czy tożsamość ulokowana jest w pisaniu? albo gdzieś w zawieszeniu pomiędzy zamysłem a czynem, a może właśnie w trakcie? dokładnie w momencie stukania palców w klawiaturę? może jestem w tym ja. może dlatego nie było mnie ostatnio. albo byłam tylko w przebłyskach. zazwyczaj negatywnych, intensywnych i katartycznych.
paniczne bezdechy wydają się być już tylko atawizmem*, dziwnym przebłyskiem, fotografią robioną z fleszem. przecież nie lubię fotografii robionych z fleszem. nie lubię paniki i braku kontroli.
*w celu przypomnienia sobie tego terminu musiałam wpisać w wyszukiwarkę kość ogonową
"a nie boisz się regresu intelektualnego?" pyta jeden ze znajomych narratorkę najgorszego człowieka na świecie, ona mówi mu, że jest po studiach, ale nie jest pewna, czy daje to jakąkolwiek gwarancję.
ja też nie mam żadnej gwarancji, bo łatwo jest ześlizgnąć się z cały czas deptanej na nowo ścieżki w to bagienko, które przecież nie wyschnie tak szybko i jeszcze długo będzie moim naturalnym środowiskiem. na ścieżce gdzieś widzę siebie będącą sobą, ale taką lepszą i fajniejszą. i czasami macham sobie, siedząc w krzakach nieświadomego, widzę siebie gdzieś dalej i gdzieś w drodze do celu. ale wciąż mam kontakt z tą niekształtną masą niepewności, lęku i nerwicy, którą kiedyś byłam. więc jesteśmy we dwie, przyzwyczajone do swojej obecności, jak awers i rewers, potrzebne sobie i świadome, że tylko jedna przeznaczona jest do bycia oglądaną.
dostałam rachunek za mieszkanie, za które muszę zapłacić, a w którym nie mieszkam, bo są wakacje i jest papież, więc siedzę na wsi. mam dwa tygodnie bycia z sobą, co trochę mnie przeraża. bo niby są rzeczy do robienia, bo niby szukam powypadkowych samochodów terenowych w Anglii, niby coś tam czytam i czasami w coś pogram; ale coś mi znowu umyka.
znów trajektoria rzeczy i wydarzeń spycha mnie do zsypu na odpadki, czasami pojawiają się szczątki rzeczy niezałatwionych, ale na powierzchni pływają zupełnie nowe, które imitują te stare - wciąż są takie same, niezmiennie i cholernie trwałe. ton głosu, który doprowadza do szewskiej pasji, wymiany zdań, które słyszało się już tyle razy, że powinny przelatywać obok gdzieś obojętnie, ale jednak, wciąż uparcie irytują swoją obecnością. bo można by nie. i można by inaczej. ale się nie chce albo nie potrafi.
m. przed wyjazdem obiecał, że będę miała swoje wakacje. trochę metaforycznie, bo nie mamy środków na wyjazd gdziekolwiek, ale dobrze, że to powiedział i może faktycznie jest na co czekać. nie zmienia to jednak faktu i nie zmniejsza mojej frustracji, kiedy zwykła wizyta na fb kończy się falą gorąca rozpoznawaną jako zazdrość. bo ludzie meldują się z drogi i z miejsc docelowych, robią zdjęcia bagażu, pejzażu i wojażu.
a ja sobie siedzę sama i niby mogę coś robić, ale mi się nie chce albo nie potrafię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz