fajnie jest złapać za telefon i nie doznając żadnych urazów wewnętrznych (jak krwotok albo zawał) załatwić jakąś sprawę. państwo mogą nie kojarzyć, ba, czuć współczucie dla mojego sieroctwa życiowego, albo może trochę zażenowania, ale cóż, tak było. B-Y-Ł-O. to trochę nie-do-uwierzenia, trochę irracjonalne, trochę smutne, nie zmienia to jednak faktu, że mogę sobie za to dawać gwiazdki, bo cholera, zasłużyłam. i nawet jeśli to nie jest wprost proporcjonalne do włożonego w to wysiłku (bo ileż to złapać za telefon), to odkąd sobie tutaj rządzę, to tak właśnie będzie.
byłam też dzisiaj na dyżurze, nadrobić kwestię feministyczną. ponoć mam potencjał, ale proszę mi wierzyć, po przemaglowaniu tych wszystkich tekstów teoretycznych, mnie się po prostu nie chce zajmować jakiegokolwiek stanowiska. to się tak trzeba okopać teorią i dyskursem z każdej strony, że ja dziękuję, postoję. najlepiej w bezpiecznej odległości od tych wszystkich kobietystek, współ-sióstr, kobiet-pająków i innych, mniej lub bardziej podmiotowo czy cieleśnie zagrażających mi bytów.
bezczelnie przytwierdziłam plakat ze spektaklu ze Stenką do gwoździa na ścianie. lepiej, żeby wisiał tak, niż leżał nijak.
sporo piszę (i trochę nawet rysuję) w czarnym notatniku, poważnie te linijki we wcześniejszym tak mnie blokowały?
jutro na seminarium znów Kantor. wygadałam (wypisałam) się do M.
całkiem fajny z niego słuchacz (czytacz). potrafi, tylko mu się czasami wydaje, że nie potrafi.
muszę wybrać jeszcze jedną z brzydko-przedrukowanych fotografii ze spektaklu. z wyborem postaci nie miałam najmniejszego problemu. Wuj Karol i Wuj Olek i tak będą prześladować mnie do końca świata. a przynajmniej, będziemy spotykać się kilka razy w tygodniu na kawie.
Kraków, moi drodzy, Kraków.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz