Zaskakująca jest moc listów (no dobrze, nie oszukujmy się, e-maili). To zupełnie jak czytanie książek, ale tych bardziej prywatnych, czyli bardziej autobiografii, a może raczej pamiętników.
Obrazy, tworzone ręką drugiego człowieka na klawiaturze, dostają się do mojego pokoju i tutaj żyją własnym życiem. Doklejają się do moich własnych wspomnień czy aktualnych przeżyć. Zazwyczaj zostają w nie/pod-świadomości. Tworzą tam nawiązania i więzi. Więzi to słowo klucz. Jak sobie to wyjaśnić? Nie wiem, pewnie nie ma takiej potrzeby. Jestem, piszę, czytam, wspominam, przeżywam.
Zajęłam się też zdjęciami, to nie przypadek.
M. zmusza mnie do myślenia, co zmusza mnie do, achnaBoga, tworzenia. Nie lubię tego określenia, tworzyć to mógł Botticelli, ja robię. Zatem robię zdjęcia, przerabiam, rozkadrowuje i sklejam.
Jest mi z tym dobrze. Powinnam wrócić do fotografii analogowej. Potrzeba mi więcej niejasności.
Biegam, ćwiczę, zbieram energię na cholerawieco, raczej nic się nie wydarzy.
Wciąż szukam książki, która zmieni moje życie. Zabawne, prawda? Książki, nie człowieka. Tęsknię do takiego niesamowitego katharsis spowodowanego przez książkę. Mam zbyt wiele czasu.
Wykopałam sześciometrową rabatę, wsadziłam kwiaty. Są szczęśliwe, rozmawiałam z nimi.
Oglądam wiele filmów, wciąż ta stagnacja, nic nie robi na mnie wrażenia.
W głośnikach i sporej części mózgu, chyba tej lewej, mam Glena Hansarda, od miesiąca bez przerwy dla mnie śpiewa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz