Padam, padam- czyli decyzja o nauce języka francuskiego oficjalnie zapadła. Pozostaje jedynie kwestia znalezienia kogoś nader cierpliwego i anielskiego, coby poradził sobie z takim matołkiem jak ja. Językowe niuanse bowiem bardzo bruździły mi przy odbiorze dwóch kolejnych spektakli:
{23.11} Figuren Theater Tubingen & Compagnie Bagages de Sable & Theater Stadelhofen-
Hotel de Rive - Giacomettiego okres horyzontalny [Niemcy-Francja-Szwajcaria] {film}
Mała notka na wstępie: twórczość Alberto Giacomettiego do zapoznania i przyswojenia. Szybkość i niedokładność tłumaczeń, które pojawiały się nad sceną bardzo mnie rozpraszały, a moje przeczucie mówi mi, że to zdecydowanie coś, co warto poznać. Bardzo to Beckett'owskie i dające do myślenia, lubię. Warstwę tekstową póki co muszę zostawić na bocznym torze, jak zatem wizualność i oprawa muzyczna? Bardzo akuratnie, przynajmniej do moich gustów. Znów objawia się moja tendencja do 'mniej znaczy lepiej', więc parę elementów wydawało mi się zupełnie nie współgrać. Tak czy tak, kunszt marionetki (sam jej wygląd!) oraz aktorskie wyczyny Patricka Michaelisa było naprawdę niesamowitym przeżyciem wizualnym.
Les Ateliers du spectacle -
A distances [Francja] {film}
Ach, i to właśnie to, na ca mniej lub bardziej świadomie czekałam cały tydzień! To moja osobista *gwiazda festiwalu*! Jean-Pierre Larroche dokładnie trafił w sedno całego mojego jestestwa i wizualnego poznania. Gdybym tak tylko po francusku mówiła, moim zachwytom nie byłoby końca (umknęła mi cała zabawa słowotwórcza, która zapewne była arcy zabawna) Więc zdana byłam tylko na własne domysły i lektora zamykającego spektakl. Swoją drogą, tekst, który czytał był niesamowity (aż zapisałam sobie, że to Paul Valery- i dziś idę szukać go w bibliotece). Zabieram się do tłumaczenia, co mnie tak uwiodło w tym spektaklu. Ot, nie co- a raczej- kto- sprawa oczywista, że sam twórca pomysłu i wykonawca. Jean-Pierre to cudowna osobowość sceniczna. Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu i jeszcze w odpowiednim otoczeniu. Bawi się przedmiotem, a raczej całą swoją rupieciarnią, oraz samym widzem. Nie wkłada w to żadnego wysiłku, nie gra. On po prostu jest, wszystko wychodzi mu bez wysiłku- co nie znaczy, że nie jest zaplanowane. To kolejny jego kunszt- całe rozpracowanie maszynerii, gagów, sznurków i tasiemek. Jest artystą nietuzinkowym- bardzo czułym na detal, co więcej- aktywnie tworzącym. Na naszych oczach maluje swoje dwa wielkoformatowe portrety. A przyznać muszę, że dla mnie nie ma nic bardziej atrakcyjnego i fascynującego niż obserwowanie momentu twórczego, szczególnie tak udanego.
Larroche otwiera przed nami drzwi do szafy, w której trzyma swoje ulubione rzeczy, mniej lub bardziej przypadkowe. Kreuje nimi świat, który staje się odzwierciedleniem jego samego. Czuje się zaszczycona tym, że mogłam tam wejść i ja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz