poniedziałek, 28 marca 2016

diane keaton podczas jednego z wywiadów z ellen dostała własną markę wina sygnowaną jej nazwiskiem oraz przyporządkowany do tego sposób spożywania - to jest z dużą ilością kostek lodu. dzisiaj piję czerwone półsłodkie wino z fioletowym kotem na etykiecie na keaton właśnie.

kiedyś poczyniłam w rozmowie z m. analizę mamusi na panią bovary, wszystko wciąż się zgadza. kolejną obsesją zakupoholika jest teraz żywność - nowa, bo eko. wszyscy jesteśmy teraz eko, tracimy kilogramy i mnóstwo oszczędności, bo nie wystarczy zrobić zakupów z głową, takich jak wcześniej, tylko lżejszych. trzeba kupić jeszcze więcej i jeszcze droższe, bo lepsze i unikatowe. zawartość lodówki oceniam na jakiś tysiączek, nie liczę pro makaronów w kolorach tęczy, chlebków z ziaren sprowadzanych do polski dwoma statkami i jednym helikopterem, no i cukru z wierzby. 

święta się kończą, wolne się kończy - no i trochę dobrze, bo już mi się nudzi, ale trochę źle, bo trzeba wracać do huty i babci, która ostatnio coś podejrzewa i coś węszy bardziej niż zazwyczaj. 

przed świątecznym śniadaniem mignęło mi na fb wydarzenie o dniach świeckości, pasuje mi to. babciowe życzenia przegryzane jajkiem i sałatką przecież nigdy się nie spełniają, bo nie są prawdziwymi performatywami, a jedynie rzucanymi na wiatr frazesami; ale z drugiej strony, ile jeszcze razy przyjdzie mi to usłyszeć przy stole. 

ostatni rok w dziennikach beksińskiego był trudny do przełknięcia. wiele znaków zapytania i kropek stawianych po samotności. 

mój pies nigdy nie nauczy się cywilizowanego wychodzenia na spacer. może dlatego, że nie jest moim psem. nie chcę znowu zaczynać tematu własności. póki co, moje są książki, chociaż porozrzucane w dwóch miejscach; mój jest pot wyciskany co drugi dzień podczas ćwiczeń; moje są rysunki i szkice, których ostatnio popełniam zaskakująco dużo. nie zmienia to jednak faktu, że uporczywie temat mojości powraca do mnie pod różnymi postaciami. 

obejrzałam 2 sezony house of cards, frank to kawał skurczybyka. chyba go lubię.
z filmów, które ostatnio wzbudziły we mnie niepokój/większe emocje, to: lobster i room, cholernie dziwne i rozstrajające; także, z trochę innych powodów fathers and daughters. a także, w zupełnie innym rejestrze dressmaker czy dresser.

słucham raczej jazzu, szczególnie kobiet. ostatnio odkryłam idealny sposób na pochłanianie książek, kiedy akurat wisi nade mną robienie innych rzeczy - słuchowiska na ninatece. ćwiczę multitasking. uwadze polecam fabule rase, czyli rzecz o egoizmie edwarda stachury oraz lalę jacka dehnela. 
doraźnie czytam głównie rzeczy naukowe; chociaż czasami trafiają się rzeczy bardziej literackie, jak np. obsoletki bargielskiej czy prowadź swój pług przez kości umarłych (!) tokarczuk. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz