piątek, 31 sierpnia 2012

010

Niestabilność jest bardzo dysfunkcyjna. A ta umysłowa to już w ogóle wszystko sponiewiera.
I tym razem nie chodzi tutaj o mnie.

Cóż, też raczej spodziewałam się notki w stylu 'zaczęłam remont, jest świetnie'.
Ale oczywiście, że nie jest. To niemożliwe, żeby zbyt długo było fajnie, żeby tak sobie sielankowo trwało w nieskończoność.

Dostać w twarz od życia, to cholernie boli.

Niesamowite jak jedna zwykła rozmowa, uwaga rzucona od niechcenia jest w stanie wywołać tak wielką emocjonalną burzę, tornado myśli, nawałnicę wniosków.
Wybaczcie porównania, coś wisi w powietrzu- zaczęło padać, tracę wątekherbata stygnie.


Brakuje mi słów, tak wiele we mnie myśli, ale nie wiem co chcę napisać. W międzyczasie poczytuję Mrożka, to miło kolego, że cierpimy na to samo.
Okresowe niedomaganie istnienia''

Jak długo można istnieć tylko udając, że się istnieje. Uśmiechać się, kiedy nie ma się na to ochoty,  słuchać, kiedy już dłużej nie da się tego znieść.
A no można, ja tak miałam przez jakieś 6 lat mego zacnego życia. Teraz czasami wracam do tego uroczego hobby. Cóż, przydaje się taka umiejętność.
Odciąć się od mojego 'ja', od naszego 'my'.
Być tutaj, będąc poza.

Uciekać, tracić, zamykać się.
Teraz już nie mogę. Nagle okazało się, że to ja muszę zaradzić całej sytuacji.
'Och, klaudia jest dorosła, zwalmy na nią cały świat, niech wszystko to, co tak mozolnie sobie układała rozsypie się w drobny pył, niech się jeszcze tym dusi, niech nie może oddychać'

Nie, nie mogę napisać wprost co się stało, to nie miejsce na całą historię mojego marnego życia ani mojej rodziny. Ja tu tylko wyrzucam z siebie moją bezradność.
Nienawidzę jej.

Ale to nie chodzi o mnie, to co czuję jest nie istotne. Muszę to wszystko zostawić.
Będę teraz walczyć, jest ktoś komu jestem to winna.

środa, 29 sierpnia 2012

009



Postanowiłam zwalczyć ten zalewający krew 'karmazynowy przypływ'. Jutro jadę po farbę.
Zdałam sobie sprawę z tego, że mój pokój to absolutna śmieciarnia, a ja potrzebuję przestrzeni.
Sentymentalnie pstrykam wszystkie moje ukochane detale pokoju.
Nie ma wyjścia ani odwrotu. Zmiany są dobre. New day, new world i takie tam.
Poza tym, zawsze chciałam zrobić papierową czapkę i bezkarnie mazać wszystko farbą.

008

A mnie coraz bardziej się wydaje, że tylko tyle będzie świata, ile zdołam go wyprodukować
 Stąd może to moje 'ja sama', 'ty nie umiesz, nie wiesz jak', 'ja wiem lepiej', 'chcę teraz zaraz'. To poczucie, że wszystko zależy ode mnie, że tylko ja wiem co najlepsze. Dlatego robię swoje, po swojemu.
Zdjęcia i notatki są moje. Są moim światem, w którym czuję się najlepiej, bo to ja go stworzyłam.
To skoro już tak mrożkonizujemy, zahaczę o 'Tango' i Artura- pakiet idei, pośrednio Mrożka, bezpośrednio moich. Pamiętam, że pani M. pochwaliła moją rozprawkę o nim, bardzo dobrze go czułam, sukces. Wydaje mi się, że mam ją gdzieś jeszcze w otchłaniach laptopa, miło byłoby do niej wrócić. (To dobry pomysł? Czy jeśli ktokolwiek to czyta chciałby poznać też moje edukacyjne rozprawki?) Och, sporo tego wszystkiego się nazbierało przez te 3 lata, miałam dobrą atmosferę do pisania. Powinnam to jakiś skatalogować, albo chociaż upchać w jedno miejsce.
Kawa stygnie, zajęłam się szukaniem, straciłam wątek.

007

Wydaje mi się, że jestem już gotowa. Podbić świat, żyć, takie tam.
Wszystko jest ze mną wewnętrznie w porządku, no może poza paroma natręctwami (jak uciekanie przez pół sklepu, bo zobaczyłam znajomego, którego się nie spodziewałam)
Tak więc, jedyne nad czym muszę pracować to ta cholerna peszota i rozdzierająca panika. Od dawna szukam odpowiedzi, wytłumaczenia dlaczego zachowuję się tak a nie inaczej w takiej i takiej sytuacji. Cóż, wydaje mi się, że do momentu, w którym sobie tego psychologicznie nie wyłożę, chyba nigdy tego nie wyplenię. Dostałam już wiele komunikatów w deseń 'jesteś dziwna'. No dobra, czyli, że normalna nie jestem, czyli nie reaguję jak na cywilizowanych ludzi przystało. Mówię 'dzień dobry' do rówieśników, a przecież mówi się 'hej'. Paraliżuje się przy ludziach płci przeciwnej tak, że doprawdy dumna jestem kiedy uda mi się jako tako podtrzymać rozmowę 'jak tam, a leci po staremu'.
Do tej pory myślałam, że to chodzi o jakąś blokadę fizyczną, coś na zasadzie, że kiedy byłam mała, mamusia tykała mnie końcem kija, bo nie chciała mnie przytulać. Ale z tym sobie jakoś radzę (czyt. dumna jestem- tańczyłam z obcymi ludźmi na weselu). A więc, co takiego siedzi mi w głowie, że mówi mi, że zawsze lepiej uciec, uniknąć konwersacji? Przecież lubię paplać. Ot, taki tam szczegół, muszę tego kogoś znać jakieś 3 lata.
W sensie, nie ufam.
Jak zaszczuty lis.
Tak po prostu, bezpodstawnie.
Jeśli ktoś ma na tyle cierpliwości, by podchodzić do mnie co chwilę, ośmielać mnie, zagadywać, uśmiechać się, jest duża szansa, że się przed nim otworzę, odpowiem, roześmieję się.
Ale przecież to nie każdy wie, że tak trzeba się do mnie doczepić, szkoda czasu, dziwne to jakieś. Lepiej wyjść z założenia, że jestem dzikusem.
Tak więc grono ludzi, z którymi na prawdę rozmawiam nie jest liczne. Dlatego też jestem tak bardzo do nich przyzwyczajona. Każda osoba, która ze mną wytrzyma ten chrzest bojowy, jest moim sojusznikiem.

Jestem bardzo przywiązana, uwiązana, zawiązana.

wtorek, 28 sierpnia 2012

006


jesień we mnie siedzi. mentalnie melancholijnie.
a bo ja wiem dlaczego. znielubiałam się ze słońcem ostatnimi czasy, bardzo mnie męczy i zabija blaskiem. co za jasno to nie zdrowo. poza tym, wolę chodzić w długich spodniach i swetrach.
    przeglądając foldery, zdałam sobie sprawę, że nie zrobiłam ani jednego zdjęcia motyla. tego ukochanego, za którym kiedyś byłam w stanie przebiec przez pół wsi.
to przez maj, przez to, że wszystko było tak cudnie lekkie, wolne, a ja miałam maturę. tak bardzo ją miałam, że umknęły mi pierwsze pąki i kwiaty na drzewach. obraziłam się na wszystko o wszystko.
mam chyba inny rodzaj wrażliwości. skąd go mam, to też nie wiem.
winię determinizm.
to, że żyjąc na polskiej wsi, skazana byłam na chopinowskie wizje świata- jesiennego, zamazanego, rozmazanego, mglistego, lekko ciężkiego, zamyślonego.
i tak mi zostało, szukam smug światła, bo boję się tego, co ukazać może pełne słońce.

005

Siedzi sobie człowiek spokojnie pijąc kawę, z względnym poczuciem stabilności, aż dostrzega nowy katalog IKEA. Wszystko staje na głowie, nic się już we własnym pokoju nie podoba, a wielki podskórny kolekcjoner i 'chcę to tu i teraz' zagłusza wszystkie racjonalne myśli.

Bez głębszego sensu jest to moje gniazdko. Wiję je sobie, gromadzę dziwne i niepotrzebne bibeloty od paru ładnych lat.
Nie jestem na to za stara?
Toż to najbardziej rozpraszające miejsce na świecie chyba jest.
I ten czerwony, nie, nie 'karmazynowy przypływ' na ścianie. Ja na prawdę nie lubię tego koloru.
Czy to mnie tak przytłacza? Prywatne, na własne życzenie, cztery ściany aż tak mnie dobijają?

Nawet jeśli zdecydowałabym się na remont ostateczny, to za nic nie postawiłabym na jeden styl, który miał by tu zapanować. Bo niby beże i delikatne motywy kwiatowe, niby greckie błękity, a najlepiej to skandynawski minimalizm. No ale co wtedy z mocniejszymi akcentami i ramami na ścianę. A przecież ja tak lubię fiolet i ultramarynę, co z nimi.

Koniecznie potrzebuję mieszkania.
Małe, moje, namieszane.


Wypiłam kawę, mam już cały plan.
Zrobię to co zwykle, recykling. Z tego co mam, minimalnym kosztem, może uda mi się tu zaprowadzić ład
i harmonię, iście zen'owski układ. 
Jestem w końcu studentką, Jack Sparrow na ścianie lekko rozprasza wielkie złote myśli.

004

Przyzwyczajenie to narodziny rzeczywistości"
- to Mrożek. Teraz w sumie będzie sporo o Mrożku, z Mrożkiem i dla Mrożka, bo czytam ten jego dziennik, ot jeden tom z trylogii ma sobie 715 stron.
Czasami ciężko jest nadążyć meandrami rozkorzenionych myśli.
I jego i moich.

Tak czy tak, doszłam do wniosku, że to dość znaczące, że zakreślam jego myśli, jako moje, w sensie mnie odpowiadające, czy mówiące do mnie w ogóle. Okazuje się, że w paru zdaniach, bądź jednym nad wyraz długim, wyjaśnia wszystko nad czym głowiłam się całymi dniami.

No więc jak to jest z tą rzeczywistością. Faktycznie opiera się na przyzwyczajeniu. Tym złym, które prowadzi do rutyny, która jest jeszcze gorsza. Zżera wszystkie chęci i 'a gdyby tak'. Z góry skazuje na niepowodzenie i nie wiedzenie się wcale.
Nie oznacza to, że każdego ranka powinno się przyrządzać kawę w inny sposób, czy nie daj boże, z innego gatunku, fuj.
Pewnie chodzi o jakiś inny, zewnętrzny impuls. Zbieg wydarzeń, okoliczność nie zależna od nas, coś co sprawi, że robienie kawy będzie wydawało się inne. Pies, który znienacka wpada w kwiatki pod oknem? Coś większego? Poważniejszego? Bardziej komunikatywnego? Człowiek.
Człowiek, z którym trzeba rano porozmawiać. No bo jak już się powie sławienne ;dzień dobry; to pasuje już brnąć dalej. 'Jak tam, a po staremu'- nie bardzo mi to odmieni tę kawę. 'Co z przyszłością'- zapętli mózg na zbyt długo, nie nadaje się. Ale coś jak 'co myślisz o ostatnim filmie jaki obejrzałaś' albo 'co czytasz' - o, tu pojawia się światełko w tunelu. W kolorze ultramaryny. A no bo takie widzę jak wyobrażam sobie ten tunel, nie białe czy czerwone, moje światełko to ultramaryna.
No tak więc, inteligentny bodziec zamknięty w człowieku obok. A gdy bodźca i człowieka brak, to trudno też o światełko, iskrę czy jakikolwiek tam prąd napędzający życie.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

003

Jakiś czas temu dostałam dość niesamowitą wiadomość od jeszcze bardziej niesamowitej osoby. Ogólnie rzecz ujmując, była to propozycja rocznego wyjazdu w 'baśniową trasę teatralną', która to zakładała ot ich- grupę teatralną i ot mnie- objazdem przez całą Polskę. Wszystko niby opłacone i zaplanowane, zabawa cudowna, co się rozumie samo przez się, no i nawet jakieś zarobki poniekąd też. Ale nie to mnie tak uderzyło (zaraz po tym, że przecież jak to, skoro ja teraz się dostałam na studia marzeń), to walnęło we mnie to, że nazwano mnie, i potraktowano jak aktorkę.
którą przecież nie jestem.

To, że przebieram się w kostiumy i recytuję tekst, nie robi ze mnie aktorki, pokręcone drag queen raczej.

Nie wiem jak to sobie tłumaczyć.
Może nie powinnam w ogóle sobie tego tłumaczyć.
Chodzi po prostu o to, że nie lubię etykietek, naznaczania, wyznaczania i szufladkowania.
Nie jestem aktorką.
Tak samo jak nie jestem fotografem.

Może ze mną to jak i z zacnym panem Mrożkiem, poza formę, poza formę.


002



to dość dziwne, i wciąż tak dziko obce uczucie, gdy spełnia się marzenie.
to siedzące głęboko we mnie i tylko dla mnie, sięgające jeszcze daleko mojej podświadomości, archetypów dzieciństwa, bohaterów bardziej i mniej literackich.

'dobra robota, klaudia' - nigdy wcześniej tak sobie nie pomyślałam.
miło tak. dla odmiany. w ogóle.

001

Kolejny tydzień poza domem uświadomił mi, że tak właściwie to ja domu nie mam. Miejsce, w którym mieszkam na co dzień, nie jest tym, w którym czuję się najszczęśliwsza, czy szczęśliwa w ogóle.
Nigdy nie czekam z utęsknieniem na kolejny poranek, kawę, wymianę myśli. Nie mam z kim. Za bardzo się przyzwyczaiłam, za bardzo znam. A może właśnie nie znam.
Przez kilknaście moich lat nigdy nie uzyskałam odpowiedzi. Nie zadano mi żadnego pytania. Nie odbyła się żadna rozmowa.
Mówimy do siebie, ale nie rozmawiamy. Słyszymy, ale nie słuchamy.

Jest mi tu źle. To chyba niedobrze tak sobie zdać z tego sprawę. Nie chodzi o to, że poznałam lepsze i do niego mnie ciągnie. Chodzi o to, że zrozumiałam marność wszystkiego i wszystkich wokół.
Rybce w akwarium nie wystarczy namiastka tlenu produkowana w hermetycznych bąbelkach filtra. Nie wytrzyma w towarzystwie innych,  tak samo uwięzionych. Widok płaskiej, plastikowej makiety z oceanem nie sprawi, że poczuje się wolniejsza. Jeśli zda sobie sprawę ze swojego uwięzienia, już nigdy nie będzie radośnie pływała wokół akwarium. Będzie czekała na ratunek. A czekając, sama nie popłynie nigdzie dalej.