doceniła pojęcie ciszy nocnej, kiedy po godzinie bezsensownego, monotonnego, arogancko-idiotycznego szczekania, pies sąsiadów wreszcie zamilkł.
dzień dobry.
3.43
sobota, 27 grudnia 2014
piątek, 26 grudnia 2014
przyprószyło śniegiem, przecież, jakże miło, o.
wybrałam książkę do opisania na zajęcia z literatury światowej. było ciężko. rozłożyłam na łóżku kilka potencjalnych propozycji, zastanowiłam się nad plusami i minusami, aż w końcu i tak doszłam do zupełnie innych wniosków w rozmowie (monologu do) M.
chciałam napisać, że zabiorę się za to jak tylko skończę MPMa, ale chyba właśnie o to chodzi, że ja nie chcę go/z nim skończyć. będzie zalegał na stoliczku i będę sobie go doczytywała. wybornie się nim rozkoszując (mały ładunek napięcia erotycznego nie pojawia się przez przypadek).
czekają na mnie dramaty Witkacego, bo jak już zaczęliśmy temat na seminarium, to warto doczytać i zamknąć tę szufladkę.
no i Pod znakiem Saturna. trochę zwlekam, bo jak już zacznę, to lawinowo pójdą wszystkie inne licencjatowe lektury, a chcę jeszcze chwilę, tak spokojnie, tak niewymuszenie.
może jeszcze uda mi się wrócić na chwilę do Majgull Axelsson, mam jeszcze jedną nieprzeczytaną na półce, a to chyba odpowiedni moment.
poza tym? Bob Dylan wciąż w głośnikach. nowy zegarek na nadgarstku. nie jest tym wymarzonym, ani tym najwygodniejszym (w noszeniu i odczytywaniu godziny) ale no.
oglądam sporo teatru telewizji [lokowanie produktu, polecam i stosuję: Ninateka], a szczególnie etiudy, bo nie tak wymagające i nie wywołują wrażenia marnowania czasu.
speaking of, pora wykończyć dwa seriale.
należy ogarnąć grzywkę. użyłam wczoraj podejrzanego żelu do włosów. a może do twarzy mi z irokezem. zgra się z koszulką, którą znalazłam pod choinką.
żarty żartami, ale obcowanie (na żywo) z powyższym arcydziełkiem zmroziło mi krew w żyłach. było to dwa lata temu, a ja wciąż czuję to... to.
nie uzgodniłam jeszcze, jak to się ma do moich przekonań co do reprodukcji i wykorzystywania dzieł na produktach różnej maści; aaaaaale jakość na koszulce jest zaskakująco dobra, no i mam świadomość tego, co noszę, więc może, będzie mi dane.
rozgrzeszenie.
czy coś.
czwartek, 25 grudnia 2014
nie, że cały świat przedstawiony wysnuł przede mną konkretny obraz-pejzaż. postać. postać kobiecą. niedokładną, to nie mimetyczne odzwierciedlenie czegoś już widzianego, to kompilacja wyobrażeń. to dziwnie (nie)świadome odczucie i zobrazowanie smutku i rozpaczy. rozpadu.
wiem, że moja plastyczna wyobraźnia pozwala czasami na wiele, tym razem jednak, to coś innego.
dochodzi 9.00, reszta domu już obudzona, muszę zejść na śniadanie.
gdzie przebywa mój wielki, zimowy sweter, kiedy jest najbardziej potrzebny? zimno mi.
na fb cisza i spokój, gdzie podział się świat.
do pokoju zajrzała mamusia, robi to od jakiegoś czasu, to nowość. ojciec też czasami się tu zapuszcza. jest bardziej bezpośredni, jeżeli w ogóle przy jego osobowości można o czymś takim mówić. przez wódkę do serca, to chyba ten mechanizm. no dobrze, mogę oddać za to moją wątrobę, co mi tam, przynajmniej jest bliżej. w ogóle jest.
zastanawia mnie, czy nastąpią jakieś konsekwencje? czy na dole są jakieś wnioski, nowe spojrzenia, nowe podejścia? chciałabym mieć wrażenie, że kiedy wyjdę z pokoju, to wejdę w nową rzeczywistość. ten dziwny podział tu i tam. może teraz mają do mnie trochę bliżej? dopóki się nie dowiem, to ja będę podchodzić/wychodzić do nich. na tyle jeszcze pozwoli moja duma i uprzedzenie.
dość, że wypiję kawę podczas/po śniadaniu; nie, jak zwykle, przed.
środa, 24 grudnia 2014
nie lubię, szarga to moje nerwy, z góry skazane jest na bezsensowność, bo zaraz się pognicie.
ale z dziadkiem wiemy, że lepiej faktycznie zamknąć się w tej łazience, z deską, z żelazkiem, z pogniecionymi obrusami i poszewkami, żeby chociaż na chwilę uniknąć tego całego roz... gardiaszu.
w telewizji leciało Moonrise Kingdom, kiedy zorientowałam się, że O. ogląda jak zahipnotyzowana, przejęłam połowę jarzyn do pokrojenia za nią. ojciec inspektor pochwalił, dobre kosteczki, gwiazdka dla mnie. a z O. będziemy sobie częściej oglądać Wes Andersona.
dzienna norma wypitej kawy została przekroczona jeszcze przed południem, cóż, mogę.
O. dalej przejęta w co się ubrać, no bo przecież, będzie inspekcja. ja mam takie kolorowe z baskinką i ciemne dżinsy. mamunia od rana dogryza, że będzie wyższa, bo ma szpilki. niebieskie szpilki.
niech będzie wyższa. niech jej się tak wydaje.
klarowność myśli. wiem co i jak chcę powiedzieć, reszta, cóż, mam nadzieję, że nie okaże się to Gide'owskim acte gratuit.
włosy nie chcą trzymać się bez pianki. cóż, wpakuję to wszystko pod opaskę.
wielkie odkurzanie i mycie podłóg zabonusowało stanikiem. podszafie jako mistyczna kraina rzeczy zaginionych.
.
miłego wieczoru, chociaż może lepiej, miłej wieczerzy Państwu życzę.
wtorek, 23 grudnia 2014
Dokończyłam opowiadania. Jedno z nich zinterpretowaliśmy ostatnio na zajęciach (na których to w przepływie miłości do Gombro i może też miłości własnej. opowiedziałam o mojej wizji znaczenia i zostałam pochwalona, o!). Zbiór opowiadań, jak się właśnie okazało, kupiłam tego samego dnia na Plantach (dość nieświadomie, a przynajmniej niezamierzenie; bo to skromniejszy i lżejszy zbiór niż ten zwyczajowy i ogólnie znany). Tak więc, skończyłam
się
w nim.
Polecam i stosuje, takie sprawy.
Siostrzana zakosiła mi kubek herbatki, myśli, że nie zauważyłam. To dobrze, że nauczyła się pić herbatkę. Strefy moich wpływów się poszerzają. Przejmę władzę nad tym światem.
Pół żartem, pół serio. (O)panowanie to jednak przydatna umiejętność.
Kiedy wspomnę zeszłoroczne święta, panował tu przecież istny pogrom. Teraz atmosfera jest lżejsza, może nawet przyjaźniejsza. Jestem mediatorem. Co znaczy, że znów, dobrowolnie stawiam się na środku, z pełną świadomością, że cios może nadejść z każdej ze stron. Dam sobie radę.
Juto sądny dzień. Też dam sobie radę, co?
Czytam Iwasiów, którą dostałam od M. na urodziny. Do wieczora/rana powinnam skończyć. Dziwnie mi się układa chronologia dnia, sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Najważniejsze chyba są skutki: jeśli daję radę nadrobić zaległości filmowe (i bajkowe, bo to z Olą), nadczytuję też książki, to chyba w porządku? Kot zasnął mi na ramieniu. Tęskniłyśmy za sobą, ale potrzebowałyśmy kilku dni, żeby się do siebie znowu przyzwyczaić.
Pisząc o czytaniu, na dole bloga wkleiłam wycinek mojej biblioteczki z lubimyczytac. Macie Państwo wgląd w aktualności.
Idę zawiesić zasłony. U mnie pełnią funkcję czysto dekoracyjną. Nie lubię i nie posiadam też firanek, wolę rolety.
poniedziałek, 22 grudnia 2014
chyba zrozumiałam znaczenie oswojenia, nie tylko bycia oswojonym.
- Dzień dobry - odpowiedział grzecznie Mały Książę i obejrzał się, ale nic nie dostrzegł. [...]
- Ktoś ty? - spytał Mały Książę. - Jesteś bardzo ładny...
- Jestem lisem - odpowiedział lis.
- Chodź pobawić się ze mną - zaproponował Mały Książę. - Jestem taki smutny...
- Nie mogę bawić się z tobą - odparł lis. - Nie jestem oswojony.
- Ach, przepraszam - powiedział Mały Książę. Lecz po namyśle dorzucił: - Co znaczy "oswojony"?
- Nie jesteś tutejszy - powiedział lis. - Czego szukasz? [...]
- Szukam przyjaciół. Co znaczy "oswoić"?
- Jest to pojęcie zupełnie zapomniane - powiedział lis. - "Oswoić" znaczy "stworzyć więzy".
- Stworzyć więzy?
- Oczywiście - powiedział lis. - Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie.
nie rozumiem, dlaczego analizowaliśmy tę książkę w gimnazjum. ale rozumiem, dlaczego nie zrozumiałam jej w pełni. sporo we mnie ostatnio zrozumienia, tego pierwszego, dość naiwnego. coś ominęło mnie w życiu. czegoś mi nie pokazano. czegoś nie doświadczyłam.
teraz zaczynam rozumieć.
teraz zaczynam żyć. na tej planecie, z tymi ludźmi.
niedziela, 21 grudnia 2014
tęsknota za domem, to tęsknota za miejscem do czytania, półkami pełnymi książek oraz ekspresem do kawy.
pokój pachnie kawą. wypijam wszystkie zapasy. nie mogę powstrzymać się, kiedy schodząc do kuchni mijam kilka rodzajów kaw. grande aroma, cappuccino, latte, na własne życzenie i żądanie, w ulubionym kubku. niebo.
ostatnimi czasy kawa kojarzy mi się z czymś jeszcze. właściwie, to z kimś jeszcze.
Sontag czytającą czyta się najlepiej. metatekst wciąga mnie skrajnie. zastanawiam się jak przeczytałabym to, o czym wspomina. przepisuję część jej listy do przeczytania.
powracam do perwersyjnej przyjemności czytania dzienników. powtarzam trochę za Nią. też to lubiła. czuję się trochę usprawiedliwiona. zrozumiana?
odczytuję się między wierszami.
po wczoraj-tak-bardzo-umytym-parapecie ewidentnie coś mi łaziło + doszło do dziwnego skraplania przy krawędziach okna. relacja kaloryfera, parapetu, szyb i zimnego powietrza. przyjedzie babcia i okaże się, że wcale nie umiem myć okien. miłego dnia.
sobota, 20 grudnia 2014
w piśmie nie tak bardzo, chociaż przyznać muszę, że charakter pisma mi się wyrobił. kolejne unaocznienie zachodzących we mnie zmian na przestrzeni ostatnich miesięcy.
w tekście czuję się najbezpieczniej.
wczoraj przeleciał mi pod nosem deadline na pożalsięboże recenzję. wciąż między słowa wkrada mi się zjadliwa ironia, ale wieczorem muszę to wysłać. no, to się rozpisuję.
okno umyte
nie o tym miałam jednak pisać? o tekście. trochę moim i trochę Jego. bo szwendam się po archiwach i poznaję M w tekście. mogę?
w głośnikach skrzypi Bob Dylan. Tempest. do jego kolędowania chyba się nie przekonam.
nadrabiam, co mogę, kiedy mogę. w przerwach kawowych podczytuję Sontag, podczas sprzątania przesłuchuję co pod ręką, a raczej co pod kursorem. bo jakoś nie mogę wykrzesać z siebie inicjatywy, nie pamiętam czego miałam słuchać, na jaki album czekałam i czy w ogóle coś zakładałam.
przemycam koty do pokoju; nadrabiam korespondencję mailową; łączę serdeczności i dopijam herbatę.
kiedy ja robiłam restaurację pokoju? wydaje mi się, że nie minęło nie-wiadomo-ile-czasu. znowu mam tu jakiś naddany rozgardiasz. bo ten zwykły jest zawsze obecny, ale teraz znowu, jest tu zbyt wiele rzeczy. trzeba to posegregować, poskładać, pochować. minimalizm jako zapowiedź spokoju ducha.
książkami zajmę się jutro.
piątek, 19 grudnia 2014
ale przynajmniej umiem pić wódkę, co jest przydatną umiejętnością, jak sądzę.
w zeszłym roku miałam pokój przystrojony w białe lampki, teraz mam pomarańczowe. to jeden z mniej lubianych przeze mnie kolorów, ale cóż.
przywiozłam ze sobą dużo książek, siedzę na parapecie, słucham Leonarda Cohena.
na podwórku nie działają lampy, nie wiem, czy mówię do mojego kota.
cisza.
czwartek, 18 grudnia 2014
to znaczy, teoria gnie się i trzęsie w posadach, kiedy mam tu namyśli bardziej Uniwersytet niż Dom.
bo chyba na Uczelni czuję się najbardziej jak u siebie, no, z tym jak w domu bym nie ryzykowała, za mało tam kotów.
coś w tym jednak jest. chodzi o nazwiska i persony. chodzi o chodzenie do Nich na zajęcia. chodzi o mówienie dzień dobry i odpowiadanie na wesołych świąt.
wiecie państwo, że to pierwsze wesołych świąt, które naprawdę się dla mnie liczyły?
całkiem to szczere i nieironiczne wyznanie. ciepełko i radość wewnętrzne.
lubię przynależeć.
czuję względny spokój, kiedy myślę sobie, że jeszcze przez kilka lat będę mogła uczestniczyć. coraz częściej wychodzę z roli biernego słuchacza i randomowego studenta. "A, to Pani!" usłyszane trzykrotnie podczas jednego spotkania jest chyba miłym wyróżnieniem/zaskoczeniem.
Witaj w piekle, powiedział M.
Dzięki, rozsiądę się wygodnie, pomyślała K.
środa, 10 grudnia 2014
poniedziałek, 1 grudnia 2014
taki, w którym przestrzeń ogranicza się do łóżka, korytarza i czajnika.
na stole piętrzą mi się książki. poważnie, same się. dwie ośmiopiętrowe kolumny.
nie wiem już kiedy je tu wszytskie przytargałam. w większości licencjatowe. chociaż akuratniej byłoby stwierdzić, że konferencyjne.
się pracuje, się zapisuje, się kawę popija herbatą.
się wspina na łóżko, żeby przekręcić ostatnią kartę w muchowskim kalendarzu.
przecież dopiero odwijałam go z folii i zastanawiałam się, na którym gwoździu go powiesić.
koniec przerwy, domykam okno, witam w grudniu.
piątek, 21 listopada 2014
lubię robić wielkie-małe rewolucje w życiu dziadków.
kiedy wróciłam po weekendzie na Hutę, dziadek powiedział, że dobrze, bo tak pusto i cicho beze mnie.
wróciłam z biegania, to jeszcze mi się dostało komplementem, że profesjonalnie biegam.
niech i tak będzie.
tak więc, pobiegałam i popiłam kawą.
posprzątałam w pokoju, poczytałam artykuły, ogarnęłam materiały.
przepływy energii zdarzają się często, dzisiaj podkręcone i kontrolowane; wczoraj niespodziewane i
bardzo budujące.
pochwalono mnie za moją pisaninę, nie byle kto i nie byle jak. stąd ogólna moja konsternacja i roztrzęsienie.
dobrze mi jest.
bagatelizując rozsadzającą mnie właśnie energię, spokojnie i wygodnie mi wewnętrznie.
poniedziałek, 17 listopada 2014
sobota, 15 listopada 2014
jest ich dużo.
kilka albumów musiałam wypożyczyć. oprócz narzekania na zmienny środek ciężkości w drodze, nie ubyło mi niczego więcej. a właściwie, to przyszło całkiem sporo. zasiałam nowe kadry w głowie. teraz tylko kwestia przyszycia sobie paska aparatu do szyi. nie wiem, dlaczego mam taki problem z noszeniem go ze sobą.
jest też album Witkacego, niby też musiałam na zajęcia, ale tak po prawdzie, to skradałam się do niego już od dłuższego czasu. jak zwykle, niby wiem, że mogę go obejrzeć, a jednak coś mówi, że jeszcze nie.
nie oczekuję zrozumienia, tak się tylko dzielę refleksją.
grudniowość mi się dzieje w głowie za wcześnie.
grudniowość to naprawdę stan duszy.
i to nie ma związku ze świątecznością (znaczy ma, ale to raczej pejoratywna strona, co roku zwyczajnie zalewa mnie irytacja, wychodzę z siebie i staję obok).
chodzi mi o grudniowość zawieszoną w przestrzeni (i nie, tu również nie chodzi o iskrzące się łańcuchy i bombki/bańki, czy co tam Państwo wieszają u siebie pod strzechą).
chodzi o napięcie powietrza, może tak się ono napina od tego oczekiwania na święta właśnie; nie wiem, ja wyczuwam tylko ogólność.
ogólność ciepła i dziwnego przeczucia. ogólność wielkich szalików i rękawic i jeszcze większych swetrów. skrzypiący śnieg. długie płaszcze. postawione kołnierze. względny pośpiech.
galerie *brońboże* nie handlowe oraz kina. jest wtedy w nich jakoś inaczej, milej?
dla socjopaty względnie akceptowalne. nie ma w tym nachalności i cielesności, bo każdy jest sam sobie opatulony i nie ingeruje za bardzo.
najbardziej lubię muzea w grudniu, względnie w styczniu. czuję się wtedy najbezpieczniej.
sama w sobie i z innymi.
obejrzałam wczoraj fragmenty Bridget Jones, nie mam pojęcia dlaczego akurat wtedy i akurat to. tam jest chyba trochę tej auratyczności. podobnie działa Love Actually, ale wiem, że na to powinnam jeszcze chwilę poczekać.
kawa mi wystygła.
wtorek, 11 listopada 2014
coś pęka. we mnie? w przestrzeni?
cały dzień poświęciłam fotografowaniu, przerabianiu, sklejaniu i analizowaniu.
mam kilka całkiem dobrych kadrów. zastanawiam się, dlaczego dopiero teraz? to znaczy, bloki tutaj sobie stoją od jakiegoś czasu, ja mam ten swój aparat; ale jakoś nigdy nie połączyłam faktów. miałam dojrzeć? doczekać?
może faktycznie tak jest lepiej, dokładniej, mądrzej. może faktycznie widzę więcej, to znaczy, w ogóle widzę. szara płyta mnie przygniotła, tak samo jak przygniotła moich rodziców, ba, dziadków. gniecie niezrozumienie, brak chęci zrozumienia, dostrzeżenia.
dziadkowie nie oddalają się od bloku. trasa klatka-budka z pieczywem-kiosk-plac, to raczej wszystko. czasami zapuszczą się za bulwarową, ale to już raczej samochodem.
byłam dzisiaj w szoku. po części, to kwestia światła, trochę też aparatu, którego wciąż nie potrafię obsługiwać... a może właśnie dopiero teraz faktycznie to zobaczyłam? bez uprzedzeń, bez codzienności, no i trzeba to przyznać- bez strachu. ja niby chodzę więcej i dalej, ale najczęściej z oczami utkwionymi w chodniku. a jeśli już się rozglądam, to w podświadomości obmyślam plan awaryjny, dokąd odchodzą chodniki, co znajduje się za kolejnym blokiem, w którą bramę nie powinnam wchodzić.
chciałabym mieć czystą kartę jeśli chodzi o Hutę, chciałabym nie mieć tych wspomnień i obaw. dzisiaj czułam się dość swobodnie... jak u siebie? no bo chyba tu jestem u siebie bardziej, niż w Kocmyrzowie? nie wiem?
mam czas, zobaczy się.
sobota, 8 listopada 2014
jesień to stan umysłu. szarzyzna i beżowość.*
w środku jednak trochę ciepło.
trochę to ostatnio słowo klucz.
*[edit. słowniczek podkreśla beżowość i podpowiada bezideowość].
środa, 5 listopada 2014
kolejne książki przytargane do mieszkania, trzecia półka coraz pełniejsza, chyba będę musiała gdzieś przenieść kilka uroczych pozycji, które przyniosła mi tu kiedyś babcia (Biblia, Atlas zwierząt polskich, Menopauza - jak sobie poradzić).
nie wiem, ale
poniedziałek, 3 listopada 2014
"W pewnych przypadkach los przypomina burzę piaskową o niewielkim zasięgu,która nieustannie zmienia kierunek. Chcąc przed nią uciec ruszasz w inna stronę. A wtedy burza, jakby się do ciebie dopasowywała rusza za tobą.
Jeszcze raz zmieniasz kierunek. Burza ponownie idzie twoim śladem.
Powtarza się to wiele, wiele razy, jak złowróżbny taniec ze śmiercią przed świtem. A to dlatego że ta burza nie pojawiła się nie wiadomo skąd, nie jest czymś oderwanym od ciebie. Ona po prostu jest tobą. Masz ją w sobie."
Haruki Murakami, Kafka nad morzem
wtorek, 28 października 2014
przynajmniej nie jest mi zimno w czoło. stopy i rączki standardowo marzną.
dzisiaj sporo pisałam, czytałam i myślałam. trzy godziny w czytelni robią swoje. wklejam sobie za to kilka gwiazdek. dla nieuważnego czytelnika może to być bardzo codzienne i zwykłe. dla niektórych, jednakże, to spore wydarzenie w non-social życiu.
myślę spokojniej, o licencjacie, w głównej mierze. myślę też o licencjatach innych, i cieszę się, kiedy mogę się na coś przydać. bo właśnie tak trzeba, robić rzeczy, cytując klasyka. jestem zadowolona z dzisiejszego dnia,
na zajęciach analizowaliśmy sonet Szekspira (wciąż upieram się, że odczyt Rickmana nie ma sobie równych). była też Notatka Szymborskiej. znów we mnie uderzyła mocą swoją niepomierną, nieplanowanie, jak sądzę. dobrze się o tym rozmawiało, poruszyłam kilka kontekstów, z czego to właśnie jestem dumna. "myślimy podobnie", było sporym komplementem, bo myśleć jak taki człowiek, to myśleć całkiem ładnie i sprawnie.
myśli uczesane, o.
niedziela, 26 października 2014
uchyliłam okno, chyba wyjdę na spacer.
zaproponowałam dziadkom kino, ponoć warto zobaczyć najnowszą rolę Kota. to miłe, że mówi się o aktorze, że się docenia, że to jego nazwisko jest ważniejsze, niż reżysera.
bolą mnie oczy, założyłam okulary, póki co, to wciąż same filtry. przeniosłam stolik na drugą stronę pokoju, jest chyba wygodniej. chociaż wciąż siedzę w sposób, którego kiedyś nie pochwalił lekarz rodzinny. kiedy to było? zbyt dawno, pewnie już nie prawda. i tak jestem krzywa.
powinnam się rozpisać, mam zadanie domowe do sklecenia. znów trochę za dużo subiektywnego stosunku do tematu, ale co tam, może coś fajnego wyjdzie.
czytam "niewinne oko" Ruskina, wciąż krążę przykonferencyjnie. może popełnię ten referat, może nie. na razie pracuję, a to dobrze.
dziś kolejne pałe-puchate znalazło nowy domek. będzie mu dobrze.
kilka ulic dalej są Targi Książki, a mnie tam nie ma i nie będzie. skąd taki bojkot?
roz-leniwienie, roz-targnienie i inne roz-mamłania.
powinnam kupić nowy notatnik. dostałam jeden, na piękne wspomnienia, ale jest przecież zbyt cenny, żeby wynosić go z pokoju.
sobota, 25 października 2014
u-rodziny.
większą część samotności człowiek sobie wkręca.
się nakręca, powykręca i zakręca we wszystkie możliwe teorie spiskowe.
i może sobie tak meandrować, dopóki ktoś za kołnierz nie wyciągnie, nie praśnie na brzeg rzeczywistości.
forma bez treści.
bez zajrzenia do kalendarza nie bardzo wiem co robiłam i kiedy. uniwersytecko sprawy mają się dobrze. rzadko się wysypiam. babcia wmawia mi bladość, faszeruje tabletkami.
był teatr, którego nie zrozumiałam; promocja książki, którą chciałabym zrozumieć.
przy kolejnym spotkaniu conradowskim było dużo więcej zamieszania.
emocjonalnie intensywnego.
rozproszyłam się znowu.
chyba nic konkretnego mi tutaj nie wyjdzie. spróbuję jutro.
sobota, 18 października 2014
gdybym uznała, że mija zbyt szybko, miałabym trochę racji i trochę tautologii.
rozwarstwienie jest rzeczywiste.
odczuwalne.
nie zamierzałam brzmieć tak fatalistycznie (fatalnie?).
to kwestia niedopicia kawy.
jest mi w porządku.
świat wciąż wydarza się za szybko.
ale kto powiedział, że nie mogę go doganiać?
sobota, 4 października 2014
sobota, 27 września 2014
w międzyczasie, bo czasowość taka rozmemłana, wpadła do mnie O. przeczytać zadanie domowe z polskiego. pisze cudownie absurdalnie i uroczo - O. nie ja. znaczy ja też, ale cieszę się z jej pisania.
dzieje się?
mam mgłę pod oknem, podobną do tej co na wczorajszych zdjęciach z zakopanego.
to jeden z tych przykawowych momentów, kiedy zastanawiam się jak to jest możliwe, że intensywność wydarzających się spraw mnie nie zagłusza, nie wkopuje do łóżka, nie paraliżuje.
chyba zaczynam rozumieć ten obraz dalego z płynącymi zegarami, to rozmemłanie.
ale nie załamanie.
że niby i tak wszystko płynie. się rozpływa raczej.
boli mnie głowa. i to uczucie dośrodkowości. wnętrzności.
jak ten stan na karuzeli, kiedy środek ciebie wbija się jeszcze bardziej w ciebie, aż zaczynasz wątpić, czy w ogóle jest twój. a przecież to on cie boli.
ty siebie bolisz.
sobota, 20 września 2014
na mojej wsi wciąż mieszkaja rude ślimaki. mieszkają tu tak bardzo, że w trawie nie ma miejsca na nic innego. co na to mrówki? czy mrówki mnie słyszą? proszę działać.
intensywnosść wydarzeń towarzyszących życiu jest wprost proporcjonalna do zamętu w głowie.
pocieszność dwóch symulakrów urzeczywistnia się w miejscu zbudowanym z ksiązek i niewygodnych sprężyn.
czwartek, 24 lipca 2014
Na działce za moimi plecami powstaje czwarte piętro domu, chociaż teraz mogę spokojnie powiedzieć, że bloku. Mimo wszystko, wciąż jednorodzinnego, chociaż z wieloma segmentami i dzieciami.
Wczoraj rozkładali rusztowania. Lubię rusztowania. Ale niekonieczne te aktywne od 6.00 rano.
Brzęczą, trzeszczą, haratają, rozpruwają, gniotą. Z każdej strony atakują mnie budowlaną rzeczywistością, wszystko dzieje się w zasięgu wzroku i słuchu z mojego okna. Ale przynajmniej piknie śpiewajo.
Jadę do Krakowa po wywołane zdjęcia. Planuję skończyć portfolio. Mam nadzieję, że po powrocie mój pokój nie będzie skąpany w kurzu.
sobota, 19 lipca 2014
Gdyby nie na wskroś irytujący sąsiad i jego goście od grania w karty, koniecznie o 6 nad ranem; gdyby nie pas słońca chciwie wbijający się między zasłonę a framugę nie wstałaby tak wcześnie. Zostałaby z książką do 10.00, do momentu, w którym głód kofeinowy nie wygnałby jej do kuchni. Jednak coś sprawiło, że nie tylko zeszła wcześniej na dół, ale postanowiła zostać na dłużej w salonie. Dwie strony notatek o czymś świadczą, tak samo jak kadry, które widzi cały czas. Były tak bliskie i tak bardzo znajome, że nie mogła w to uwierzyć. Zupełnie jakby sama je zrobiła, dokładnie w taki sam sposób postrzega świat przez czarną puszkę wypełnioną lustrami. Dekonstrukcja siebie i świata przedstawionego, zaciemnienie, rozjaśnienie, podwójna ekspozycja.
Obawia się, że licencjat napiszę się sam, zupełnie przez przypadek, zupełnie na rok przed czasem. Skończona niedawno książka o surrealizmie, kantorowskie powidoki i pomyślenia, świat wtopiony w zaświat, roztargnienie, rozciągnięcie, metajęzyk.
niedziela, 6 lipca 2014
Przez cały rok akademicki uczyła się włoskiego, łapała rytm, pod koniec odczuwała nawet fizyczną potrzebę wspierania wypowiedzi wymachami rąk. Miała swoje ulubione słowa, chociaż we włoskim o to nie trudno, bo najprostszy przymiotnik brzmi jak obietnica cudowności. Wyłapywała nawet „rodowitych” z tłumów zalewających teren około Sukiennicowy, by tylko móc posłuchać żywego języka, a nie tego dziwnego robota z taśmy przyklejonej na końcu podręcznika.
środa, 25 czerwca 2014
XXXVI. Pragnę malować
(Ch. Baudelaire w: Paryski spleen")
Choć nieszczęśliwy to zapewne człowiek, szczęśliwy artysta, którego trawi pragnienie!
Chcę malować tę, która ukazywała mi się tak rzadko i znikała tak prędko, jak piękny i niezapomniany widok za unoszonym w noc podróżnym. Tyle czasu minęło już odkąd odeszła!
Jest Piękna, więcej niż piękna: jest zdumiewająca. Dominuje w niej czerń; i wszystko, co budzi, jest mroczne i niezgłębione. Jej oczy to jaskinie, w których niejasno migocze tajemnica, a jej spojrzenia rozświetlające noc jak błyskawice to eksplozja w ciemnościach.
Porównałbym ją do czarnego słońca, gdybyśmy umieli wyobrazić sobie czarną gwiazdę siejącą blask i szczęście. Chociaż raczej przywodzi na myśl księżyc, który naznaczył ją niechybnie swoim okrutnym piętnem; nie idylliczny biały księżyc podobny do zimnego oblubieńca, ale księżyc złowróżebny i upojny, zawieszony w głębinach burzliwej nocy i szarpany przez rozpędzone chmury; niespokojny i dyskretny księżyc nawiedzający sen niewinnych, ale księżyc zerwany z nieba, zwyciężony i zbuntowany, brutalnie zmuszony przez tesalskie Wiedźmy do tańca na przerażonej trawie!
Za jej małym czołem mieszka uparta wola i skłonność drapieżcy. Ale u dołu jej niepokojącej twarzy, tam gdzie ruchliwe nozdrza wietrzą niemożliwe i nieznane, wybucha z nieopisanym wdziękiem śmiech dużych ust, czerwonych i białych, rozkosznych ust przypominających wspaniały kwiat wyrosły cudem na wulkanicznej ziemi.
Są kobiety, które chce się pokonać i posiąść, ale ta budzi pragnienie powolnego konania pod jej spojrzeniem.
środa, 7 maja 2014
wtorek, 29 kwietnia 2014
środa, 23 kwietnia 2014
splotła mnie w sieci nieporozumień i niedogadań.
zadusza mnie żywcem.
ale już raz wyciągnęłam rękę na powierzchnię, raz poczułam powiew normalności i wolności.
chcę tego u siebie. czy to tak dużo?
cena duszy, ha.
o ironio losu, za dwa dni rocznica ślubu
no, dawno się tak nie ubawiłam,
greccy bogowie to jednak mają niesamowite poczucie humoru.
sobota, 29 marca 2014
przynajmniej na kilkanaście najbliższych minut.
po jabłku jestem zazwyczaj bardziej głodna niż przed.
nie za bardzo się przejmuję, i tak większość rzeczy, które ostatnio robię, mija się z celem.
okazuje się, że pesymizm mam wrodzony, nie wskazując oczywiście palcem na nikogo z najbliższej rodziny.
w razie konieczności uczestnictwa w codzienności, jakoś go (czyli pesymizm) odkładam na dolną półkę świadomości, jakoś ignoruję dziada, jakoś delikatnie mówię mu, żeby spierdalał. może to i zamknie się na chwilę, może tylko cicho poburczy coś do siebie pod nosem, ale dalej będzie tu (czyli we mnie) siedział.
dzisiaj w Krakowie gra miejska, z cyklu Ścieżkami Pisarzy; (od)marznięcie na koszt dobrze wyglądającego kostiumu gwarantowane.
nie wiem, czy mam taki dystans; czy taki nieważnizm; czy w ogóle za mało sypiam ostatnio.
po co spać, skoro można myśleć, hej ho, nie na darmo wybiera się stan skupienia w deseń humanistyczny do końca życia.
wracając do kostiumu, mierzę sobie to i tamto i jedyny efekt, do jakiego dochodzę, to twarz J. Depp'a - niby fajnie, niby ekstrawagancko, ale ja na prawdę potrzebuję Tetmajera.
sobota, 22 marca 2014
18:31
uderzam w nią głową.
rozpadam się.
Mgła nie wytwarza się w wyobraźni
wypływa ze mnie
jest mną.
Zaciągam się
w tle słyszę Stonesów
toczę się
razem ze światem.
Tracę stan skupienia.
kształty nie mają rysów
tak jak ja.
bezimienna, bezkształtna
rozmyta.
czwartek, 13 lutego 2014
środa, 12 lutego 2014
poniedziałek, 10 lutego 2014
byłam zbyt daleko od świata, od siebie, od ciebie. byłam zbyt samotna, kiedy nie słyszałam szeptów, kiedy nie pozwalałam zimnemu powietrzu przeszyć mnie na wskroś. byłam zbyt ślepa, nie dostrzegając igiełek i bryłek lodu pod swoimi stopami. nie widziałam wielu rzeczy, nie zatrzymałam wielu kadrów. kiedyś się roztopię, a decyzja o zmianie aparatu wcale nie będzie tak ważna. boli mnie rzeczywiste kłucie niepewnego.
boli mnie zimne wspomnienie mglistego ciała.
naturalność Jej i świata.
remember the first time you touched someone
with the sole purpose of learning all of them
touched them because the light was pretty on them
and the dust in the sunlight danced the way your heart did
czwartek, 30 stycznia 2014
kto ci tak powiedział?
skąd to wiesz?
dlaczego?
wiem z Księgi wielkich życzeń.
po raz kolejny film zderzył mi się z życiem. to wszystko jedno. przy założeniu sytuacji idealnej, w której to do czasu swojej dorosłości nie spotkałaś się ze śmiercią, nie wiesz o niej niczego. przeczuwałaś jedynie jej obecność. słyszałaś. ale nigdy nie widziałaś. słyszałaś, że jedną babcię boli to i to, a drugą babcię dziucha (dziuchanie, to bolenie, ale bardziej oswojone). przebywając z nimi w codzienności, nie widzi się wielkich zmian.
dorastałam [chociaż bardziej, to tylko rosłam (fizycznie), bo dorosłam (psychicznie) to całkiem niedawno] na wsi. wujek i ciocia (po prawdzie, to żadnych konotacji rodzinnych między nami nie ma, żadnej tam wody po kisielu) byli wzorem pracowitości. ciocia wstawała razem z kurami, a nawet przed nimi, bo przecież musiała je najpierw nakarmić. może to nawet ona je budziła. wujek miał bliżej do krów (spał na parterze wielkiego domu). zawsze byli silni, sobą i dla siebie. zawsze. a obserwowałam ich jedynie przez 15 lat mojego życia.
babcia przed chwilą odebrała telefon, wujek jedzie do szpitala na kolejne badania. ma problemy z chodzeniem. rok temu sprzedali ostatnią krowę, zostało im parę kur. dzieci, z trzeciego piętra przenoszą swoje wnuki na drugie, razem z nimi zmienia się cały dom. ostatnio był tam remont. tylko 3 pokoje wyglądają tak jak zawsze. w moim ulubionym, wciąż jest ogromna, drewniana meblościanka, a na niej kuropatwa, której zawsze się bałam. i ta mała, dziwna, czerwona lampka, która zawsze się tam paliła.
niedługo tam też zrobią remont. zostanie parter. kuchnię i tak już zmieniają. mam nadzieję, że chociaż ten ogromny piec oszczędzą. wujek zawsze suszył przy nim grzyby na jesień, a skarpety na zimę.
delikatna porcelana pęka od nacisku rzeczywistości. z każdym ruchem kruszy się coraz bardziej, odpadają od niej kolejne części. czy zostanie coś z niej, dla niej, po niej.
wtorek, 28 stycznia 2014
sobota, 25 stycznia 2014
znalazłam w komodzie jasne dżinsy, chyba kiedyś w takich chodziłam, teraz wolę ciemniejsze, profesjonalniejsze. zbyt jasne i zbyt duże dżinsy stały się dla mnie wyznacznikiem dzisiejszej normalności i normatywności. do tego koszula na drwala, brak stanika, jestem taka sobie.
kot wchodzi i wychodzi spod łóżka, szuka swojego miejsca, wątpię, żeby wybrał moje kolana, w tych jasnych dżinsach.
emocje napinają mi szczękę. to znaczy, ona z natury jest napięta, bo jest kością. jest? chrzęścią? bolą mnie zawiasy, bo się znów spinają. czasami chodzą tak rytmicznie, ja panu wytłumaczę co znaczy cha-cha-cha.
przeglądam strony i archiwa z obrazami, jeszcze nie wiem po co. może zwyczajnie mam taką potrzebę. mam taką potrzebę? czytam o modiglianim, oglądam o michale aniele. filmowe klatki nakładają mi się na klapki na oczach, byłam tam, dlaczego tego tak nie widziałam? pietrasanta to boskie miasteczko - michał anioł znalazł tam kawał marmuru na dawida, modigliani wyrzeźbił tam swoje pierwsze (zagubione) rzeźby. to ma sens.
zazwyczaj lista nieprzystających do siebie czynności, które popełniam w ciągu paru miesięcy nagle zawiązuje się w węzeł gordyjski. wybuchają fanfary, sypie się konfetti. nie, zachowuję to dla siebie, a najpewniej zapominam po dniu lub dwóch.
lista zaliczeń się zmniejsza, już mi się odechciewa, już bym zaległa i usmażyła się tu z tą shishą na amen.
dymi mi się z uszu.
orchidea znowu kwitnie, jednak to wystające to były korzonki, które potrzebowały wody.
chciałabym mieć ładny płaszcz. ten który mam jest z-nośny.
poza tym, jak to jest z tym włoskim. się marzyło coby się nauczyć, się zapisało na kurs uniwersytecki, się nie zdało pierwszego zaliczenia. w drodze do domu się siedziało w tramwaju i się spotkało kobietę rozmawiającą po włosku przez telefon, się zrozumiało większość.
nie wiem. kopnąć siebie, kopnąć stołek, potarzać się w śniegu.
jestem zła. cholernie agresywna i wkurwiona.
chciałabym pisać, ale piszę i to sensu najmniejszego nie ma. no bo co ja piszę, przed chwilą miałam łeb pełen fajnych zdań, ale zanim się ta krowiasta samsunga odpaliła, to mnie wszystko wyciekło.
niedziela, 19 stycznia 2014
galaktyka mleczna kreuje się w wielkim wybuchu kofeiny.
życie za oknem jest czarno-białe.
wracając do pokoju potyka się na dywanie, tym co zawsze, tak, jak zawsze.
nie przesunie go. wyprostuje i zacznie od nowa.
książki prężą grzbiety przy kaloryferze, czekają.
litery spływają po jej ciele. oczy nie rozróżniają kształtów.
to nie śnieg, to mgła.
kot wspina się po jej plecach, wchodzi na parapet.
tak jak ona, obserwuje.
czeka.
sobota, 11 stycznia 2014
nie wiedziała.
dokonało się. dotyk nie boli. nigdy nie bolał. nigdy nie był, nie istniał.
teraz był, ona była.
ciepło jej ciała było jej ciałem. chciała tego ciała dotykać, chciała być dotykaną.
przytuliła, nie chciała wypuścić, wstać, wyjść. zostać.
być tym bytem stałocieplnym. wewnętrznie skupionym na niej, dla siebie.
stronnicza stanowczość.
bierność chcenia.
możność zatracenia.
względność odczucia.
ciepło.
czwartek, 2 stycznia 2014
nieustannie zadawać pytania
uwolnić się od pozorów dzieła sztuki
nie bać się widzieć twórczość jako zadanie
szanować ukryty ład istnienia
poza granicami materialnego świata
być pojedynczym
ale nie samotnikiem
wyprowadzić się z brudnej rzeki
do czystego oceanu
Julia Hartwig
środa, 1 stycznia 2014
piję cappuccino, tak bardzo chciałabym przestać myśleć, rozstroić się gdzieś leżąc w kącie, nie brzmieć, nie grzmieć.
agresywna względem siebie i otoczenia.
unieszkodliwić.
nie ma wiatru, a ja potrzebuję zimnego powietrza.
potrzebuję, żeby igiełki lodu z gałęzi i liści wspięły się po mnie i wypełniły płuca.
duszę się.
sobą i w sobie.
walczę.
sobą i w sobie.




.jpg)



