Butelka Rosso Montalcino stojąca na szafie vis-à-vis biurka stała się symbolem wszystkich jej marzeń –
zostawiała je na później. Na lepsze czasy? Na odpowiednią chwilę? Czerwone
wino, przywiezione rok temu z Toskanii, teraz miało 5 lat. Kiedy przekroczy
granicę bycia starszym, czyli lepszym? Może dopiero, gdy wymieni je na lepszy
model? W tym roku jej wyjazd do Włoch chyba nie dojdzie do skutku, nikt nie
motywował jej, by wzięła się w garść i zaklepała jakikolwiek wyjazd. Sama miała
widocznie zbyt mało motywacji, a przecież, paradoksalnie, bardzo pragnęła
wyjechać do Italii, a może właśnie, chciała być tam zabrana?
Chciała być bagażem, nie tym ciężkim i nieznośnym, ale kolorowym tobołkiem,
który zabiera się ze sobą na dziecinne wyprawy, chustą w grochy zawiązaną na
końcu kijka. Chciała być ważnym pakunkiem, może nawet skarbem, ale się do tego
nie przyznawała. Chciała nie przeszkadzać, ale towarzyszyć.
Chociaż potrafiła przywołać w pamięci te wieczory, kiedy spacerowała po
mniej lub bardziej krętych uliczkach średniowiecznych miasteczek Toskanii; była pewna, że czuje nawet zapachy rozgrzanych
kamieni, tych tworzących ściany domów, oraz tych okrutnie zadeptywanych;
wiedziała, że magia przepadła. Magia bycia, tam i wtedy, nie tu i teraz. Ostatnio
odważyła się zamówić cantuccini do herbaty; podane w przeźroczystej szklance,
jak swojskie paluszki, nie przemówiły do niej. W jednej z „włoskich restauracji” zaobserwowała sposób jedzenia pizzy,
angażujący wielki talerz, sztućce, oliwę i ocet balsamiczny. Nauczyła się tego
dopiero przy Rynku w Krakowie, nie we Włoszech. Właściwie to zaskakujące, że
nigdy nie widziała Włochów jedzących pizzę.
Przez cały rok akademicki uczyła się włoskiego, łapała rytm, pod koniec odczuwała nawet fizyczną potrzebę wspierania wypowiedzi wymachami rąk. Miała swoje ulubione słowa, chociaż we włoskim o to nie trudno, bo najprostszy przymiotnik brzmi jak obietnica cudowności. Wyłapywała nawet „rodowitych” z tłumów zalewających teren około Sukiennicowy, by tylko móc posłuchać żywego języka, a nie tego dziwnego robota z taśmy przyklejonej na końcu podręcznika.
Przez cały rok akademicki uczyła się włoskiego, łapała rytm, pod koniec odczuwała nawet fizyczną potrzebę wspierania wypowiedzi wymachami rąk. Miała swoje ulubione słowa, chociaż we włoskim o to nie trudno, bo najprostszy przymiotnik brzmi jak obietnica cudowności. Wyłapywała nawet „rodowitych” z tłumów zalewających teren około Sukiennicowy, by tylko móc posłuchać żywego języka, a nie tego dziwnego robota z taśmy przyklejonej na końcu podręcznika.
To wszystko zatem robiła na marne? A może wciąż ma ukryty plan w postaci last
minute – tej faktycznej, to jest oferty na stronie internetowej; oraz tej
mentalnej – we własnej świadomości. Czy mogłaby się wreszcie przyznać jak
bardzo jej na tym zależy? Nie na samym wyjeździe, ale wyjeździe z kimś. Jej
wrodzona wsobność była jej przekleństwem i zaszczytem zarazem. Chłonęła wszystkie wydarzenia w życiu, a przede wszystkim
sztukę, nie dzieląc się z nikim, pożerała ją ekstatycznymi wybuchami nowo
odkrytych obrazów oraz rzeźb. A gdyby tak obdzielić tym kogokolwiek? Nie tylko
z egoistycznych pobudek, przez widmowy strach załatwiania i dzwonienia. Tak
zwyczajnie, z ludzkiej potrzeby prze-życia.
Szukam towarzyszki podróży. Studentka, lat 21, względnie
niekonfliktowa, zajmująca się historią sztuki…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz