kolejne trzy miesiące w zawieszeniu i przerwie od pisania. tym razem jednak rachunek sumienia wypada pozytywnie, mam się czym pochwalić.
pamiętacie słynne zdanie alicji o sześciu niemożliwych rzeczach, w które wierzy przed śniadaniem? to ja trochę też tak teraz mam, z tym, że raczej magiczny deadline ustawiam przed kolacją.
parę dni temu wyszliśmy wieczorem z mieszkania w celu znalezienia czegoś na kolację. mieliśmy dziwne założenie, że kupimy bułki, które będą w miarę zjadalne. i tak, przy zapadającym zmroku i nadchodzącej burzy chodziliśmy ulicami, mijaliśmy turystów i lokalsów, zastanawialiśmy się, gdzie znajdziemy otwarty sklep, a ja, ja nie czułam żadnej presji.
bo bułek mogliśmy szukać nawet i do piątej nad ranem, wtedy pewnie przyjechałyby świeże.
bo m. miał w kieszeni komplet kluczy, który mamy dla mnie dorobić, bo nawet, gdybym się zapętliła i trochę zgubiła, to i tak trafiłabym do... no właśnie. do domu.
już od jakiegoś czasu wszyscy się plątamy, kiedy np. matka pyta, gdzie akurat jestem, mówię, że w domu. ale czekaj, w kocmyrzowie? nie. u dziadków? nie. jestem u siebie.
i to bycie u siebie ratuje mi życie i ratuje mi siebie.
spędziłam tam tylko dwie noce, ale wiem, że to jest właśnie to. że tam magicznie znikają moje nerwice i wszystkie ocd. że w dziwny sposób rozwiązują się wszystkie zagadki, nad które wpadałam przez ostatnie kilka lat. myślę tu głównie o bibelotach, które obsesyjnie zbierałam, i które nijak miały się do pomieszczeń, w których spędzałam czas. teraz okazuje się, że retro radio z jednym głośnikiem miało przecież stać na lodówce (bo w pokoju są głośniki do komputera); że małe kaktusy mają stać na małej przestrzeni przed książkami; że girlanda lampek idealnie pasuje do długości regału na te książki; że kolejne lampiony na świeczki mają stać w kuchni i na korytarzu, że pudła i pudełka z ikei mają chować kable, baterie i inne domowe rzeczy; że kolejne kubki mają służyć ludziom, którzy do mnie przyjdą; że ramki i obrazy czekały właśnie na te ściany i na te moment.
rzeczy mieszkają na swoich miejscach. ja też.
cieszy mnie gotowanie i parzenie kawy; wychodzenie na bazarek i życzenie ludziom miłego dnia - bo wiem, że wrócę do niech jutro i pojutrze. i będę mogła się dowiedzieć, czy faktycznie mieli dobry dzień. nigdy mnie to nie interesowało, teraz poniekąd są moimi sąsiadami.
chcę nawet, spełniając american dream, upiec ciasteczka i przedstawić się tym rzeczywistym sąsiadom,
wszystko się zmienia, a może raczej po prostu, wreszcie trafia na swoje miejsce. nawet s., pełna ironii i powierzchowności, przypomniała mi o 7. rocznicy poznania, cieszyła się z pomagania mi w robieniu zapiekani i kupiła mi róże herbaciane, na dobry początek.
babcia i mama też trafiają na swoje miejsce i w swoje role. jedna nie może doczekać się zmuszenia mnie do mycia okien, druga dokupuje rzeczy mniej i bardziej ważne. wiem, że w szafce kuchennej znajdzie się miejsce na filiżankę, taką, z której kawę będzie piła babcia. wiem, że chcę zabrać ze schowka budowlanego ojca dodatkowe krzesła, bo może się tak zdarzyć, że te cztery, które mamy, to za mało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz