{15.09}
Niestałość pogody wprowadza nas w jeszcze bardziej niestały stan ducha. Jechać czy nie jechać do tej Doliny Chochołowskiej. Szukamy busa, kupuję drożdżówkę na drogę, słyszę 'o bożesz ty mój' - w tonacji zarezerwowanej tylko w przypadku zobaczeniu psa. Tym razem to jakiś labradorowaty i bardzo wystraszony. Gwoli wyjaśnienia- jak ogólnie ludzkość przyjmuje pomaganie bliźniemu, tak Sylwia bardziej po drodze ma do pomagania i egzystowania z czworonogami. Tak więc, drożdżówka zostaje poświęcona dla biednej przybłędy, pewna miejscowa niby to rozpoznaje psa 'bo Dorotce taki sam zginął 3 miesiące temu' pyta czy jednojajeczny i w ogóle dziwna sprawa, a mój posiłek coraz szybciej znika. W końcu jednak psina biegnie do parku. Za późno już na busową wycieczkę. Z kopyta ruszamy na Antałówkę. Mniej lub więcej podążając za mapą zwiedzamy Zakopane. Natrafiamy na coś w rodzaju naukowego wydziału Parku Tatrzańskiego, a skoro za darmo, to jasne, wejdziemy. Czytamy tabliczki o rodzajach drzew i piętrach roślinności (dumnam, bo wszystko ze szkoły pamiętam). Układamy wielki puzzel z kozicą górską i uczymy się odcisków stóp niedźwiedzia, wydry i innych takich.
Dalej, dalej. Plakat z wystawą muzeum, nazwiska: Gombrowicz, Witkacy, Schulz - młodopolskie wariaty. W dodatku 'Porozmawiajmy o kobietach' nosi tytuł wystawy. A no skoro już tu jesteśmy, to trzeba zobaczyć. Bardzo to wszystko ciekawe. Rozumiem dopiero dużo później, w pokoju, czytając przewodnik po wystawie. "No faktycznie, że też ja na to nie wpadłam".
Po zmianie kwatery skakałyśmy na łóżkach. Zabijałyśmy muchy- na suficie, ścianie, telewizorze, karniszu. A to wszystko turkusowymi japonkami. Jeśli na stancji były ukryte kamery, ktoś miałby z tego niezły ubaw. No przynajmniej my miałyśmy.
A kiedy zwyczajowo wychodzimy z naszego 'domu', maszerujemy przez most, rozmawiamy z kaczkami - widzimy Giewont, jak się łaskawie zza mgły wyłoni. No i jak się odpowiednio ustawimy coby wielkiego i ohydnego słupa z napisem 'bungy' nie widać.
{16.09}
Dolina Kościeliska zdobyta. Podobno to jakieś 8 lub 15 kilometrów- zależy która z nas dobrze obliczyła skalę. Sporo ludzi, jest niedziela. Nie wierzę, że codziennie chodzimy średnio po 5godzin, że łykamy tyle kilometrów. Sylwia to jeszcze normalka, z rodziny zatajonych górali, łazików niepomiernych. Ale ja? Dla mnie każdy kilometr to coś absolutnie nie do uwierzenia. Bo ja to z tych co raczej podróżują w fotelu, palcem po mapie bądź oczami po książkach.
Pogoda idealna, jak na górskie warunki. Deszcz wstrzymuje się od popisów a mgła od podbojów. Giewont cały czas widoczny. Apropo- zdobycie Giewontu wskakuje na dość wysoką pozycję na liście 'do zrobienia zanim umrę'.
Widziałam też prawdziwego Górala, pasącego prawdziwe owce, co jeszcze do pomocy miał prawdziwe owczarki podhalańskie. No zakochanam na amen, nie wiem w którym elemencie najbardziej.
Jadłam też prawdziwego oscypka. Interesujące doświadczenie, po raz pierwszy posmakował.
{17.09}
Byłyśmy na Gubałówce, klasyka. Chyba najbardziej skomercjalizowana część Tatr. Wolę siedzieć na zboczu niż na samej górze. Za dużo i za głośno. Kręcimy się to tu to tam, w sumie jak w domu.
{18.09}
W każdym nowym miejscu popada się w nową rutynę. I tym razem nie chodzi o znaczenie pejoratywne- ta bardzo mi się podoba. Co rano wychodzimy po bułki, czekamy pod piekarnią jak wygłodniałe psiaki, a jak już je dorwiemy, to biegiem do domu. Sałata skrzypi, masło płynie, a razem z nim ja.
Dlaczego jestem tak wyczulona na dźwięki? Pies mruczy pod oknem, więc nie śpię. 6:12.
I taka myśli mi chodzi po głowie: Krupówki można zobaczyć jedynie od godziny 6. do 9. nad ranem, potem zasłaniają je turyści.
Morskie Oko. Zdecydowanie coś na co mniej lub bardziej świadomie czekałam szmat czasu.
Wymarzone widoki przeleciały przez canon'owską matrycę i zapisały się na karcie pamięci. Wciąż nie wierzę, że to moje zdjęcia. Jestem wielce zadowolona i uduchowiona. Teraz już nic nie zakłóca moich myśli. No, chyba że to uczulenie co złapałam. Po przejściu tych 20tu kilometrów okazało się, że na nogach mam uczulenie asfaltowe, potocznie zwane asfalciakiem. Zdarza się bardzo rzadko, więc oczywiście musiało się trafić mnie. A skoro już gramy w zdarzenia losowe, to komu na całym szlaku mogło się to jeszcze trafić? Oczywiście, że mej wiernej towarzyszce podróży. Takie z nas łażące nieszczęścia.
Ale wracając do tematu, to jeśli było się tylko 'nad Morskim Okiem', a nie w okół niego, to tak naprawdę nie widziało się nic.
Ciekawe jak to wszystko wygląda zimą.
Podziwiam Cię! :) Jesteś odważna i wielka! Uwielbiam czytać to, co piszesz i w jaki sposób to robisz. Coraz bardziej dochodzi do mnie fakt, że chciałabym być taka jak Ty!
OdpowiedzUsuńCzekam na zdjęcia! ;)
to jest bardzo ładny komplement. ale źle mówisz kochana, nawet ja nie chcę być taka jak ja.
Usuń