ilość sprowadzanych przeze mnie albumów fotograficznych do domu jest wprost proporcjonalna do ilości kubków z zaschniętą kawą stojących na stoliku.
jest ich dużo.
kilka albumów musiałam wypożyczyć. oprócz narzekania na zmienny środek ciężkości w drodze, nie ubyło mi niczego więcej. a właściwie, to przyszło całkiem sporo. zasiałam nowe kadry w głowie. teraz tylko kwestia przyszycia sobie paska aparatu do szyi. nie wiem, dlaczego mam taki problem z noszeniem go ze sobą.
jest też album Witkacego, niby też musiałam na zajęcia, ale tak po prawdzie, to skradałam się do niego już od dłuższego czasu. jak zwykle, niby wiem, że mogę go obejrzeć, a jednak coś mówi, że jeszcze nie.
nie oczekuję zrozumienia, tak się tylko dzielę refleksją.
grudniowość mi się dzieje w głowie za wcześnie.
grudniowość to naprawdę stan duszy.
i to nie ma związku ze świątecznością (znaczy ma, ale to raczej pejoratywna strona, co roku zwyczajnie zalewa mnie irytacja, wychodzę z siebie i staję obok).
chodzi mi o grudniowość zawieszoną w przestrzeni (i nie, tu również nie chodzi o iskrzące się łańcuchy i bombki/bańki, czy co tam Państwo wieszają u siebie pod strzechą).
chodzi o napięcie powietrza, może tak się ono napina od tego oczekiwania na święta właśnie; nie wiem, ja wyczuwam tylko ogólność.
ogólność ciepła i dziwnego przeczucia. ogólność wielkich szalików i rękawic i jeszcze większych swetrów. skrzypiący śnieg. długie płaszcze. postawione kołnierze. względny pośpiech.
galerie *brońboże* nie handlowe oraz kina. jest wtedy w nich jakoś inaczej, milej?
dla socjopaty względnie akceptowalne. nie ma w tym nachalności i cielesności, bo każdy jest sam sobie opatulony i nie ingeruje za bardzo.
najbardziej lubię muzea w grudniu, względnie w styczniu. czuję się wtedy najbezpieczniej.
sama w sobie i z innymi.
obejrzałam wczoraj fragmenty Bridget Jones, nie mam pojęcia dlaczego akurat wtedy i akurat to. tam jest chyba trochę tej auratyczności. podobnie działa Love Actually, ale wiem, że na to powinnam jeszcze chwilę poczekać.
kawa mi wystygła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz