jestem najprostszą wersją siebie
od lat.
ciemne dżinsy, czarne i białe podkoszulki; ciemnobrązowe włosy; proste dodatki.
nie chodzę na zakupy dla siebie, dzisiaj nie mogłam sobie przypomnieć kiedy ostatnio byłam na zakupach sama, kiedy kupiłam coś, bo po prostu mi się podobało. teraz szacuję, czy się opłaca, zostawiam na później, porównuję jakość materiału i wykonania.
tak jest lepiej.
trzy miejsca zamieszkania rozłożyły wszystkie moje rzeczy: na te używane na co dzień, te wiejskie i wygodniejsze i te, o których już w ogóle nie pamiętam.
redukcja szumu i koloru wokół siebie pozwala mi się wyciszyć. pewnie wciąż chciałabym całe ściany zaklejone plakatami, teraz jednak wybrałabym inne, bardziej minimalistyczne.
nie potrzebuję manifestować się w rzeczach, które posiadam. nie muszę mieć czerwonych okularów lenonek, bo wolę zwykłe czarne z faktycznym filtrem uv.
redukuje mi się też psychika. nie, że się nie rozwijam, nie oglądam, nie czytam i nie myślę. nie tracę wielkich połaci energii na stres, panikę i nerwicę.
czasami wychodzi, czasami zupełnie nie. czasami biegnę kilka kroków od przodu, a czasami cofam się o kilkanaście w tył. ale rozumiem procesy, które we mnie zachodzą. eliminuję te, które tylko przeszkadzają i niszczą.
depersonalizacja paradoksalnie przypomina mi o personie, od której uciekam i odchodzę. dwa kroki od siebie, to później trzy kroki w głąb. i może kołyszę się po ścieżce i zataczam jak pijana, bo niby po co tak idę do przodu i do tyłu i w bok. ale przynajmniej wykonuję jakiś ruch.
winię zimę, winię pośpiech i ciemności, winię słabe zajęcia na uniwersytecie, zmieniam zdanie, chcę należeć, buntuje się, zmieniam wydział, nie wiem.
piątek, 17 lutego 2017
piątek, 20 stycznia 2017
do pracowania (pisania) potrzebna jest zakładka incognito - bez przyczepionych stron w prawym górnym rogu. małe ikonki bezwiednie zmuszają to ciągłego klikania na nie i odświeżania strony, nawet jeśli zrobiło się to dosłownie kilka sekund temu. pusta przeglądarka do sprawdzania bibliografii i niejasnych spraw, nic więcej.
chyba, że jeszcze posprzątane biurko i dzbanek herbaty.
mózg posprzątany też by się przydał.
wróciłam do ćwiczenia, ciało wciąż odległe i nieposłuszne głowie.
dzisiaj chyba znowu nie będę zbyt produktywna, po raz kolejny spełnia się założenie, że powinnam pisać wtedy, kiedy mogę; więc dobrze, że kiedyś rozpisałam sobie cały szkielet tekstu. jeszcze zdążę go wykończyć.
czytam Proteusza i radykalną wyobrażeniowość.
chyba, że jeszcze posprzątane biurko i dzbanek herbaty.
mózg posprzątany też by się przydał.
wróciłam do ćwiczenia, ciało wciąż odległe i nieposłuszne głowie.
dzisiaj chyba znowu nie będę zbyt produktywna, po raz kolejny spełnia się założenie, że powinnam pisać wtedy, kiedy mogę; więc dobrze, że kiedyś rozpisałam sobie cały szkielet tekstu. jeszcze zdążę go wykończyć.
czytam Proteusza i radykalną wyobrażeniowość.
czwartek, 12 stycznia 2017
you don't grow when you're comfortable
kalendarz z moleskine spełnia swoją powinność - mobilizuje do cotygodniowego zapełniania pustej kartki po prawej stronie.
ja trochę też spełniam swoją powinność - sama wyznaczam małe cele i podejmuję małe kroki. wystarczy zatrzymać się sekundę dłużej nad ofertami i propozycjami wyskakującymi na feedzie i podjąć decyzję "zrobię to w tym tygodniu". tyle wystarczyło, żeby zanieść do Massolitu karmę dla zwierząt; umówić się na konsultacje z jednym z profesorów; pójść na zebranie katedry krytyki literackiej; rekrutować się do redakcji fundacji piszącej o/rozpowszechniającej sztukę - a to dopiero połowa tygodnia.
da się.
muszę sama się zorganizować, nie czekać na sygnały/prośby i groźby z zewnątrz. po mojemu, w swoim czasie.
czytam kolejną książkę z półki "do przeczytania"; kończę kolejne seriale.
wystarczy utrzymać takie tempo i zaangażowanie; wystarczy pilnować samej siebie.
powoli wracam na dobra drogę - po regresie fobii społecznej z połowy grudnia i cofnięciu się o kilkanaście kroków, zaczynam robić małe kroki do przodu.
prezentacja na seminarium okazała się całkiem zabawnym doświadczeniem, od nowa muszę pracować nad utrzymywaniem kontaktu wzrokowego, ale jestem na to gotowa - dla mojego dobra. nie robię nikomu łaski, robię sobie dobrze. nieznajomy doktorant napisał mi później, że mam "szalenie interesujący temat" oraz, że zrobiłam "świetną prezentację".
potrafiłam śmiać się z własnych przejęzyczeń i dogadywać panu promotorowi. krok do przodu.
powoli kończę tekst na Identyfikacje Zagłady, prawie trzy tygodnie przed terminem. nerwica ma swoje plusy, od roku uczę się ją wykorzystywać - tak jak ona wykorzystywała mnie całe życie. in your face, little bitch.
ostatnio wyszły dwie książki, które poruszały wątki (kropka w kropkę), którymi chciałam się zając badawczo w ciągu kilku następnych lat. nie będę pierwsza, ale to chyba znaczy, że idę w dobrą stronę.
uczę się odpuszczać i godzić się z tym, że niektórzy ludzie nie będą już częścią mojego życia - tak się po prostu chyba dzieje. przynajmniej mogę mieć czyste sumienie, bo próbowałam coś z tym zrobić - widocznie w niektórych przypadkach decyzja nie należała do mnie.
nie wszystko należy do mnie/zależy ode mnie; krok do przodu.
poniedziałek, 9 stycznia 2017
sześć miesięcy, jasna cholera. pół roku.
to nie jest tak, że nie mam czasu na pisanie; nie mam ochoty ani nawyku.
nowy rok nie jest niczym nowym, sylwester nie różnił się niczym od zwykłego dnia. znowu miałam pretensje do siebie, do m., do świata - bo nikt się nie domyśla czego ja chcę, bo sama nie mam najmniejszego pojęcia.
jakie plany? promotor mówi, że bronię się w czerwcu - jako pierwsza. potem rekrutuję się na doktoranckie, bo on, mój promotor, jest przewodniczącym komisji i stawia na mnie sporą sumkę - wiary i nadziei. czy napawa mnie to dumą? entuzjazmem chociaż? nie wiem, wciąż jestem tą gówniarą, która tkwi w zawieszeniu pomiędzy potrzebą docenienia a potrzebą pozostawienia mnie samej sobie, do zgnicia.
dostałam listy szymborskiej i filipowicza - nie czytam, bo się boję. boję się, że coś uruchomią, że włączą mi tęsknotę do czegoś/kogoś/po coś.
m. od paru dni gra online z nowymi znajomymi, jest głośno i denerwuję się obecnością obcych głosów w moim pokoju; ale m. często się śmieje, więc godzę się na wszystko. przenoszę się z laptopem, notesem i książkami na rozwalającą się sofę stojącą w rogu pokoju - zamiast pracować głównie oglądam grę o tron.
czasami zatrzymuję się na kilka sekund nad ogłoszeniami o pracę, które widzę sporadycznie na fb - sprawdzam wymagania, porównuję się i zazwyczaj dochodzę do wniosku, że mogłabym to zrobić.
bardzo często zastanawiam się też nad pójściem na historię sztuki - już teraz na magisterce tekstów kultury nudzę się cholernie - czworo zajęć w tygodniu, w tym blok, który jest absolutnie niestrawny oraz ćwiczenia, których bardzo nie lubię. gdyby nie to, że mam w miarę dobry pomysł na magisterkę i codziennie coś przy tym dłubię, to szlag by mnie trafił. perspektywa doktoratu i jeszcze większa ilość pustych godzin wydaje się pomysłem raczej samobójczym. bo generalnie pomysł na doktorat również mam i gdyby okazało się, że mam wolne całe tygodnie, napisałabym to w niecały rok, a nie parę lat. tak jest, nadgorliwość gorsza od faszyzmu.
desperacko potrzebuję zmiany - zmiany grafiku, planu zajęć, sal zajęciowych, ludzi. ludzi szczególnie. paradoks, co nie? niby taki hardy ze mnie introwertyk i domator, a o brak ludzi do rozmawiania się złoszczę.
źle się stało, że proces walczenia z fobią społeczną nie był połączony już wcześniej z nowym środowiskiem. magisterskie są niby w innym składzie, ale znowu - przegapiłam moment, w którym mogłabym pokazać się od innej strony i teraz jest już zwyczajnie za późno. mówię tylko "dzień dobry", telefon i mesendżer milczą całymi dniami i tygodniami. mam wrażenie, że wszyscy o mnie zapomnieli i wcale im się nie dziwie - skoro sama milczę całymi dniami i tygodniami, to dlaczego niby ktokolwiek miałby się do mnie odzywać.
wydaje mi się, że chociaż rok na historii sztuki trochę by wszystko uporządkował, zwłaszcza, że nie będzie nade mną presji ocen i średniej do stypendium, bo będzie to doktoranckie a nie studenckie. oczywiście, nie podejmę decyzji bez teorii spiskowych, więc zmieniałam podejście już kilkanaście razy - ostatnio przeszkadzało mi to, że na pierwszym roku jest łacina. a przecież o to własnie, cholera jasna, chodzi. żebym codziennie miała coś do robienia, nawet jeśli ma to być wkuwanie inklinacji. właśnie to chciałam robić, zanim zaczęłam to "nowoczesne" kulturoznawstwo. chciałam siedzieć w bibliotekach i starych kawiarniach, chciałam czytać stare książki i chciałam umieć rozpoznawać style kolumnad i kariatyd i chciałam chodzić do muzeów i galerii.
chciałabym zapraszać znajomych do naszego ładnego mieszkania, chciałabym, żeby ludzie przychodząc tutaj już od progu mówili "ale tu pachnie kawą" i chciałabym, żeby chcieli tu wracać.
przemowa Meryl na Złotych Globach była bardzo odważna i inspirująca. chciałabym być odważna i inspirująca.
to nie jest tak, że nie mam czasu na pisanie; nie mam ochoty ani nawyku.
nowy rok nie jest niczym nowym, sylwester nie różnił się niczym od zwykłego dnia. znowu miałam pretensje do siebie, do m., do świata - bo nikt się nie domyśla czego ja chcę, bo sama nie mam najmniejszego pojęcia.
jakie plany? promotor mówi, że bronię się w czerwcu - jako pierwsza. potem rekrutuję się na doktoranckie, bo on, mój promotor, jest przewodniczącym komisji i stawia na mnie sporą sumkę - wiary i nadziei. czy napawa mnie to dumą? entuzjazmem chociaż? nie wiem, wciąż jestem tą gówniarą, która tkwi w zawieszeniu pomiędzy potrzebą docenienia a potrzebą pozostawienia mnie samej sobie, do zgnicia.
dostałam listy szymborskiej i filipowicza - nie czytam, bo się boję. boję się, że coś uruchomią, że włączą mi tęsknotę do czegoś/kogoś/po coś.
m. od paru dni gra online z nowymi znajomymi, jest głośno i denerwuję się obecnością obcych głosów w moim pokoju; ale m. często się śmieje, więc godzę się na wszystko. przenoszę się z laptopem, notesem i książkami na rozwalającą się sofę stojącą w rogu pokoju - zamiast pracować głównie oglądam grę o tron.
czasami zatrzymuję się na kilka sekund nad ogłoszeniami o pracę, które widzę sporadycznie na fb - sprawdzam wymagania, porównuję się i zazwyczaj dochodzę do wniosku, że mogłabym to zrobić.
bardzo często zastanawiam się też nad pójściem na historię sztuki - już teraz na magisterce tekstów kultury nudzę się cholernie - czworo zajęć w tygodniu, w tym blok, który jest absolutnie niestrawny oraz ćwiczenia, których bardzo nie lubię. gdyby nie to, że mam w miarę dobry pomysł na magisterkę i codziennie coś przy tym dłubię, to szlag by mnie trafił. perspektywa doktoratu i jeszcze większa ilość pustych godzin wydaje się pomysłem raczej samobójczym. bo generalnie pomysł na doktorat również mam i gdyby okazało się, że mam wolne całe tygodnie, napisałabym to w niecały rok, a nie parę lat. tak jest, nadgorliwość gorsza od faszyzmu.
desperacko potrzebuję zmiany - zmiany grafiku, planu zajęć, sal zajęciowych, ludzi. ludzi szczególnie. paradoks, co nie? niby taki hardy ze mnie introwertyk i domator, a o brak ludzi do rozmawiania się złoszczę.
źle się stało, że proces walczenia z fobią społeczną nie był połączony już wcześniej z nowym środowiskiem. magisterskie są niby w innym składzie, ale znowu - przegapiłam moment, w którym mogłabym pokazać się od innej strony i teraz jest już zwyczajnie za późno. mówię tylko "dzień dobry", telefon i mesendżer milczą całymi dniami i tygodniami. mam wrażenie, że wszyscy o mnie zapomnieli i wcale im się nie dziwie - skoro sama milczę całymi dniami i tygodniami, to dlaczego niby ktokolwiek miałby się do mnie odzywać.
wydaje mi się, że chociaż rok na historii sztuki trochę by wszystko uporządkował, zwłaszcza, że nie będzie nade mną presji ocen i średniej do stypendium, bo będzie to doktoranckie a nie studenckie. oczywiście, nie podejmę decyzji bez teorii spiskowych, więc zmieniałam podejście już kilkanaście razy - ostatnio przeszkadzało mi to, że na pierwszym roku jest łacina. a przecież o to własnie, cholera jasna, chodzi. żebym codziennie miała coś do robienia, nawet jeśli ma to być wkuwanie inklinacji. właśnie to chciałam robić, zanim zaczęłam to "nowoczesne" kulturoznawstwo. chciałam siedzieć w bibliotekach i starych kawiarniach, chciałam czytać stare książki i chciałam umieć rozpoznawać style kolumnad i kariatyd i chciałam chodzić do muzeów i galerii.
chciałabym zapraszać znajomych do naszego ładnego mieszkania, chciałabym, żeby ludzie przychodząc tutaj już od progu mówili "ale tu pachnie kawą" i chciałabym, żeby chcieli tu wracać.
przemowa Meryl na Złotych Globach była bardzo odważna i inspirująca. chciałabym być odważna i inspirująca.
Subskrybuj:
Posty (Atom)