie coś z niej, dla niej, po niej.
czwartek, 30 stycznia 2014
wtorek, 28 stycznia 2014
sobota, 25 stycznia 2014
wyloguj się stąd, zaloguj się tu, potwierdź, akceptuj, tak, ok.
znalazłam w komodzie jasne dżinsy, chyba kiedyś w takich chodziłam, teraz wolę ciemniejsze, profesjonalniejsze. zbyt jasne i zbyt duże dżinsy stały się dla mnie wyznacznikiem dzisiejszej normalności i normatywności. do tego koszula na drwala, brak stanika, jestem taka sobie.
kot wchodzi i wychodzi spod łóżka, szuka swojego miejsca, wątpię, żeby wybrał moje kolana, w tych jasnych dżinsach.
emocje napinają mi szczękę. to znaczy, ona z natury jest napięta, bo jest kością. jest? chrzęścią? bolą mnie zawiasy, bo się znów spinają. czasami chodzą tak rytmicznie, ja panu wytłumaczę co znaczy cha-cha-cha.
przeglądam strony i archiwa z obrazami, jeszcze nie wiem po co. może zwyczajnie mam taką potrzebę. mam taką potrzebę? czytam o modiglianim, oglądam o michale aniele. filmowe klatki nakładają mi się na klapki na oczach, byłam tam, dlaczego tego tak nie widziałam? pietrasanta to boskie miasteczko - michał anioł znalazł tam kawał marmuru na dawida, modigliani wyrzeźbił tam swoje pierwsze (zagubione) rzeźby. to ma sens.
zazwyczaj lista nieprzystających do siebie czynności, które popełniam w ciągu paru miesięcy nagle zawiązuje się w węzeł gordyjski. wybuchają fanfary, sypie się konfetti. nie, zachowuję to dla siebie, a najpewniej zapominam po dniu lub dwóch.
lista zaliczeń się zmniejsza, już mi się odechciewa, już bym zaległa i usmażyła się tu z tą shishą na amen.
dymi mi się z uszu.
orchidea znowu kwitnie, jednak to wystające to były korzonki, które potrzebowały wody.
chciałabym mieć ładny płaszcz. ten który mam jest z-nośny.
poza tym, jak to jest z tym włoskim. się marzyło coby się nauczyć, się zapisało na kurs uniwersytecki, się nie zdało pierwszego zaliczenia. w drodze do domu się siedziało w tramwaju i się spotkało kobietę rozmawiającą po włosku przez telefon, się zrozumiało większość.
nie wiem. kopnąć siebie, kopnąć stołek, potarzać się w śniegu.
jestem zła. cholernie agresywna i wkurwiona.
chciałabym pisać, ale piszę i to sensu najmniejszego nie ma. no bo co ja piszę, przed chwilą miałam łeb pełen fajnych zdań, ale zanim się ta krowiasta samsunga odpaliła, to mnie wszystko wyciekło.
znalazłam w komodzie jasne dżinsy, chyba kiedyś w takich chodziłam, teraz wolę ciemniejsze, profesjonalniejsze. zbyt jasne i zbyt duże dżinsy stały się dla mnie wyznacznikiem dzisiejszej normalności i normatywności. do tego koszula na drwala, brak stanika, jestem taka sobie.
kot wchodzi i wychodzi spod łóżka, szuka swojego miejsca, wątpię, żeby wybrał moje kolana, w tych jasnych dżinsach.
emocje napinają mi szczękę. to znaczy, ona z natury jest napięta, bo jest kością. jest? chrzęścią? bolą mnie zawiasy, bo się znów spinają. czasami chodzą tak rytmicznie, ja panu wytłumaczę co znaczy cha-cha-cha.
przeglądam strony i archiwa z obrazami, jeszcze nie wiem po co. może zwyczajnie mam taką potrzebę. mam taką potrzebę? czytam o modiglianim, oglądam o michale aniele. filmowe klatki nakładają mi się na klapki na oczach, byłam tam, dlaczego tego tak nie widziałam? pietrasanta to boskie miasteczko - michał anioł znalazł tam kawał marmuru na dawida, modigliani wyrzeźbił tam swoje pierwsze (zagubione) rzeźby. to ma sens.
zazwyczaj lista nieprzystających do siebie czynności, które popełniam w ciągu paru miesięcy nagle zawiązuje się w węzeł gordyjski. wybuchają fanfary, sypie się konfetti. nie, zachowuję to dla siebie, a najpewniej zapominam po dniu lub dwóch.
lista zaliczeń się zmniejsza, już mi się odechciewa, już bym zaległa i usmażyła się tu z tą shishą na amen.
dymi mi się z uszu.
orchidea znowu kwitnie, jednak to wystające to były korzonki, które potrzebowały wody.
chciałabym mieć ładny płaszcz. ten który mam jest z-nośny.
poza tym, jak to jest z tym włoskim. się marzyło coby się nauczyć, się zapisało na kurs uniwersytecki, się nie zdało pierwszego zaliczenia. w drodze do domu się siedziało w tramwaju i się spotkało kobietę rozmawiającą po włosku przez telefon, się zrozumiało większość.
nie wiem. kopnąć siebie, kopnąć stołek, potarzać się w śniegu.
jestem zła. cholernie agresywna i wkurwiona.
chciałabym pisać, ale piszę i to sensu najmniejszego nie ma. no bo co ja piszę, przed chwilą miałam łeb pełen fajnych zdań, ale zanim się ta krowiasta samsunga odpaliła, to mnie wszystko wyciekło.
niedziela, 19 stycznia 2014
galaktyka mleczna kreuje się w wielkim wybuchu kofeiny.
życie za oknem jest czarno-białe.
wracając do pokoju potyka się na dywanie, tym co zawsze, tak, jak zawsze.
nie przesunie go. wyprostuje i zacznie od nowa.
książki prężą grzbiety przy kaloryferze, czekają.
litery spływają po jej ciele. oczy nie rozróżniają kształtów.
to nie śnieg, to mgła.
kot wspina się po jej plecach, wchodzi na parapet.
tak jak ona, obserwuje.
czeka.
sobota, 11 stycznia 2014
jak miała się rozstrzępić, jak podzielić się, żeby być ciałem dla niej, jak oddzielić miała od sobie myśli, wątpliwości, nieśmiałości, małostki blokujące ją zawsze i wszędzie.
nie wiedziała.
dokonało się. dotyk nie boli. nigdy nie bolał. nigdy nie był, nie istniał.
teraz był, ona była.
ciepło jej ciała było jej ciałem. chciała tego ciała dotykać, chciała być dotykaną.
przytuliła, nie chciała wypuścić, wstać, wyjść. zostać.
być tym bytem stałocieplnym. wewnętrznie skupionym na niej, dla siebie.
ciepło.
nie wiedziała.
dokonało się. dotyk nie boli. nigdy nie bolał. nigdy nie był, nie istniał.
teraz był, ona była.
ciepło jej ciała było jej ciałem. chciała tego ciała dotykać, chciała być dotykaną.
przytuliła, nie chciała wypuścić, wstać, wyjść. zostać.
być tym bytem stałocieplnym. wewnętrznie skupionym na niej, dla siebie.
stronnicza stanowczość.
bierność chcenia.
możność zatracenia.
względność odczucia.
ciepło.
czwartek, 2 stycznia 2014
NIE WAHAĆ SIĘ kiedy nic nierozwiązane
nieustannie zadawać pytania
uwolnić się od pozorów dzieła sztuki
nie bać się widzieć twórczość jako zadanie
szanować ukryty ład istnienia
poza granicami materialnego świata
być pojedynczym
ale nie samotnikiem
wyprowadzić się z brudnej rzeki
do czystego oceanu
nieustannie zadawać pytania
uwolnić się od pozorów dzieła sztuki
nie bać się widzieć twórczość jako zadanie
szanować ukryty ład istnienia
poza granicami materialnego świata
być pojedynczym
ale nie samotnikiem
wyprowadzić się z brudnej rzeki
do czystego oceanu
Julia Hartwig
środa, 1 stycznia 2014
Kraków o 5. nie był w formie.
piję cappuccino, tak bardzo chciałabym przestać myśleć, rozstroić się gdzieś leżąc w kącie, nie brzmieć, nie grzmieć.
agresywna względem siebie i otoczenia.
unieszkodliwić.
nie ma wiatru, a ja potrzebuję zimnego powietrza.
potrzebuję, żeby igiełki lodu z gałęzi i liści wspięły się po mnie i wypełniły płuca.
duszę się.
sobą i w sobie.
walczę.
sobą i w sobie.
piję cappuccino, tak bardzo chciałabym przestać myśleć, rozstroić się gdzieś leżąc w kącie, nie brzmieć, nie grzmieć.
agresywna względem siebie i otoczenia.
unieszkodliwić.
nie ma wiatru, a ja potrzebuję zimnego powietrza.
potrzebuję, żeby igiełki lodu z gałęzi i liści wspięły się po mnie i wypełniły płuca.
duszę się.
sobą i w sobie.
walczę.
sobą i w sobie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
.jpg)



