środa, 20 listopada 2013

Chciałam wyjść od stwierdzenia, że ostatnimi czasy zupełnie siebie nie poznaję.
Co z jednej strony znaczyłoby, że działam na innych zasadach niż dotychczas; a z drugiej... że siebie znałam... co byłoby uroczym kłamstewkiem.
Dziwne jest to wszystko. W tamtym tygodniu np. miałam nieodparte wrażenie, że żyję w sztuce Strindberga - te wszystkie dramatyczne zawikłania, problemy tożsamościowe, kłótnie i rozstania; no, dużo ciekawych wątków.
Wyszłam z tego inna. Inna od inności, którą wcześniej reprezentowałam.
Paradoksalnie, czuję się trochę pewniej. Nie ogólno-życiowo, bo wciąż chadzam po kruchym lodzie; ale tak codzienno-wydarzeniowo. Nie budzą mnie napady paniki. Może to zbieg okoliczności, może pełnia księżyca, ale w tym tygodniu było dużo lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.


19/11
Miałam trzy spotkania. 11:30 - z młodą-nakręconą doktorantką na teatrologii, po schodach wchodziłam bez bicia serca (znaczy, ono sobie biło, ale nie w ekstremalnej częstotliwości jak to w nerwach bywa) - okazało się, że pokój 61, to drzwi vis-à-vis gabinetu K. - A, to Pani do mnie? - zapytała najpiękniej na świecie, a ja złamałam co najmniej dwa serduszka odpowiadając, że tym razem nie. a może będzie zazdrosna. W każdym razie, i tak zaprosiła mnie do siebie, gdzie czekałyśmy sobie i rozmawiałyśmy sobie, i nadużywałyśmy sobie słówka sobie. Lubię je.
15:00 (po wcześniejszym zwolnieniu się z zajęć w/w K. - doprawdy, było jej przykro, że tak wcześniej ją opuszczam, oddając jej wolną przestrzeń, zaprzestając ciągłego wgapiania się w nią jak ta sroga w gnat, jak ten osioł do sera, jak... no, nie ważne). Spotkanie w sprawie wolontariatu na festiwal Boska Komedia - mini rozmowa kwalifikacyjna. Drżał mi głos? Nie wiem. Oddychałam bez problemów. Utrzymywałam kontakt wzrokowy. 5 punktów dla Ravenclawu.
Mała przebieżka w stronę tramwaju, coby tylko mieć ten zapas czasu na miejscu, coby tylko wcześniej obczaić terytorium, coby poznać rozkład budynku, coby pooglądać ludzi. A, bo tu zaznaczyć trzeba, że to w takiej części Krakowa, co jej nawet GPSy niedowidzą. Jak już znalazłam się na miejscu, znalazłam też karteczkę, która informowała, że spotkanie przeniesiono, nawet wydrukowali mapkę ze strzałeczkami. W tył zwrot, ja się tak nie bawię, nie będę, kopię drzwi i wpadam na człowieka 'hej, ty też na warsztaty?'
Mówię, że ja się tak nie bawię, że nie będę, a on na to, że ma samochód, to kawałek stąd, jak chcę, to mogę się z nim zabrać. Chcę? Mogę? Nie wiem, za dużo filmów widziałam. Obcy człowiek, płci męskiej, koło trzydziestki, dwudniowy zarost, niedopięta  koszulka (o, panie Holmes, widzisz pan to i nie grzmisz). Znaczy grzmi, i mi mówi, żeby to przemyśleć. To przemyślam, dostrzegam grupkę zagubionych ludzi, tak jakby mówili, że się tak nie bawią, że nie będą - podchodzę i mówię, że mamy samochód, że to kawałek stąd, i że jak chcą, to mogą się z nami zabrać.
A no pewnie, Andrzej, Marek, a pan kierowca? A, Bartek, miło mi. A koleżanka to zawodowo fotografuje? Nie, po prostu robię zdjęcia. A, ja to 30 lat w zawodzie, kiedyś, to można było...
Miałam trzech nowych znajomych, płci męskiej. Andrzej miał taki głos i taką inteligencję, że chciałam go zabrać do domu, coby do mnie mówił i mówił. No to mówił, przez całe spotkanie. Nie słyszałam nic, tylko Andrzeja. No dobrze, w końcu też się na fotografii zna. Na części warsztatowej, zasłonili całe studio tymi wielkimi obiektywami, opatrzonymi wielkimi metkami, z wielkimi cenami. Ja, powiedziałam mojej pchełce, nic się nie bój, damy sobie radę. Ale wtedy też pomyślałam sobie, że nie chcę tam być, że skończył się mój dzień, że dzisiaj nie będę już robić zdjęć. Niech oni tam machają sobie drogimi sprzętami i lampami błyskowymi (brr) ja się tak nie bawię, nie będę.

20/11
Pojechałam do Krakowa na jedne zajęcia, czyli czasowo się to miało 1,5 godz do 2 godz - czyli wykład + dojazd. Opłacało się? Ano. Miałam zajęcia z rękopisów, to mówi samo za siebie. Dwa tygodnie temu, czyli przed katastrofą napisałam do prowadzącego maila, że popełniam pracę o Wyspiańskim i czy orientuje się gdzie i jak można pobyć z autografami w/w. Na co on odpisał mi, wtrącając, że rodzina czeka coby nagrobki umyć, ale on koniecznie, ale to koniecznie musi mi odpisać. Więc odpisał, trochę też o Wyspiańskim. W każdym razie, mieliśmy porozmawiać na zajęciach, no, ale się mi porobiło w życiu, więc dopiero teraz mogłam do niego zagaić. Zagaiłam, przypomniałam się, a on na to, że wie, że tak czekał, aż się odezwę, że koniecznie na kawę, bo o Wyspiańskim to można godzinami. [Tutaj alert: spanikowałam i odmówiłam - zupełnie nielogicznie, nie wiem, chyba za szybko. Pogadam sobie z nim tak na korytarzu jeszcze ze dwa lata, to możemy sobie wtedy na kawkę]. Tak czy tak, nakreśliłam prawie zgrabnie cały kontekst, uradował się, pochwalił i zagaił kolejne tematy. Bardzo ładnie się nam rozmawiało, cudownie cytował wielkie fragmenta dzieł zebranych, a ja przytakiwałam, bo przecież pamięci u mnie to same deficyty. Nikt jeszcze do mnie nie mówił Wyspiańskim. O Wyspiańskim jasne, ale nie jego słowami. Dało mi to do myślenia i napisania, kolejne notatki się poczyniły.
Dzień nie miał się skończyć tak szybko, ale licho nie śpi i wzywa do domu. Tak więc, szybciuteńko zbieram się na tramwaj, biegusiem łapię przejeżdżającą 1. Jak już się rozsiadłam jak u siebie, kilka przystanków dalej wsiadł człowiek z walizką, ale bez kapelusza.
Perfumy mu pachniały spirytusem, ale zachowywał się bardzo elegancko, oczywiście wisząc na rurce w moim sektorze. W końcu zapytał mnie jaki to numerek tramwaju, na co ja, że jedynka. Na co on, powiedział, że dzisiaj ktoś go obraził. Chyba wyczytał z mojej zszokowanej miny coś w deseń 'och, doprawdy?' bo kontynuował dalej: - Zapytał mnie, czy może mi wpierdolić. Ale nie zasługiwał, żebym to JA mu wpierdolił. Bo to trzeba zasłużyć! - odgrażał się pięścią przed moim nosem. Zastosowałam technikę oposa, co to jak mu coś grozi, to udaje, że martwy. Więc, znieruchomiałam i zapatrzyłam się w siedzenie przede mną. Jegomość zaparkował walizkę obok mnie i ruszył w stronę kierowcy, rzucił okiem przez okienko, po czym z całą teatralnością obrócił się w stronę pasażerów. Może to moje zboczenie zawodowe, ale naprawdę, nagle z przejścia w tramwaju zrobiła się mała scena, jegomość, nabrawszy powietrza w płuca, jak rasowy wodzirej rzucił hasłem: - Wiecie państwo z kim jedziemy? - odczekał chwilę budując napięcie - Z najpiękniejszą krakowianką!
Zapadła cisza, pewnie każda z dam przetrawiała komplement, który ją musnął; kiedy nagle ktoś siedzący za mną odpowiedział: - Z Anną Dymną? - Po czym to nastała kolejna chwila ciszy, aż jegomość od walizki zadumał się i doszedł do konkluzji: - Ano, faktycznie. Jak ona tam w tym zbożu...!
Potem rozmawiano o piersiach Pani Anny ('ależ to były czasy!'). Ale to w czystko kinematograficznym pojęciu, mam nadzieję. Następnie jegomość przywitał się z zakonnicą 'Dzień dobry Pani Siostrze' i poruszył temat episkopatu. A kiedy dołączył jeszcze jeden człowiek, okazało się, że panowie się znają i wyszarżowała historia o czerwonych beretach.


Wspominałam, że to kierunek na Nową Hutę? Tak tylko, gwoli wyjaśnienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz