piątek, 19 lipca 2013

San Galgano

Wszystko zaczęło się od deszczu.
Wszystko, czyli coraz większa niestabilność organu sercowego i duszności.
Plusy jednak zawsze są, po trzech dniach skwaru w deseń 37 stopni, to całkiem miła odmiana.
Dołapało nas w drodze, autokar piął się po stromych i krzywych drogach przecinających toskańskie wzgórza.
Jakie romantycznie zdanie!
Tak naprawdę, to ta puszka na sardynki (39 + 3 os.) która przez pierwsze 18 godzin podróży była moim stałym miejscem zamieszkania, przekraczała wszelkie prawa fizyki i plastiku, naginając się do granic możliwości, żeby tylko zmieścić się w zakręcie. I tak kilkanaście razy pod rząd, przez jakieś półtorej godziny. Wszystko się we mnie skręcało, żeby później nieznośnie zamrzeć w momencie mijania z innym pojazdem.
Okno, jak zwykle ratowało sytuację - to faktyczne jak i to mniejsze - aparatowe. Nie wiem jak to działa, ale aparat stał się dla mnie tarczą. Gdyby biegł na mnie rozwścieczony byk/bawół/bizon, a miałabym pod ręką aparat, najpewniej zaczęłabym robić zdjęcia, w błogim przekonaniu, że przeniesie mnie to w inny wymiar transcendencji, daleki od nadziania na rogi czy kopyta. Tak więc, trzeszczenie i chrobotanie mojej czarnej skrzyneczki próbującej łapać ostrość bardzo mnie uspakaja.
Jechaliśmy zatem, trzeciego bądź czwartego dnia, po mniej więcej wyspanej nocy <w proporcjach: mniej spania, więcej latania komarów>. Nadpływające chmury stworzyły genialny kontrast z polami zbóż, wart niejednego suwaka w Photoshopie ustawiającego kolory; ot taki tam cud natury. Wcześniej bądź później (musicie mi wybaczyć, mam problemy z pamięcią jak amazoński szaman określający wszystko jako 'dawno temu') po polach biegał pasterz, całkiem możliwe, że za owcami. No więc, cudowne, klasyczne, komercyjne toskańskie widoczki - cyprys, pole, cyprys i cyprys, winorośl, dom, dachówki i okiennice, cyprys, cyprys.
Bardzo miło się tak jechało, szczególnie ze świadomością, że jednak za jakąś godzinę, czy dwie, legalnie będę mogła rozprostować nogi, może nawet pobiegać za owcami.
'Moi państwo' - wdarł mi się w mózg szalenie miły głos przewodniczki Sylwestry ukrywającej się pod mniej sprośnym imieniem 'Sylwia' - Zaraz dotrzemy na miejsce, na wzgórzu po lewej opactwo San Galgamo - zgrzyt parunastu kręgosłupów poświadczył o włączeniu nawigacji - Zaparkujemy przy pobliskim kościółku, resztę trasy przejdziemy pieszo.
Pieszo, no! To mi się podoba! Chodzić, spalać pastę, odbudowywać ścięgna i mięśnie. Wysypaliśmy się z autokaru w słynnym systemie: wszyscy na jednego, jeden na wszystkich. Bardziej uciśnieni pobiegli szukać toalety, bardziej uduchowieni z otwartą paszczą oglądali mały kościołek na wzgórzu. Po wstępnym rozeznaniu ruszyliśmy pod nader stromą jak na te warunki geograficzne górkę. Towarzyszył nam muchy i niezastąpione cyprysy. Po parunastu metrach i paru zawałach, cała grupa znalazła się przy małym wejściu. Niektórzy zajęli się podziwianiem średniowiecznego portalu, niektórzy zwołali do siebie okoliczne koty. Obie atrakcje równie ciekawe. Do środka zaprosiła nas (chociaż w moim mniemaniu, to bardziej zagoniła) mała staruszka, o zupełnie swojskim wyglądzie - miała na sobie klasycznie staropolską podomkę - niebieską w białe kwiatuszki. Razem z nami do świątyni wtoczyły się również koty. Babcia machała sporo rękami - nie wiem czy z religijnej ekstazy, z nadmiaru komarów czy kotów - w każdym razie bardzo ekspresyjnie. Na samym środku znajdowała się szklana kopuła, która na szczęście nie okazała się nowoczesną instalacją, a jedynie obiektem muzealnym. To znaczy, to co pod nią się kryło było ów obiektem. Miecz z legendy o jakimś świętym, najpewniej tym, od którego pochodzi nazwa miejsca. Podejrzanie mi to podchodziło pod legendę o Królu Arturze, ale jak wiemy, zapożyczenia artystyczne często się zdarzają. Po obejrzeniu sklepienia, miecza, kota i odciętej ręki ruszyliśmy w dalszą drogę. Drogę iście poetycką, zaraz przy małej winnicy. Fragment, w którym się potykam i o mało nie tracę życia, a co najmniej nogi, ominę.
Całkiem możliwe, że było około godziny 13. - to mało istotne, po prostu czas skwaru nad skwarki. A do tego pradawna cisza przed (dosłowną) burzą. Kolejne kontrasty budowane przez aurę, stratosferę czy gdzie tam się te chmury tworzą. Nastrój niestety lekko podkopał fakt, że bramy do ów starej budowli były zamknięte - na nader współczesną i nieugiętą kłódkę: - Podeszliśmy od złej strony, spokojnie - uratowała sytuację Sylwestra. A już myślałam, że ma klucz, skubana. Po chaszczach do celu - główna brama, człowiek, kasa fiskalna i bilety. Cśśśś, tego nie było, jesteśmy pod średniowiecznym opactwem, nie ma tu żywego ducha; może wszystkie są martwe. Czarna tasiemka ominięta, szybko, szybko, zostawmy tę cywilizację, te eurocenty i przewodniki.
Architektoniczna przestrzeń - mój ulubiony paradoks. Ściany, kolumny, masa kamienia, a między nimi zawieszona cisza. Oczywiście do czasu, kiedy nie rozbiegnie się całe stado turystyczno-wypoczynkowe.
Moja percepcja na szczęście działa na zasadzie 'czego nie chcesz widzieć, tego nie ma'. Do tego oglądanie wszystkiego przez trzewia aparatu, kwestia wykadrowania, a ludzie przestają się liczyć.
Tak więc, mam tę przestrzeń, która w zderzeniu z wiedzą teoretyczną (jakoby to oryginał ze średniowiecza) oraz ogólną (nad)wrażliwością, tworzy piękny i harmonijny obraz.
Paradoksalnie, zaczynam wszystko dostrzegać dopiero w momencie, w którym bezwładnie zawieszam aparat na szyi. Opieram się o zimny kamień i patrzę. Bez wspomagaczy, szkieł i matrycy. Dostrzegam szczegóły, załamania cegieł i światła, małe krzaczki próbujące wedrzeć się do środka przez okna czy resztki dachu. Słyszę gołębie? Nie jestem pewna, ale to całkiem możliwe, że mają tutaj gdzieś gniazdo. Cyklady słyszę na pewno, są wszędzie, zawsze mnie denerwują, tym razem jednak, pasują. Idealnie.
Jest idealnie, czuję się idealnie.
Harmonia architektury (przecież tak zniszczonej przez ząb czasu) oddziałuje na wszystkie zmysły. Te stare kamienie i mech, który je porasta, mają przecież nawet swój zapach.
Wystarczy unieść wzrok do góry, wciąż czując pod opuszkami palców fakturę skał, a ogromna rozeta zacznie mienić się kolorami, stary witraż ożyje. Tak samo, jak wszystko naokoło.
Tutaj czuję. Czuję, że żyję. Wszystko ma swój czas, zupełnie jak ja.








 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz